Pomimo młodego wieku ma na swoim koncie imponującą liczbę zagranych ról. Szerszej publiczności znany z ról w serialach Barwy szczęścia czy Lekarze – poznaniakom ze sceny Teatru Nowego. Skromny i bardzo utalentowany –  Andrzej Niemyt. 

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Jakub Wittchen

 

Spotykamy się w siedzibie Teatru Nowego w Poznaniu, którego Andrzej jest aktorem. Udaje się znaleźć chwilę na rozmowę przed próbą do nowej sztuki, w której gra.

W zeszłym roku skończyłeś trzydzieści lat i przyznam, jestem pod ogromnym wrażeniem liczby projektów, w których brałeś udział oraz Twoich ról …

Szczerze, do tej pory nie robiłem żadnego podsumowania. Cały czas staram się robić więcej i być zadowolonym z tego, co do tej pory zrobiłem. Wydaje mi się, że na tym etapie, na którym ja jestem, zawód ten polega przede wszystkim na dalszym kształceniu się oraz rozwoju. Daję sobie czas, aby stopniowo być o krok dalej.

Znamy Cię zarówno z ról teatralnych, jak i serialowych. Gdybyś miał porównać oba światy, który bardziej Cię rozwija? Gra w serialu czy teatr?

Teatr to przede wszystkim czas. Tu możemy na spokojnie porozmawiać z reżyserem o jego wizji. W trakcie prób mamy czas na to, aby bardziej wejść w postać, którą gramy. Teatr ma w sobie magię. Uczy warsztatu. Klimat pracy nad sztuką teatralną udziela się później widzowi. Z kolei serial to szybka forma pracy. Podczas pracy na planie aktor musi w miarę szybko przyswoić tekst. Wtedy przydaje mu się warsztat, którego nauczył się w teatrze. Pozwala mu to szybko wejść w rolę i ją zagrać.

Na czym polega magia teatru, o której wspomniałeś?

Tu wszystko wygląda inaczej. Spotykasz się z żywym widzem, nie ma tu miejsca na dubel. Szmata idzie w górę, i jesteś tu i teraz… W teatrze masz okazję poznać różnych ludzi, od których można się wiele nauczyć. Wszyscy tworzymy zespół, który gra do jednej bramki. Panuje tu trochę inna hierarchia. Często w teatrach są aktorzy, którzy pracują w nich od kilkudziesięciu lat. Mają oni inny status niż aktor grający w serialu.  Teatr to tradycje i przyzwyczajenia, które są tu obecne na co dzień.

Andrzeju, cofnijmy się do początków Twojej kariery. Od zawsze wiedziałeś, że aktorstwo będzie tym, czym chciałbyś zajmować się w życiu?

Od małego czułem, że jestem trochę popchnięty do tego, aby podążać w tym kierunku. Konkursy recytatorskie, w liceum klasa teatralna. Powoli tak to wszystko się toczyło. Następnie zdawałem do szkoły filmowej, no i się  udało.

Było ciężko?

Wiesz co, same egzaminy wspominam bardzo dobrze. Po dostaniu się na studia musiałem uodpornić się na to, co robili inni. Ważne było, aby robić swoje i iść do przodu. Udało mi się osiągnąć to dopiero na trzecim roku. Na początku była presja, stres i rywalizacja.

Opiekunem Twojego roku był Janusz Gajos. Jak wspominasz Waszą współpracę?

Pan Janusz Gajos to wspaniały aktor. Wiele się od niego nauczyłem. Warsztat, który nam przekazał pozwolił wypracować nam własną „prawdę sceniczną”.

Koniec studiów to często bolesna prawda o tym, że rynek pracy szybko weryfikuje nasze cele i marzenia. Jak było w Twoim przypadku?

Nie wiem, z czego to wynikało, ale akurat w moim przypadku po zakończeniu studiów nie ograniczałem się wyłącznie do Warszawy. Grałem w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, również w teatrze 6. Piętro czy w Teatrze Syrena. Był niepokój związany z tym, co będzie, ale z biegiem czasu grając i pracując w różnych teatrach czy na planach seriali udało mi się wypracować taki mechanizm odpuszczenia, żeby się na zapas nie zamartwiać.

Zawód aktora jest wymagający nie tylko pod względem warsztatu, ale również kondycji emocjonalnej, odporności psychicznej. Jak radzisz sobie z tym wszystkim?

Mam odskocznię – dom, rodzinę. Poprzez „scenę” można wiele rzeczy przerobić w sobie, w rzeczywistości ich nie przeżywając. Staram się załatwiać to, co jest związane z teatrem w teatrze. Nie chcę tego przenosić do domu. Przychodzę do pracy i po prostu pracuję. Spełniam się, bo robię to, co kocham…

W trakcie Twojej kariery przychodziły momenty zwątpienia?

Nie, czegoś takiego nie było. Zawsze mogłem liczyć na moich bliskich, którzy wspierali mnie i nadal wspierają w tym, co robię.

Nie boisz się ciężkich ról. W Barwach szczęścia grasz piłkarza geja…

Dla mnie nie robi różnicy, kogo gram. Każda rola jest inna. Wymaga ode mnie maksimum skupienia. W tym przypadku rola nie jest sztampowa. Jest piłkarz, który standardowo powinien mieć wokół siebie wianuszek dziewczyn. W przypadku postaci, jaką gram, mam partnera. Jestem aktorem i nie mogę się bać tego, kto co sobie pomyśli na temat roli, którą gram.

Spotkałeś się z jakimiś negatywnymi opiniami?

Nie było żadnego hejtu w moim kierunku. Jedynym, co się zmieniło jest to, że wielu mężczyzn zaprasza mnie do znajomych na Facebooku. (śmiech)

Żyjesz pomiędzy dwoma miastami – Poznaniem oraz Warszawą. Poznań daje szansę rozwoju zawodowego dla aktora?

Jeśli chodzi o teatr, to oczywiście można się rozwijać i realizować zawodowo. Nie wiem dlaczego, ale nikt chyba jeszcze nie docenił piękna Poznania. Nie kręci się tu seriali, filmów. A wydaje mi się, że mamy specjalistów oraz miejsca do tego, aby coś stworzyć i promować miasto. To miasto ma ogromny potencjał. Warto go szerzej pokazać.

Gdzie w najbliższym czasie będziemy mogli zobaczyć Andrzeja Niemyta?

Przede wszystkim w Barwach szczęścia. Mam nadzieję, że na wiosnę ruszą castingi do nowych projektów, w których będę mógł wziąć udział.