Właśnie powstaje ich najnowsza kolekcja. Od 19 lat z powodzeniem ubierają kobiety, noszące każdy rozmiar. Ich ubrania zachwycają. Wykonane z wysokiej jakości materiałów podkreślają walory sylwetki, a ukrywają jej niedoskonałości. Kinga Roth-Perek i Andrzej Perek, właściciele poznańskiej marki Kaskada, dokładają wszelkich starań, by panie zakładając ich rzeczy poczuły się wyjątkowo

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

Kiedyś tu mieszkali, dziś cały dom to jedna wielka pracownia krawiecka. Na poznańskim Świerczewie praca wre. Panie sortują ubrania, słychać maszyny do szycia. Na samej górze, na wieszakach prototypy ubrań, które za chwile założą kobiety w całej Polsce. – A to nasza nowa propozycja, proszę przymierzyć – mówi Kinga Roth-Perek i niesie mi piękną długą czarną suknię.

To tutaj powstają projekty?

Kinga Roth-Perek: Tak, jesteśmy w sercu Kaskady. Tutaj się projektuje, wymyśla, konsultuje. Tu powstają kolejne kolekcje.

Dlaczego Kaskada?

KR-P: Na studiach miałam zajęcia z marketingu. Jedna z rzeczy, która rzeczywiście utkwiła mi w pamięci, to rozmowa o nazwie firmy. Powinna być krótka, łatwa do zapamiętania i dobrze się kojarząca. Wzięłam wtedy słownik polsko-angielski i szukałam haseł, które dobrze brzmią. Wpadła mi do głowy właśnie Kaskada. I wtedy koleżanka powiedziała, że to jest ta nazwa, brzmi bardzo pozytywnie i jest fajna. I tak zostało. Ale zanim to nastąpiło, firma nazywała się Roki. Tak, teraz to zabawne, ale wtedy był taki trend, że łączyło się pierwsze litery imienia i nazwiska, w efekcie czego powstawał akronim stanowiący nazwę przedsiębiorstwa. Z czasem dotarło do mnie, że wygląda to i brzmi w najlepszym przypadku zabawnie. Dlatego od prawie 20 lat mamy Kaskadę.

Co to za kolekcja, którą widzimy obok nas?

K.R-P:  To aktualna kolekcja wizytowo-świąteczna. Mamy tu np. eleganckie zestawy bluzek i tunik połączonych ze spodniami lub spódnicami. Nie brakuje również sukienek. W kolekcji tej łączymy dzianiny z koronkami, szyfonami i subtelnymi siateczkami. Klasyczna kolorystyka utrzymana jest w odcieniach écru, czerwieni, amarantu, granatu i czerni. Wiele dzianin rozświetlonych jest delikatnym i subtelnym połyskiem, który dodaje stylizacji świątecznego szyku.

Projektujecie ubrania dla wszystkich kobiet, macie bardzo rozległą rozmiarówkę. To dziś rzadkość.

K.R-P: Większość firm szyje do rozmiaru 42-44. Niektórzy uważają, że tak jest bardziej prestiżowo, bo szczupłe panie we wszystkim będą dobrze wyglądać. A przecież każda z nas chce być piękna i dobrze czuć się w tym, co nosi, bez względu na rozmiar, figurę i wiek. Postanowiliśmy pójść w tę stronę, bo widzieliśmy, że jest nisza.

I tak od zawsze?

K.R-P: Jesteśmy na rynku już ponad 19 lat. Nauczyliśmy się współpracować z naszymi klientami. Polega to na nieustannych konsultacjach, rozmowach. Dziś nie sztuką jest coś zaprojektować i wypuścić na rynek. Ubrania muszą się podobać, a klient musi chcieć je nosić.

A wszystko zaczęło się niemal przypadkiem. Ucząc się w liceum odzieżowym obszywałam znajomych,  żeby zwyczajnie dorobić. Potem studiowałam projektowanie ubioru. W międzyczasie postanowiłam iść z koleżankami do studium ekonomicznego. Wytrzymałam tam trzy miesiące. Ekonomia była zupełnie nie dla mnie. Potem zrobiłam sobie rok przerwy. I tak się poukładało, że trafiłam do wujka, który miał firmę odzieżową ulicę obok nas. Zatrudniał około 50 osób. Przeszłam przez różne działy, pracowałam na różnych maszynach. Produkowaliśmy męskie spodnie – jeden fason, zmieniały się tylko tkaniny. Tutaj zdobywałam praktyczną wiedzę o tym, jak funkcjonuje zakład odzieżowy. Po pewnym czasie rozpoczęłam studia w Wyższej Szkole Sztuki Stosowanej, prowadzonej przez profesor Urszulę Plewkę-Schmidt – wspaniała artystkę i wykładowcę. Jej fenomen polegał również na tym, że potrafiła ściągnąć najlepszych fachowców z całej Polski, w tym oczywiście z Łodzi. Studiowałam projektowanie ubioru. Osobą, od której bardzo wiele się nauczyłam, był też Jan Finkstein, projektant ubioru, inżynier włókiennik, który poza projektowaniem uczył nas poruszania się w świecie mody. Mówił, z jakimi problemami i zagadnieniami będziemy musieli się spotkać w praktyce, i na co się nastawić. Niektóre jego słowa do dziś mam w głowie.

Pamięta Pani jakąś szczególną wskazówkę?

K R-P: Mówił: „słuchaj, ty nie zostawaj tutaj w szkole”, bo miałam taką propozycję. „Ty rób swoje, bo w tobie jest potencjał i na pewno będziesz w tej branży”.

To Panią zmotywowało?

K.R-P: Na pewno dodało mi skrzydeł i pomogło, bo Jan Finkstein zawsze był dla mnie dużym autorytetem. Bardzo miło to wspominam. Poza tym miałam jeszcze kilku świetnych wykładowców.

Kiedy zaczęła się ta właściwa przygoda z modą?

K.R-P:W trakcie nauki miałam kilka epizodów z pokazami mody. Pamiętam pokaz, podczas którego prezentowałam sukienki ogrodniczki. Od tego właściwie zaczęła się moja przygoda z rynkiem odzieżowym. Takie same ogrodniczki uszyłam potem dla młodzieży i wtedy ktoś polecił mnie dziewczynie, która miała butik w galerii odzieżowej przy ulicy Półwiejskiej. Szyłam jej po kilka sztuk z danego modelu. W którymś momencie ona mówi: „słuchaj, a może te ogrodniczki zaczniemy szyć bardziej masowo?”. Zrobiliśmy partię sukienek i spodni sztruksowych – wszystko dobrze się sprzedawało. Nagle stwierdziła, że ubrania ode mnie są za drogie i znalazła sobie kogoś tańszego. Nie da się ukryć, że byłam tym bardzo poirytowana. Wsiadłam w samochód i pojechałam do Bydgoszczy po sztruks, bo tam był o wiele tańszy niż w Poznaniu. Był rok 1997. Znalazłam pierwszych odbiorców mojej kolekcji: na ulicy Święty Marcin w pasażu i u sąsiadki na straganie na Rynku Jeżyckim. Towar zaczął się fajnie sprzedawać. Potem jeździłam po Wielkopolsce i szukałam kolejnych kontrahentów. Pewnego dnia wpadło mi w rękę czasopismo branżowe z listą hurtowni odzieżowych. I tak trafiłam do Centrum Handlowego Ptak, do kogoś, kto miał tam stoisko. Poszerzałam też listę odbiorców w Wielkopolsce. A potem poznałam mojego męża.

Czym Pan się wtedy zajmował?

Andrzej Perek: Pracowałem jako informatyk i manager, wcześniej jako programista. Krótko po tym jak się poznaliśmy, zacząłem wspierać żonę „po godzinach”. Zaczęło się od pomocy przy remoncie i adaptacji sklepu w GH Panorama, a potem już poszło – otwieranie kolejnych punktów, sprawy organizacyjne, wyjazdy do Łodzi… I nie powiem, wkręciłem się w świat mody (uśmiech). W pewnym momencie musiałem jednak zdecydować się, w którą stronę pójść, bo doba zrobiła się za krótka. Podjąłem decyzję, że pomogę żonie. Początkowo zajmowałem się sprawami organizacyjnymi, logistyką, dziś oboje zarządzamy firmą i wspólnie podejmujemy decyzje, te zwykłe, codzienne i te dotyczące kierunków rozwoju firmy.

K.R-P: Pozwól, że się wtrącę, bo jesteś zbyt skromny. Na pewno nie bylibyśmy w tym miejscu, gdybyśmy nie działali razem. Mąż umie patrzeć długofalowo, a ja działam tu i teraz. Kiedyś mieliśmy więcej sklepów stacjonarnych, dziś mamy świetnie rozwinięty dział handlowy, współpracujemy z różnymi sklepami w całej Polsce, mamy świetny dział dystrybucji, rozwijamy sklep internetowy. A mąż ogarnia również wszystkie tematy związane z systemami komputerowymi, które wspierają sprzedaż i ogólnie działalność firmy, czyli to czego szczerze nie znoszę (śmiech).

A.P: No dobrze, niech będzie. Zajmuję się wszystkim poza produkcją i projektowaniem, bo na tym zwyczajnie się nie znam. Mogę zaopiniować ubrania i to tyle.

Pyta Pani męża o zdanie?

K.R-P: Oczywiście – przychodzę i pytam o opinię.

Zdarzyło się, że coś się Panu nie podobało?

A.P: Pewnie. Jestem wzrokowcem i muszę być przekonany, że projekt jest fajny, a jeśli coś jest nie tak, to powiem, co konkretnie mi się nie podoba. A po tylu latach mam oko do pewnych szczegółów.

K.R-P: Bardzo cenię sobie męża zdanie, bo przecież my kobiety chcemy się podobać. Poza tym między nami nie ma rywalizacji, mamy wspólny cel i świetnie się uzupełniamy.

Ile osób liczy zespół Kaskady?

K.R-P: Niespełna 50 osób, przy czym niektóre z nich pracują z nami od samego początku firmy! Mamy kilka działów mi.in: projektowy, marketingu i grafiki, handlowy, produkcyjny itd. To właśnie przede wszystkim ludzie, z którymi na co dzień działamy tworzą Kaskadę. W ciągu tych prawie 20 lat udało nam się zbudować zespół naprawdę świetnych fachowców, a przy tym osób, z którymi chce się przebywać i wspólnie działać. To daje nam niebywały komfort, wynikający z zaufania i tego, że można na nich polegać.

A.P: Pytała Pani wcześniej jak to jest, że potrafimy ubrać kobietę w każdym rozmiarze. To jest właśnie w dużej mierze efekt kumulacji doświadczenia wielu osób w firmie, w tym choćby naszego niezawodnego konstruktora, który podpowiada wiele rozwiązań technicznych.

Skąd bierzecie modelki na przymiarki?

K.R-P: Pierwsze przymiarki zawsze zaczynają się ode mnie. Mierzę pierwowzory, moja mama sprawdza, jak leżą większe rozmiary. Mamy jeszcze kilka dziewczyn, każdą w innym rozmiarze, z którymi również testujemy prototypy. Ostatnio naszym wielkim hitem sprzedażowym było kilka modeli spodni – naprawdę świetnie skrojonych i  skonstruowanych z pomysłem. W efekcie są niesamowicie wygodne, świetnie leżą i świetnie się sprzedają. Sztuką jest uszyć właśnie takie, żeby na każdej kobiecie dobrze leżały, nie były opięte, a do tego wyszczuplały. Muszę bez fałszywej skromności powiedzieć, że wiemy, jak to robić i jesteśmy w tym fachowcami.

Czym się inspirujecie?

K.R-P: Oczywiście jesteśmy na bieżąco z trendami i z wielkimi świata mody, natomiast wiemy też, kim jest nasza klientka i jakie są jej oczekiwania W efekcie nasze projekty są wypadkową tego, co nowe i modne, ale z zachowaniem umiaru, dobrego stylu i ponadczasowości. Działamy intuicyjnie i to się sprawdza.

A.P: Sukces marki w dużej mierze bierze się również z kumulacji doświadczeń i dobrej intuicji Kingi, która ma świetne wyczucie potrzeb rynkowych. Ten czynnik jest nie do przecenienia!

Wasze ubrania to nie tylko moda  biznesowa, ale też ubrania na co dzień.

K.R-P: Tak, staramy się dopasowywać do potrzeb rynku. A długofalowe trendy są takie, że chcemy się ubierać przede wszystkim coraz bardziej wygodnie, w odzież raczej uniwersalną niż na pojedyncze okazje. Jednocześnie coraz większą wagę przykładamy do naturalnych surowców i szeroko rozumianej ekologii w noszonej odzieży.

Gdzie dzisiaj można kupić Wasze ubrania?

K.R-P:W Poznaniu posiadamy dwa salony firmowe: w CH M1 oraz w GH Panorama. W całej Polsce współpracujemy z około 200 sklepami multibrandowymi; mamy oczywiście również sklep internetowy e-kaskada.pl Od jakiegoś czasu uczestniczymy w imprezach targowych przeznaczonych tylko dla polskich producentów. Pozyskujemy w ten sposób nowych odbiorców, również spoza naszego kraju np. ze Słowacji, Czech, Niemiec. Wchodzimy zatem na rynki europejskie.

Sklep internetowy to Wasze nowe dziecko?

K.R-P: Tak, projekt ten to wbrew pozorom duże wyzwanie, bo sklep internetowy to właściwie firma w firmie – zupełnie nowy kanał dystrybucji, który rządzi się swoją specyfiką i wymaga niezwykłej staranności w opracowaniu dobrych procedur na jego „zapleczu”, jak i atrakcyjnej i funkcjonalnej realizacji po stronie klienta.

Pani ubrana jest w swoją kolekcję?

K.R-P: Tak, i zawsze noszę rzeczy, które jeszcze nie są wprowadzone do produkcji. Lubię je dobrze przetestować, zanim zaproponuję je swoim klientkom.

Chciałaby Pani kiedyś robić coś innego?

K.R-P: Nie, nigdy. Ja chyba mam to we krwi. Odkąd pamiętam mama i babcia zawsze coś dziergały, potem ja dziergałam i siłą rzeczy moje córki też dziergają (śmiech). Babcia robiła na drutach kapcioszki, w których chodziła cala rodzina. Mama haftowała. Nasza starsza córka ma już  maszynę do szycia, po którą sama sięgnęła. Ostatnio uszyła kołderkę i poduszkę do wózka swojej młodszej siostrze.

Ubieracie znajomych, rodzinę, bliskich?

K.R-P: Jak najbardziej i sprawia nam to dużą radość. Ale najbardziej cieszę się, kiedy spotykam na ulicy kogoś nieznajomego i widzę, że osoba ta ubrana jest w nasze rzeczy. Wtedy szeroko się uśmiecham.

Foto sesja: Krzysztof Ślachciak