Określana mianem jednej z najzdolniejszych polskich wokalistek. Właścicielka niezwykle charakterystycznego, mocnego wokalu. Kasia Wilk – piosenkarka, kompozytorka, autorka tekstów od wielu lat udowadnia, że marzenia są po to, aby je spełniać, a ciężka praca może stać się również największą pasją w życiu.

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: TaJo Photography

Kasiu, kilkakrotnie miałem przyjemność uczestniczyć w Twoich koncertach. Cechuje je ogromny ładunek energetyczny. Czy Kasia Wilk, którą widzimy na scenie jest równie energetyczna prywatnie?  

Prywatnie Kasia, na scenie wilk. Podejrzewana o borderline, ale nie zdiagnozowano i nie leczono. Posądzana o chorobę dwubiegunową wynikającą z temperamentu, wrodzonego łobuzerstwa, spontaniczności, odwagi, ciekawości, kompleksów, braku pewności siebie, niezrozumieniu świata  i wycofaniu jednocześnie. No to zaczęłam… Wywiad, którym na wstępie uzewnętrzniłam się doszczętnie. Czy można powiedzieć więcej? Można i teraz będzie już z górki… (śmiech) W odpowiedzi na takie pytania jakiś czas temu napisałam tekst Sprzeczność, ale z pejoratywnym wydźwiękiem, dlatego że nic tak we mnie nie walczy, jak nieśmiałość i śmiałość, pewność siebie i niepewność, luz i spięcie. Ciężko jest mi więc jednoznacznie odpowiedzieć. Staram się już tego nie analizować, moją metodą jest ubrać się wygodnie, komfortowo się czuć w swojej skórze i ze sobą, i iść na żywioł. Fascynuje mnie nowe, kiedy nie wiem, czego się spodziewać po otoczeniu i sobie, lubię, kiedy coś się dzieje i lubię wychodzić ze strefy komfortu. Dla równowagi albo zmyłki, lubię też ciepłe kapcie, wspomnianą strefę komfortu i gospodarzenie. I tu rozkładam ręce, nie umiem doprecyzować czynników, które mają wpływ na moją energię i zachowanie, bo za każdym razem są różne. Jednak ten pozorny sceniczny fighter i zwierzak łapie tremę, kiedy ma się wypowiedzieć na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej. A na scenie? Trzeba  pamiętać, że człowiek na scenie dostarcza sobie sporej dawki euforycznych hormonów – adrenalina, endorfiny, kortyzol – czego efektem jest wzmożona uzdrawiająca energia, pewność siebie i prawdziwy narkotyczny haj, którego nie można niczym zastąpić. To one sprawiają, że staje się wilkiem, uwalniają temperament i biorą za gardło. Po kilku godzinach następuje konkretny zjazd i rzeczywistość staje się znowu spokojna, wilk łagodnieje, nie lubi być w centrum uwagi, czuje się onieśmielony, nie dostrzega komplementów, zwalnia mównicę i wskakuje w dres. Bywa, że i w życiu jestem wilkiem, a na scenie Kasią. Wiele razy będąc na scenie puszczały mi nerwy i zamiast dokończyć utwór, stałam bezradna przed mikrofonem, nie mogąc wydukać słowa, a łzy płynęły stróżkami. Jestem prawdziwym dowodem na to, że kobieta zmienną jest.

Skąd u Ciebie zamiłowanie do muzyki?

Zamiłowanie do muzyki zaszczepili we mnie rodzice, jestem córką niespełnionego akordeonisty, który nie miał środków na skończenie szkoły, a podobno świetnie grał. Niestety sytuacja zmusiła go do porzucenia nauki na rzecz pracy w gospodarstwie, na szczęście nigdy nie stracił radości z obcowania z muzyką. Odkąd pamiętam z dumą siadał przy keyboardzie Casio i grał Białego misia, i cieszył się jak dziecko. Mama natomiast śpiewała w chórze kościelnym w tej samej wsi. Jestem przekonana, że power mam właśnie po niej, gdy wołała nas do domu, to wszyscy słyszeli. Pewnego dnia przyszli i zapytali mnie jako sześciolatkę: „dziecko, na czym chcesz grać?”. Praktycznie nie miałam wyboru, myślę też, że wiedzieli, że robię niebezpieczną gangsterską karierę na podwórku i chcieli mnie zająć czymś pożytecznym. Wybrałam gitarę i do pewnego momentu szło mi świetnie, potem było tylko  zmuszanie i mobilizowanie do ćwiczeń na instrumencie. Wspominam to dość traumatycznie, patrzyłam z tęsknotą przez szybę, jak rówieśnicy bawili się na dworze, a ja godzinę dziennie od osiemnastej do dziewiętnastej ćwiczyłam wprawki. Z perspektywy czasu wiem, że to było dla mnie najlepsze, bo dotrwałam do ostatniej klasy, gdzie nastąpił zwrot i znów przyszła miłość do muzyki. Doszedł obowiązkowy chór i pierwsza  przyznana solówka. To było coś! Czekałam sześć lat, żeby się tego dowiedzieć. Jestem wdzięczna, że rodzice zmusili mnie do ukończenia szkoły muzycznej I stopnia, i że dotrwałam do ostatniej klasy, która w rezultacie okazała się przełomowa w odkrywaniu swojej prawdziwej pasji. A wykształcenie muzyczne nigdy nie przeszkodziło mi w osiąganiu muzycznych celów, wręcz przeciwnie.

Od wielu lat jesteś obecna na polskiej scenie muzycznej. Jak wspominasz początki swojej kariery?

Za szybko uciekły, przeleciały przez palce, nie zdążyłam ich zarejestrować ani niczego przemyśleć, żyłam chwilą i nie zastanawiałam się nad konsekwencjami. Dobrze się stało, że byłam za plecami Jacka Mejera, dzięki czemu przyglądałam się show-biznesowi z bezpiecznej odległości, oswajałam się. Pełniłam wtedy role refrenistki, maskotki i w cieniu czułam się komfortowo, nie czując się gotowa na to co się działo. Nigdy nie dążyłam do takiego sukcesu, no może podświadomie. Nie wyobrażałam sobie przyszłości, nie planowałam jej, a już niewyobrażalnymi oczekiwaniami był sukces. Byłam za to pracowita i chętnie podejmowałam współpracę z różnymi ludźmi, chciałam się rozwijać i nigdy nie poprzestawałam na jednej rzeczy. Efektem takiego działania były moje pierwsze  piosenki, dzięki których popularność spadła jak grom z jasnego nieba. Na co nie byłam przygotowana. Wszystko nowe, pierwsze, duże, drogie. Największą nobilitacją były słowa uznania od artystów, których sama ceniłam. Czułam się doceniona i uskrzydlona. Potem została tylko obrona pozycji, na której się znalazłam i dalsza praca nad piosenkami.

Przez wiele lat współpracowałaś z topowymi nazwiskami polskiej sceny muzycznej. Kayah, Adam Sztaba. Ciężko jest pracować z artystami takiego formatu?

Trzeba by było zadać to pytanie Adamowi i Kayah, czy było im ciężko pracować ze mną. Ja nie stwarzałam sobie presji, owszem, czułam delikatne onieśmielenie, jednak wierzyłam w siebie, wiedziałam, że daję sobie radę i że to, co robię, robię najlepiej jak umiem, a przede wszystkim jestem w tym szczera. Wiem, że można nad sobą pracować cały czas, ale i tak nie jest się w stanie zadowolić wszystkich. Adam i Kayah nie wybrali mnie po to, żeby im dorównywać bądź coś udowadniać, nigdy bym nie zdołała, wybrali mnie dlatego, że jestem, jaka jestem – zdolna po swojemu, nowa, młoda, świeża i odważna. Pamiętam koncert Kayah Unplugged, na którym śpiewałam w chórkach, gdzie mimo wyznaczonej partii postanowiłam dodać coś od siebie i zamiast dźwięków szeptałam, bo w moim mniemaniu szept dobarwił partie chórków i oddał charakter słów. Nie tak się umawiałyśmy, to było nagranie live, a ja? Samowolka! No cóż wychyliłam się, wtedy wydawało mi się, że będzie brzmieć lepiej. Do tej pory nie wiem, co myśli o tym Kasia, a ja nadal uważam, że to była dobra decyzja… (uśmiech) Na szczęście nikt się nie obraził, nadal dostaję zaproszenia, by zaśpiewać  wspólnie z Kayah, np. podczas koncertu jubileuszowego „20-lecie płyty Kamień”. Teraz wiem, że ja jako szefowa lubię, jak moi ludzie w zespole dodają coś od siebie, starają się, myślą o polepszeniach, nie wykonując tylko tego, co do nich należy. Myślę też, że Kasia i Adam lubią to tak jak ja, do tego kochają łobuzów, zdolnych wariatów, pokornych, normalnych i wrażliwców. Sami tacy są i dlatego znaleźliśmy się na swoich drogach. Nie wiem, czemu mówimy o tym w czasie przeszłym. Nasze projekty i wspólne plany to przyszłość. Już teraz zapraszam do Koszalina, gdzie 16 i 17 lutego zagram koncerty z Adamem Sztabą oraz 18 lutego, gdzie wspólnie będziemy w jury charytatywnego konkursu karaoke.

W 2005 roku nagrałaś wspólnie z Mezem utwór Ważne. Zna go chyba każdy Polak. Sukces, który osiągnęliście miał wpływ na kolejne Twoje projekty?

Och tak, to było jak kulka śniegu zrzucona z K2. Za nią pofrunęły setki kolejnych, które pociągnęły za sobą kolejne projekty, kolejne koncerty, zwracając wzrok kolejnych zainteresowanych współpracą i zaprowadziły do miejsca, w którym jestem. To utwór Ważne zachęcił Adama Sztabę czy Kayah do zatelefonowania i zaproponowania współpracy, to Ważne stało się hymnem wielu fundacji charytatywnych. To ważna piosenka dla mnie, myślę, że dla Meza i Tabba również.

Twoja premierowa płyta Unisono przypadła do gustu słuchaczom. Utwór Do kiedy jestem zwyciężył w polskim finale 46. Sopot Festiwalu. Jak wspominasz tamten czas?

Ta płyta była walką o własny okręt, o własne nazwisko, reputację, tożsamość i autonomię. To sprawdzian dla mojego artystycznego jestestwa, sprawdzian słuszności podjętych decyzji. Walczyłam o własny styl, szukałam go i kształtowałam się jako niezależna artystka. Każde ze wzlotów i upadków przeżywałam drobiazgowo, rozbierałam na czynniki pierwsze i analizowałam. To był czas pierwszych uniesień i ogromnej wiary we własne możliwości, braku pokory, szaleństwo i poczucia, że tak będzie już zawsze. Głupie, ale trzeba było to przeżyć, by w późniejszym okresie móc upaść, podnosić się i znów cieszyć się z sukcesów, ale znacznie dojrzalej. Na tym polega nasze życie, uczymy się na błędach albo je powielamy.

Oprócz solowej działalności muzycznej bierzesz również udział w innych projektach muzycznych, m.in. koncertach z muzyką filmową 007 James Bond. Co takiego jest w tej muzyce, że ludzie zapełniają sale na tych wydarzeniach?

Muzyka do filmów o Bondzie kojarzy mi się z żywiołami, niszczycielską potęgą, niezniszczalnością  i energią. Uwielbiam molowe smutno-groźne harmonie utrzymane w umiarkowanym tempie. Aranżacje są nadziane akcentami, kontrapunktami i mistrzowskimi charakterystycznymi motywami. Najczęściej są to pełne wielkie orkiestracje z nieszablonowymi formami i światowej klasy wokalistami. Dla mnie to porsche, jak nie chcieć się z tym mierzyć? Swego czasu dotknęłam Goldeneye oraz Licence to kill śpiewając w orkiestrze Adama Sztaby i poniekąd znam większość kompozycji. James Bond jest marką samą w sobie i to, że ludzie chcą posłuchać muzyki na żywo, dowiedzieć się kilku ciekawostek i posłuchać jak chronologicznie rozwijał się ten muzyczny motyw, do tego w pełnym orkiestrowym składzie z ciekawymi głosami, wcale mnie nie dziwi.

Muzyka to Twoja ogromna pasja, ale działasz czynnie na innych płaszczyznach. Bardzo mocno wspierasz działania Drużyny Szpiku…

Muzyka to dar, który dane mi było odkrywać bez ograniczeń, doceniam to i dziękuję za to Temu na górze i wiem, że ona poniosła mnie gdzieś nie bez powodu. W moim mniemaniu osoba, która staje się autorytetem dla kogoś, staje się również obciążona obowiązkami i bierze niewerbalną odpowiedzialność za tych, którzy bezwiednie wlepiają w nią wzrok lub grzecznie słuchają tego, co się do nich mówi. Osoba publiczna ma większą siłę przekazu, jest widoczna i może głośno mówić, pomaga dostrzegać, uświadamia i przyciąga. To powód wynikający z poczucia obowiązku, innymi powodami są te osobiste, autoterapia, poczucie wewnętrznego wzbogacania się poprzez pomaganie i dostrzegania jakości własnego życia, uczenia pokory i wyzbycia się myślenia o rzeczach materialnych lub problemach zupełnie nieistotnych. Pomagam chorym, a chorzy pomagają mnie.

Muzyka potrafi kojąco wpłynąć na osoby znajdujące się w potrzebie?

Muzyka i tekst. Muzyka jest francą lawirująca we wnętrzu człowieka, wiercącą dziurę w sercu i wyzwalającą emocje, bazującą na ludzkiej wrażliwości, przeżyciach i wspomnieniach, nie sposób jej nie przeżyć, jeśli się czuje. To ona jest łącznikiem miedzy emocjami artysty a słuchaczem. To ona przenosi nas w świat autora. Może nas ukoić i może wyzwolić agresję. To takie metafizyczne i intymne połączenie między nadawcą a odbiorcą. Gdy dodatkowo dojdzie tekst, z którym się utożsamiamy, który w swym przekazie wspiera i rozumie, mamy swego rodzaju ochronę emocjonalną. Z pewnością ukoi, popchnie do pozytywnego działania lub chociaż wspomoże przetrwać ciężki moment. Obserwuję feedback, który do mnie trafia, czytam nadsyłane listy z osobistymi wyznaniami fanów i wiem, że takie sytuacje mają miejsce, że muzyka, a zwłaszcza teksty pomagają. Sama pisałam kilka tekstów, oddziałując na siebie terapeutycznie, próbowałam z siebie wyrzucać i jednocześnie tłumacząc coś, zupełnie podświadomie. Czułam, że się oczyszczam i zaczynam mocno wierzyć w to, co sama napisałam. Byłam ciekawa, jak ustosunkują się do tych treści słuchacze, okazało się, że na nich podziałało podobnie.

Kasiu, na co dzień mieszkasz i tworzysz w Poznaniu. Co daje Ci to miasto?

Jestem absolutnie stadna, mimo iż często wolę być sama. I mimo iż lubię cisze, las i naturę, to tętniące nocne życie miejskie mnie również pociąga. Zdecydowanie łatwiej jest żyć w większym mieście, jeżeli jest się osobą otwartą na świat, nowe znajomości i doświadczenia. Może nie korzystam z uroków miasta tak jakbym tego chciała, ale sam fakt, że mogę, już daje mi poczucie wolności. Mam możliwość współpracować z utalentowanymi ludźmi, których w Poznaniu nie brakuje. Mam możliwość odwiedzać ciekawe miejsca, gdzie znajomi prezentują swoje dzieła, inspirować się. Mam możliwość korzystać z innych doświadczeń, jak chociażby warsztatów kulinarnych czy wykładów o zdrowym stylu życia, które rozwijają mnie po prostu jako człowieka. W Poznaniu mam cudownych ludzi, którzy piętnaście lat temu przygarnęli mnie i otaczają opieką, i przyjaźnią się ze mną do tej pory, za to i za możliwości, które się przede mną otworzyły, doceniam to miasto najbardziej.

Gdzie wolny czas lubi spędzać Kasia Wilk?

Wolny czas spędzam tam, gdzie lubię, a lubię swoje mieszkanie, lubię do niego zapraszać ludzi na kolacje, lubię dłubać w drewnie, przemeblowywać, szyć i przerabiać ubrania, wymyślać utwory, edytować wokale, oglądać filmy, kocham spać i gotować przy głośnej muzyce. Lubię Stare Miasto w grudniu i nocne życie latem, Cytadelę i Sołacz jesienią, lubię hipsterskie Jeżyce, zapach streetfodów na ulicach i zapach mokrej ziemi po deszczu. Lubię basen w Suchym Lesie i Babi targ. Lubię Nocny Targ Towarzyski i Śniadanie na trawie, włoskie restauracje i Lasek Dębiński. Lubię też swój samochód i podróżowanie. Najchętniej raz w miesiącu higienicznie na weekend wyjechałabym poznać nowe miejsce lub miasto. I jeszcze to osiągnę. (śmiech)

Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia nowej muzyki, tekstów?

Ludzie, rozmowy z nimi, ich historie. To, jak przenikamy się wzajemną energia i wpływamy na siebie. Współodczuwamy i przeżywamy. To, co się dzieje w ludzkich głowach w obliczu różnych zdarzeń, to, co się dzieje na świecie, między ludźmi, i w którą stronę idziemy. To, jak przenikają się nasze drogi i jak każda na siebie oddziałuje. Trzeba być spostrzegawczym, mieć odrobinę wyobraźni i kreatywności, by otaczający nas świat stał się inspirujący, bo inspirujący również bywa kolor, dźwięk tramwaju bądź trzeszczącego kanara. Ja jednak najwięcej inspiracji czerpię z możliwości współodczuwania, dlatego tak ważne są dla mnie spotkania z innymi ludźmi.

Twoje utwory są bardzo osobiste. Słuchając ich, można odnieść wrażenie, że opisujesz historie, problemy, które są nam bardzo bliskie. Jaki sekret tkwi w twórczości Kasi Wilk?

Zapewne dlatego, że opisuję raczej prawdziwe historie, usłyszane, przeżyte albo lub te, które wywarły na mnie ogromne wrażenie. Myślę, że po ostatnich wydarzeniach w Himalajach napiszę coś, bo bardzo mną wstrząsnęły. Czasem próbuję wejść w różne postaci albo po prostu jestem obserwatorką wrażliwą na ludzkie historie. Najważniejsza w tym wszystkim jest szczerość i myślę, że każdy odbiorca, niezależnie od gustu muzycznego, wyczuwa ją podskórnie. Zresztą to działa w każdej dziedzinie.

Czym zaskoczysz nas w najbliższym czasie? Czego możemy się spodziewać po Kasi Wilk w tym roku?

Zaskoczę nową płytą, sama już bardzo nie chcę czekać z jej publikacją. Nie planuję wielkich premier pomponów, konfetti ani piór. Po prostu wydam płytę, na której będzie dwadzieścia piosenek, i tą liczbą spróbuję wynagrodzić fanom lata czekania na moje nowe piosenki, których w rezultacie nazbierało się kilkadziesiąt. Ilość idzie w parze z jakością, inaczej nie trwałoby to tak długo i wierzę, że spełnię oczekiwania nawet najbardziej wymagającego fana. (śmiech)