Kiedyś należała do Jeżyc. Wyodrębniona administracyjnie w latach 90., dziś trochę zapomniana. To na Woli jest Fort VII, który otrzymał rekordową dotację na modernizację, wciąż działające Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, tor dla BMX-ów, hipodrom i lotnisko Ławica. I to właśnie na Woli mieszkają piloci, którzy do dziś organizują nocne loty

TEKST I ZDJĘCIA: Joanna Małecka

Słońce delikatnie pada na Muzeum Martyrologii Wielkopolan Fort VII. Przy bramie pali się kilka zniczy. Kilku mężczyzn przechadza się leniwie przed wejściem robiąc zdjęcia. Mokre jeszcze liście leżą na chodniku. Trzeba uważać, żeby się nie poślizgnąć. Magda Nowecka z grupą przyjaciół zaczynają fotograficzny spacer po Woli. – Chodź, dołącz do nas – mówią, a ja oczywiście doklejam się do grupy. Na dziedzińcu muzeum słychać jeszcze strzały i czuć strach więzionej tu inteligencji. Brama prowadząca do fortu wciąż przeraża, a w głowie przenikają się obrazy. To jeden z osiemnastu obiektów, który wchodził w skład Twierdzy Poznań. Budowany w latach 1876-1880 jako obiekt militarny nie spełnił do końca swoich założeń.

Na Woli ginęli Polacy…

W październiku 1939 roku utworzono tutaj obóz koncentracyjny. Wiąże się z nim na tyle trudna historia, że sami Niemcy mówili o nim, że jest to obóz krwawej zemsty. Zginęło tu ok. dwadzieścia tysięcy Wielkopolan. Byli rozstrzeliwani, torturowani, wieszani, zrzucani ze schodów lub umierali z powodu ciężkich warunków panujących w celach więziennych. W obozie już w październiku 1939 roku po raz pierwszy w Europie użyto gazu do mordowania ludności cywilnej. W bunkrze 17 zamordowano ok. 400 pacjentów i personel medyczny szpitala psychiatrycznego w Owińskach oraz oddziału psychiatrycznego szpitala przy ul. Grobla w Poznaniu. Mało kto wie, że Fort VII w Poznaniu był pierwszym obozem koncentracyjnym na terenie Polski. W przyszłym roku rozpocznie się modernizacja obiektu, dzięki której wróci do wyglądu z 1939 roku. Poznań uzyskał 11,4 mln zł dotacji z funduszy unijnych na projekt zachowania, ochrony i udostępnienia zamkniętych dotąd obiektów fortu. Prace zakończą się za dwa lata. Krzyż nad bramą główną wciąż przypomina szubienicę i… kawał naszej historii. Wokół Fortu VII rozciąga się park. Nie ma tu wybrukowanych uliczek ani ławek. Po śliskich liściach można wspiąć się na samą górę, z której rozciąga się widok na starą fosę. W płocie jak zwykle wyrwana dziura – znowu jakiś złomiarz potrzebował na chleb… Z każdej strony leżą połamane drzewa, w jednej z alejek biega wolno pies. – Chodź tutaj, zostaw państwa – woła za nim mężczyzna w średnim wieku.

…i do dziś nie ma tu autobusu….

Wychodzimy na osiedle Lotników Wielkopolskich. Ulice tu podzielone są na cztery grupy: te związane z lotnictwem, od nazwisk pilotów, największych konstruktorów polskiego lotnictwa, od rzek i pasm górskich. Główna zabudowa na Woli to domy jednorodzinne lub szeregowe. Obok wyrasta osiedle Nowe Ogrody. Nigdy nie jeździł tutaj tramwaj ani autobus. – Chcielibyśmy, żeby w końcu ktoś doprowadził do osiedla chociaż jedną linię autobusową, ale na razie nic z tego. Może kiedy to osiedle powstanie, miasto coś zrobi w tym temacie – mówią mieszkańcy. Po urokliwych uliczkach przejeżdżają samochody. Słońce grzeje pomimo późnej jesieni. Dwóch mężczyzn gra w tenisa na Lotniskowcu. To obiekt, z którego można korzystać za darmo. – Robimy tutaj spotkania sąsiedzkie – mówi Magda, która mieszka na osiedlu Lotników Wielkopolskich. – Były podchody halloweenowe, a 9 grudnia w Nowych Ogrodach odbędzie się świąteczne spotkanie na nieodpłatnie udostępnionej przestrzeni od dewelopera.

…są za to opuszczone tory kolejowe…

Osiedla dzielą tory kolejowe. Jeszcze dziesięć lat temu dojeżdżały tu pociągi. Dziś na dukcie leżą resztki potłuczonego szkła. Papiery, regularnie sprzątane przez mieszkańców, rozwiał wiatr. Zostały po sobotniej imprezie. Po obu stronach wykopu rosną drzewa, krzewy, dzieci układają kamienie. Cisza i spokój. A można by było wstawić tu stary wagon i zrobić z niego centrum kultury… Gdy idzie się wzdłuż torów słychać lądujące samoloty. Nikomu nie przeszkadzają. Po prawej stronie wyrastają hangary Wojskowych Zakładów Motoryzacyjnych. Istnieją od 1945 roku. To tutaj kiedyś dojeżdżały pociągi z czołgami. Naprawia się tu sprzęt pancerny, gąsienicowy. Z poziomu torów nie widać, czy na plac właśnie nie wyjechał jakiś czołg. Grupa fotograficzna, z którą spaceruję skręca w lewo. Na wojskowych nieużytkach wznosi się kilka górek, wydeptany piach, specjalnie przygotowane ścieżki zjazdowe. Jeszcze kilka godziny temu biegały tu dziki. – Tanki Trails to poznańskie hopy z piętnastoletnią historią – mówi Natalia Rogowska. – Spotykają się tu pasjonaci BMX-ów, którzy trenują akrobacje. Zapoczątkował to Michał, potem dołączyli znajomi. Obszar jest przez nich utrzymywany przez cały rok.

…działki…

Dalej, w kierunku lotniska, ogródki działkowe. Błoto takie, że ciężko przejść. Żeby dostać się na drugą stronę nie da się nie wdepnąć w kałużę. Pan Stefan właśnie wyprowadza rower. Rozgląda się wokół. – Nie wiem, czy przejadę – śmieje się. – Pani zobaczy, trochę deszczu i nie idzie się stąd wydostać. Działkę ma tutaj od 1964 roku. Pokazuje na stos leżących przy drodze gałęzi: – Tutaj był kiedyś poligon, a teraz widzi Pani, same nieużytki. – Tu nigdy nie jest spokojnie, bo przecież latają samoloty. Czasami  trafi się F16. Wiele lat służyłem w lotnictwie, więc absolutnie mi to nie przeszkadza. Idźcie zobaczyć, czy coś nie ląduje.

 

…pas startowy lotniska…

Przy płocie okalającym drogę zejścia samolotu wysoki, kolczasty płot. Lądują małe samoloty, jeden za drugim. Kilka rodzin wysypało się właśnie z samochodów. – Zobaczcie, jak pięknie, schodzą nam nad głowami – mówi grupa dzieciaków. Rzeczywiście, droga naprowadzania znajduje się pomiędzy ogródkami działkowymi. Można stąd zobaczyć pas startowy. – Pani, kiedy tu duża maszyna ląduje, to jest dopiero widok, jakby na głowie siadała – opowiada mężczyzna spacerujący z psem. Magda Nowecka zamyślona patrzy w niebo. – Któregoś dnia, późnym wieczorem zabrałam się za porządki w domu. Włączyłam radio, a tu nagle słyszę dialog pilota z wieżą kontroli lotów, która go naprowadza. Zwątpiłam – mówi. – Któregoś dnia z kolei widziałam, jak ogromny boeing podchodził do lądowania i dokładnie nad moim domem był tak nisko, że myśleliśmy, że spada. Prawdopodobnie nie dostał zgody na lądowanie i musiał wzbić się z powrotem do góry. Wychodzimy z działek. Idąc dalej torami dochodzimy do bramy zakładów wojskowych. – Szybko – krzyczą uczestnicy fotograficznego spaceru. – Czołg jedzie. Ogromny czołg przejeżdżał właśnie z jednego hangaru do drugiego. – Pewnie testują nowe gąsienice – śmieje się grupa. Przed wjazdem dyżurka. Pan dziwnie się przygląda, gdy wszyscy robią zdjęcia. – Dobra, chodźmy, bo jeszcze nas wylegitymują. Spokojnie odchodzimy dalej.

…grafficiarze…

Idąc dalej nieczynnymi już torami, schodzimy coraz bardziej w dół. Na ścianach graffiti, każde inne. Piotr stoi pośrodku tunelu. Na nasz widok dokłada farby i spraye, i odsuwa się na drugą stronę. – Ja tu nic nie robię, nie róbcie mi proszę zdjęć – krzyczy z daleka. Na torach stoją różnokolorowe opakowania, są pędzle, kilka szablonów. – Niby nikomu to tutaj nie przeszkadza, ale różnie bywa. Potem powiedzą, że to nielegalne. A ja po prostu tutaj trenuję. Na murze powstaje kolejny obraz, który – jak w przypadku każdego grafficiarza – jest jego imieniem lub ksywą. Wygląda imponująco. Tory za chwilę się kończą. Dukty są coraz bardziej śliskie, więc wychodzimy na asfalt pod ulicą Dąbrowskiego. Na górze, na rogu ulicy Skalskiego dom. Kiedyś mieszkała tu Urszula Sipińska.

…stare lotnisko wojskowe…

Przechodzimy na ulicę Startową, którą idziemy do samej Lotniczej. Mijają nas mieszkańcy, którzy grzecznie się kłaniają. Dochodzimy do ogromnej bramy. Obok tablica 76. Dywizjon Rakietowy Obrony Powietrznej. Kilka starych, opuszczonych budynków, pozostałe otoczone blachą. W środku trwa remont. Ogromna brama z napisem „zakaz wstępu”. Wchodzę. Po prawej stronie powstaje Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu. Kiedyś stacjonowało tu wojsko. I kiedyś właśnie tutaj było lotnisko Ławica. Nazywało się wtedy Stacja Lotnicza Poznań. Powstało w 1913 roku. Przed I wojną światową, a także w czasie jej trwania, na lotnisku funkcjonowała szkoła pilotów, obserwatorów i mechaników, poza tym naprawiono tu samoloty i składowano sprzęt lotniczy. Po wojnie, kiedy zabór pruski pozostał w obrębie rzeszy niemieckiej, lotnisko odegrało kluczową rolę w Powstaniu Wielkopolskim. – Halo, halo, tu nie wolno wchodzić – krzyczy pani ochroniarz i wybiega z jednego z opuszczonych budynków. – Musicie mieć państwo zgodę, bo to teren wojskowy. Tam dalej nie można iść. Zatrzymuję się. Na parapecie przeciąga się kot. Nie ma tu już wojska, nie jeżdżą samochody. Trzeba się cofnąć. Gdy obchodzimy wojskowy obiekt, widzimy jeszcze wieżyczki strażnicze, wszystko okala drut. Na samym końcu ulicy Łobżenickiej stoi stary budynek mieszkalny. Pod nogami plączą się koty. Klatka schodowa dawno nie widziała remontu. Cisza i spokój. Kobieta pcha wózek po zniszczonym chodniku. Za domem można dojść do płotu lotniska Ławica. Stare, nieczynne już baraki, straszą. Kamienny płot, zalepiony, żeby nikt nie wchodził. – Chodźmy dalej – mówi Magda i prowadzi na drugą stronę ulicy Dąbrowskiego. Do dziś czynna jest tu klimatyczna stacja kolejowa Poznań – Wola. Za płotem wisi pranie, wietrzy się pościel. Kilku pasażerów czeka na pociąg. Dochodzi godzina osiemnasta. Za chwilę przyjedzie kolejny skład jadący w kierunku Szamotuł.

…a piloci wciąż latają po nocach

Za przejazdem kolejowym jest Hipodrom Wola – po I wojnie światowej był to drugi w Polsce obiekt, na którym wznowiono przedwojenne wyścigi konne. Dziś nic się tu nie dzieje. – Wracamy, bo za chwilę zaczną się nocne loty – dodaje Magda i prowadzi nas z powrotem. Dochodzimy do ulicy Drzewieckiego. Stanisław Nowecki, emerytowany już pilot, siedzi w fotelu w domu na osiedlu Lotników Wielkopolskich. Mieszka tu od 1992 roku. Pochodzi z kielecczyzny. Obok leżą albumy z dawnych lat – wszędzie samoloty, piloci, akcje. – A wie Pani, że mój ojciec mówił na poznaniaka poznańczyk? – śmieje się Stanisław Nowecki. Chodził do szkoły, kiedy wezwano go na komisję wojskową. Jako zdolny do obrony ojczyzny ludowej, mając osiemnaście lat pojechał na komisję kwalifikacyjną do szkoły oficerskiej we Wrocławiu. – Chcieli mnie dać do szkoły do Dęblina. A ja zapierałem się rękami i nogami – mówi. Pojechał tam na początku września. – Pamiętam, jaka była piękna pogoda tego dnia – mówi. – Stojąc na moście w Dęblinie widziałem wieżę spadochronową. I wtedy coś we mnie pękło. Dojechałem. Latały samoloty, był niesamowity huk. Na polu stało trzydzieści namiotów, w każdym trzydziestu chłopa. Wszyscy czekali na badania wstępne do szkoły. Na swoją kolej czekał pięć dni. Komisja specjalna przyjechała z Warszawy i przesiewała. Na sześćdziesiąt osób około dwanaście przechodziło selekcję zdrowotną. – U nas z grupy zostało piętnaście osób – wspomina Stanisław Nowecki. – Kolejnego dnia, na drugiej bazie, był już jeden namiot. Zdawaliśmy egzaminy teoretyczne. Zostało nas dziesięciu. Szkoła trwała prawie trzy lata bez przerwy, bez urlopu. Pierwsze wolne dni mieliśmy w grudniu 1955 roku, w okresie świątecznym. Od 1954 października do kwietnia 1956 uczyliśmy się dzień w dzień. Na mój kurs bombowy przyjęli 107 osób. Do egzaminów dotrwało pięćdziesiąt sześć. Potem zaczęliśmy loty na samolocie Jag 16. Pierwsze wrażenie w samolocie to było coś. Rozejrzałem się wokół i jakby ziemia się zatrzymała. Kolejny – Jak 11 – to był samolot, piekielnie trudny. Lataliśmy w Radzyniu. I do tej maszyny pasuje określenie, że pilot myli się tylko raz. Z pięćdziesięciu sześciu po tym kursie zostało nas dwudziestu jeden.

Potem był Ił-28, samolot dwusilnikowy. Latali w szykach. Stanisław Nowecki dostał przydział do 15. Dywizji Bombowej w Modlinie. Jego 7. pułk stacjonował w Powidzu. – Przyjechaliśmy tu samochodem ciężarowym. Nikt nas nie witał, a dowódca nawet stwierdził, że jesteśmy niepotrzebni. Ale okazało się później, że jesteśmy bardzo potrzebni – opowiada. – Służyłem tam od 1957 roku do 1975. Mieszkałem w Witkowie. Wybudowali nam nawet klub, kino. Tam to zażywaliśmy kultury. Były przeglądy zespołów, teatrów, wszystko było. Były sale dla szachistów, brydżystów, pokerzystów. Ale mieliśmy też ciężkie lądowania. Zginęło mniej więcej czterdziestu kolegów. Po latach zamarzył, żeby dostać się do LOT-u i napisał stosowne pismo. Został przeniesiony na lotnisko Ławica, ale marzenia szybko uleciały. – Warunki były bardzo słabe i nie chciałem tam pracować – mówi. – Poprosiłem o przejście w stan spoczynku. Rok mieszkał na Woli. Za namową kolegi przeszkolił się na śmigłowce. Latał na Mi-2. – Egzaminy na śmigłowiec zdawałem, kiedy Karol Wojtyła został papieżem – dodaje. – A potem wysłano mnie do Libii, gdzie spędziłem trzy i pół roku. Tam było jak na wojnie. Na szczęście znał język angielski, choć nie w takim stopniu, w jakim potrzebował. Zaparł się jednak i nauczył się władać nim perfekcyjnie. Awansował na dowódcę eskadry. W Libii pracowali cywile i wojskowi, a ci pierwsi nie byli dobrze przygotowani. Nie znali podstawowych pojęć, nie latali w szykach, w nocy. – I my musieliśmy tych wszystkich pilotów przepuszczać przez ręce – mówi Stanisław Nowecki. Po dwóch latach wrócił do Poznania, gdzie powstała spółdzielnia wojskowa, która przydzieliła mu teren na osiedlu Lotników Wielkopolskich. W 1992 roku wprowadził się tu razem z rodziną i mieszka do dziś. Ma tutaj kilku kolegów, też pilotów. Codziennie około dwudziestej wychodzą na tzw. nocne loty i codziennie patrzą w niebo, wracając pamięcią do swoich historii. Historii polskich pilotów.