fbpx

Do poznańskiego Szpitala im. Franciszka Raszei jak co roku w okresie świątecznym znów trafi więcej pacjentów. Często samotnych, w depresji, niechcianych i chorych. Będą życzenia, pasterka, na której co roku brakuje miejsc siedzących, choinki i miłe słowa. Na toksykologii znów będzie wigilia, personel wymieni się prezentami i jakby nigdy nic wróci do pracy. W tym roku na dyżurze zabraknie doktora Eryka Matuszkiewicza, który pomimo wieczoru wigilijnego z rodziną wciąż zerkać będzie na telefon, na wypadek gdyby dzwonili koledzy z pogotowia ratunkowego, bo nigdy nie wiadomo kiedy znów ktoś będzie potrzebował pomocy

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

Eryk Matuszkiewicz jak zwykle ubrany jest w marynarkę, eleganckie spodnie. Zdradza go muszka, których ma w szafie kilkadziesiąt. Jest lekarzem już 15 lat. Pracuje na Poznańskim Oddziale Toksykologicznym w Szpitalu im. Raszei w Poznaniu. To jeden z dziesięciu Regionalnych Ośrodków Toksykologii Klinicznej w Polsce. Przyznaje, że okres świąteczno-noworoczny to czas wzmożonej pracy lekarzy.

Za chwilę święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Notujecie wtedy zwiększoną liczbę pacjentów?

Biorąc pod uwagę pracę na moim oddziale, czyli toksykologii i internie, gdzie wcześniej pracowałem, to mogę powiedzieć, że rzeczywiście przyjmuje się wtedy więcej pacjentów. Oczywiście staramy się jak najwięcej osób wypisać do domu, jeśli jest to możliwe, bo każdy jednak w tym czasie chce być z bliskimi. Jest też druga strona medalu. Wiele osób oddaje do szpitali tzw. kłopotliwych członków rodziny, bo chcą gdzieś wyjechać, spędzić czas w miłej atmosferze, a ta osoba mogłaby tę atmosferę zakłócić. Pamiętam, jak koleżanka pojechała kiedyś z wizytą do pacjenta. Wyobraź sobie, że rodzina siedziała przy stole, elegancko ubrana, a ich krewny leżał w kotłowni, w przyziemiu. Stanęła jak wryta i powiedziała: „dopóki tej osoby nie umyjecie i nie ubierzecie, to ja nic nie zrobię”. I nie powiedziała tak, bo nie chciała mu pomóc, ale to było tak straszne, że tylko w ten sposób mogła spowodować, że oni w ogóle się nim zainteresują. To się nie mieści w głowie, ale ludzie tak robią. Czasem jest tak, że rodzina nie chce odebrać chorych ze szpitala, bo przecież trzeba się nimi zająć i dopytują się jak długo mogliby jeszcze zostać.

Mniej osób jest w wigilię, dużo więcej w pierwsze święto i Nowy Rok. W święta, kiedy spotykamy się przy wspólnym stole, a długo się nie widzieliśmy, czasem pojawiają się zadawnione konflikty. W tle jest alkohol, często puszczają hamulce. Do tego dochodzą leki, a te pomieszane z alkoholem nie wróżą nic dobrego. Mamy zatem więcej zatruć. Z drugiej strony jest wiele osób samotnych, które żeby jakoś przetrwać ten czas, sięgają po różnego rodzaju tabletki. A to kończy się różnie… W Nowy Rok z kolei jest więcej pacjentów po przedawkowaniu narkotyków. Ostatnio mieliśmy przypadek nastolatka, nad którym z powodu nadwagi psychicznie znęcali się rodzice i nie dawali mu jedzenia. Wpadł w depresję. Trafiła do nas osiemnastolatka, która poza heroiną próbowała wszystkich narkotyków. Każdy trafia do nas z jakiegoś powodu. Czasami nie chcą o tym mówić, bo się wstydzą. Ważnym jest, aby nazywać rzeczy po imieniu, żebyśmy potem mogli pomóc. Psycholog, którego mamy na miejscu, w szpitalu robi świetną robotę, jest także psychiatra. I to żaden wstyd przyznać się do problemu. Wstyd to nic z tym nie robić. Mamy też takich pacjentów, którzy ciągle wracają. To są ci najbardziej uzależnieni. Nie chcą podjąć terapii, nie próbują albo pójdą raz i odpuszczają, mówią, że sami sobie poradzą, a to się nigdy nie udaje. Co jest najbardziej przerażające, to coraz większa grupa uzależnionych, młodych ludzi. I to przeraża.

Co robicie z takimi osobami w okresie świątecznym?

Staramy się dać im opiekę i jakoś umilić im ten czas, w miarę możliwości. W okresie świątecznym na każdym oddziale jest choinka, wiszą lampki, mamy też inne menu, bardziej świąteczne. Pacjenci są wtedy jakoś bardziej przyjaźni, dużo między sobą rozmawiają, pomagają. Kiedyś u mnie na toksykologii była taka tradycja, że wszyscy siadaliśmy do jednego stołu i jedliśmy kolację wigilijną. W Nowy Rok składaliśmy sobie z pacjentami życzenia. Czasem ten klimat umyka, bo zagonieni na dyżurze zapominamy, że są święta.

Często dyżurujesz w święta?

Ostatnio tak. Dyżurujemy w systemie rotacyjnym – niektórzy w święta, inni w Nowy Rok. Chodzi o to, żeby równomiernie rozłożyć pracę. W tym roku chciałbym pojechać do rodziców na święta, ale wiadomo, że jak będzie trzeba, to zostanę. Na szczęście oni to rozumieją. Z tego co wiem jest już rozpisany dyżur wigilijny w szpitalu, ale na pewno będę jeździł w pogotowiu.

Ile świąt spędziłeś w szpitalu?

Muszę powiedzieć, że przez długi czas – o dziwo – udawało mi się omijać ten okres. I tak jak pracuję 15 lat w zawodzie, to przez 12 lat nie miałem dyżuru w święta. Raz miałem drugie święto, raz sylwester. Trzy lata temu i rok temu pracowałem w wigilię.

Rodzina dzwoniła z życzeniami?

Ja dzwoniłem. Pytałem, czy są już po kolacji, składaliśmy sobie życzenia. Następnego dnia byłem już z nimi.

Dużo o nich wtedy myślałeś?

Tak. Patrzyłem na zegarek i zastanawiałem się, czy już usiedli do stołu, czy mama smaży właśnie ryby, czy już były prezenty. I przypominałem sobie ubiegłe lata, jak byliśmy tego dnia razem. Mimo woli uciekamy myślami do bliskich.

Daleko masz do domu?

Na szczęście nie, rodzice mieszkają w Kaliszu, więc samochodem około półtorej godziny. Pamiętam kolegów, koleżanki ze studiów, którzy mieli rodzinę na drugim końcu Polski. Miałem takiego znajomego z Przemyśla, który wyjeżdżał wieczorem, jechał całą noc i dopiero nad ranem był w domu.

Jak wygląda wigilia w szpitalu?

Mamy taką tradycję, że zbieramy się całym personelem pracującym w szpitalu, dzielimy się opłatkiem, śpiewamy kolędy. I to jest bardzo miłe, bo nigdy nie ma czasu żeby na chwilę się zatrzymać, porozmawiać. Ludzie są bardziej serdeczni wobec siebie. I nie ma barier pomiędzy personelem, wszyscy są na równi. Mamy też wigilie oddziałowe, gdzie każdy losuje osobę, której kupuje drobny upominek. I to jest bardzo mile. Byłem nawet raz w szpitalu na pasterce. Jest żłóbek, przychodzi ksiądz, który odprawia mszę. Zawsze przyjeżdża dyrekcja. I wtedy jesteśmy razem z pacjentami i wspólnie spędzamy ten czas.

Aż chciałoby się zatrzymać taką atmosferę…

Oj tak. Chociaż z drugiej strony jeśli to wszystko dzieje się raz w roku, to docenia się pewną wyjątkowość tego okresu świątecznego, na który wszyscy czekamy. I sami pacjenci wydają się bardziej wyciszeni, dzielni.

Dlaczego zostałeś toksykologiem? To dość trudna specjalizacja…

Trochę z przypadku, podobnie jak interna, na której pracowałem. Kiedy kończyła mi się specjalizacja z interny musiałem opuścić to miejsce. Wszedłem na trzecie piętro, gdzie znajdowała się toksykologia i oddział chorób wewnętrznych. I zapytałem, czy nie potrzebują kogoś do pomocy. Był 2008 rok. I tak to się zaczęło. Nie wiedząc kompletnie z czym to się  je i na czym to polega, zacząłem. I tak jestem tam do dziś (śmiech). Praca jest szczególna, ale mamy świetny, młody zespół. To specjalizacja z pogranicza, bo mamy tu trochę neurologii, interny, intensywnej terapii. Trafiają do nas ludzie nie tylko z marginesu, chociaż tak by się wydawało, ale znaczna część z dobrych domów, elitarnych środowisk. Mamy lekarzy, policjantów, nauczycieli, prawników, księży. Wszyscy jesteśmy ludźmi i czyhają na nas te same zagrożenia. Zdarzają się też zatrucia przypadkowe. Teraz mamy sezon na zatrucia tlenkiem węgla, kończą się zatrucia grzybami.

Więcej jest kobiet, czy mężczyzn?

Różnie. Statystycznie wychodzi pół na pół, aczkolwiek nadużycia leków są bardziej typowe dla kobiet. Panowie to ta grupa osób bardziej uzależnionych, zwłaszcza od alkoholu. Mieliśmy jeden przypadek samobójstwa rozszerzonego, czyli para w wieku siedemdziesięciu paru lat, obciążona problemami zdrowotnymi, próbująca popełnić samobójstwo z bezradności i osamotnienia. Najpierw leki zażył mąż, potem żona. Uratowaliśmy ich, ale okoliczności zatrucia były strasznie smutne.

Czy dziś trudno być lekarzem?

Myślę, że tak. Czasami czuję się jak urzędnik, bo mam mnóstwo dokumentacji do przygotowania. Jeden dokument rodzi drugi. To zabiera dużo czasu. Taka anegdota: w życiu można mieć albo spokój, albo rację, czasem nie ma sensu uparcie trwać przy swoim, trzeba ustępować, negocjować. Pacjenci bywają roszczeniowi, trudni, często wywołują konflikty. I teraz my musimy wiedzieć jak z nimi rozmawiać, żeby nie zaogniać konfliktu, ale wytłumaczyć, na spokojnie porozmawiać. Poświęcić mu czas. Sytuacje konfliktowe często wynikają z tego, że lekarze nie rozmawiają z pacjentami, nie mają dla nich czasu, są zmęczeni. A tego nie można unikać, bo pacjent ma prawo wiedzieć co się dzieje, dlaczego tutaj jest i co będzie dalej. Uważam, że nie powinno się nosić głowy za wysoko, na zasadzie, że ja tu jestem najważniejszy, bo jestem lekarzem, a pacjent jest nic nieznacząca osobą. Odsyłanie ludzi od jednych do drugich drzwi, limity rodzą w nich frustrację – też idiotyzm. Pacjent w końcu wpadnie w szał. Trzeba szanować pacjentów jeśli chcemy, żeby oni szanowali nas. Druga sprawa to zarobki. Jeżeli jedynym motywatorem do pracy jest zarabianie i kalkulacja, ile z tego będę miał, to lepiej od razu dać sobie spokój. Słyszałem o takiej sytuacji na pokładzie samolotu. Pasażer zasłabł. Jakiś lekarz, który akurat też tam był, udzielał mu pomocy, a potem wystawił rachunek liniom lotniczym.

To tak jakby policjant po służbie skasował za interwencję…

Dokładnie. Na Boga, bądźmy ludźmi. Jesteś lekarzem, to pomóż, kiedy ktoś potrzebuje Twojej pomocy! Jeżeli ktoś jest dobrym i oddanym lekarzem, ludzie potrafią to docenić.

Myślę, że dziś niektórym lekarzom, ale nie tylko, brakuje empatii i pokory.

Masz rację. We wszystkim i zawsze trzeba widzieć człowieka. Ja staram się zawsze wejść w skórę pacjenta, czyli traktować ich tak, jak ja sam chciałbym być potraktowany. Ostatnio mój tata był pacjentem jednego z poznańskich szpitali. Kompletna dezinformacja, nie widzieliśmy czy operacja się odbędzie, a jeśli tak, to kiedy. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego u mnie w szpitalu.

Czego Ci życzyć na święta?

Spokoju chyba. No i zdrowia.