– Wrażliwość na estetykę w mieście jest dziś znacznie większa niż jeszcze cztery lata temu, kiedy zaczynałem pracę w Urzędzie Miasta. Coraz więcej właścicieli firm zdaje sobie sprawę, że mniejszy wcale nie oznacza gorszy i dzisiaj założyliby inny szyld niż jeszcze kilka lat temu. Eksplozja barw w latach 90. była reakcją na 45 lat szeroko rozumianej szarości. Dzisiaj kontrujemy ten wybuch kolorów – mówi Piotr Libicki, plastyk miejski

Rozmawia: Michał Gradowski

 

Jak wygląda dzień plastyka miejskiego?

Pozornie dość schematycznie – stałe godziny pracy, 8-16, jak w urzędzie, ale w rzeczywistości jest znacznie bardziej różnorodnie. Sporą część pracy poświęcamy na spotkania – z mieszkańcami, radami osiedli czy w ramach komisji rady miasta – rewitalizacji czy polityki przestrzennej. Mamy taką zasadę, że nie wydajemy opinii dotyczącej danego obiektu czy miejsca bez pojechania w teren – mapy Google to zdecydowanie za mało. Kiedy jest więc ładna pogoda i świeci słońce, łączymy przyjemne z pożytecznym. A do tak zwanej czarnej roboty związanej z dokumentami przystępujemy oczywiście z mniejszym zapałem, ale to element każdej pracy. Bardzo cieszy mnie jednak fakt, że zarówno wewnątrz urzędu, jak i w naszych relacjach z wnioskodawcami opieramy się głównie na bezpośrednich interakcjach, a nie „wymianie papierów”. Taka biurokratyczna metoda jest nie tylko czasochłonna, ale też mało skuteczna. Bezpośredni kontakt jest kluczowy dla szybkiego osiągania celów.

W grudniu mijają cztery lata od początku Pana pracy na stanowisku plastyka miejskiego. Będzie świętowanie? Jakie najważniejsze cele udało się osiągnąć w tym czasie?

Z moim zespołem na pewno się gdzieś wybierzemy. Zaczynałem sam, dzisiaj jest nas piątka. Fenomenalna grupa ludzi, każdy ma inne umiejętności, doskonale się uzupełniamy, co daje nam o wiele większe możliwości.

Nie lubię oceniać własnej pracy, ale na pewno przez te cztery lata udało się skutecznie wdrożyć reformę kolorystyczną w elementach infrastruktury, ten słynny już „grafit Libickiego”. Efekty naszej pracy widać także w kolorystyce budynków – tutaj nie mówimy już o grafitowym, ale o bardziej stonowanych barwach w termomodernizowanych blokach czy szkołach. Często sięgamy też do archiwum, żeby odtworzyć pierwotną kolorystykę lub chociaż się nią kierować. Wzorcowa jest na przykład nasza współpraca ze Spółdzielnią Mieszkaniową Osiedle Młodych, która zaowocowała zmianą kolorów budynków znacznego fragmentu miasta. Co bardzo istotne, w tym przypadku nie ma żadnych formalnych wymogów, aby plastyk miejski zajmował w tej sprawie zdanie. Także konserwator nie może nic narzucić, bo to budynki poza strefą ochrony konserwatora zabytków. Kierownictwo spółdzielni doszło jednak do wniosku, że warto się z nami skonsultować.

Przyczyniliśmy się także, wraz z Estradą Poznańską i konserwatorem zabytków, do zmiany wyglądu ogródków gastronomicznych nie tylko na Starym Rynku, ale w całym mieście. Ich struktura jest lżejsza, są bardziej stonowane, lepiej dopasowane do przestrzeni, w mniejszym stopniu przesłaniają budynki. Wiele z nich nie ma już wysokich podestów i ogrodzeń oraz obrandowanych parasoli. Rocznie opiniujemy ok. 200 ogródków.

Konsekwentnie ograniczamy też liczbę reklam w przestrzeni publicznej, nie tylko na Starym Mieście. Obecnie jesteśmy natomiast w trakcie dyskusji i zbierania opinii na temat naszego projektu zapisów do uchwały krajobrazowej, czyli zasad, na bazie których będzie można zamieszczać reklamy w przestrzeni publicznej. To nasza propozycja, która po ewentualnych modyfikacjach i zatwierdzeniu przez Radę Miasta Poznania stanie się obowiązującym prawem.

Planujemy też stworzenie programu promującego i finansującego artystyczne działania przestrzenne w mieście – instalacje i obiekty, które zostawią trwały ślad w tkance miejskiej.

 

Co Pana obecnie w Poznaniu najbardziej kłuje w oczy?

Pawilony i budy handlowe na miejskich gruntach – zrobiliśmy niedawno audyt i wyznaczyliśmy ok. 20 z nich, które powinny zniknąć lub przejść proces estetyzacji. Większym wyzwaniem są natomiast podobne obiekty zlokalizowane w miejscach o skomplikowanej strukturze własnościowej, takich jak plac Wiosny Ludów, teren przy kościele św. Marcina, na którym znajduje się parking czy przestrzeń przy skrzyżowaniu ulic Roosevelta i Dąbrowskiego – to miejsca, które koszmarnie szpecą Poznań. Inwestycji w centrum miasta jest jednak coraz więcej, będziemy robić wszystko, aby również te tereny udało się zagospodarować.

 

Jak często spotyka się Pan z zarzutem, że promuje Pan w mieście swój prywatny gust?

Estetyka, w tym estetyka miast, nie jest wcale sprawą tak subiektywną, jak mogłoby się wydawać. Poruszamy się tutaj w obrębie pewnych obiektywnych zasad. Inaczej działa kolor grafitowy, a inaczej jaskrawopomarańczowy i nie jest to kwestia gustu. Podobnie jest z kształtami – inaczej działają formy obłe, a inaczej te zakończone ostrymi krawędziami. Jeśli zbudujemy kompozycję z tych form i kolorów, to ona działa siłą tych elementów, która jest precyzyjnie określona. Chodzi więc o to, aby zasady – np. taka, że infrastruktura jest mniej ważna niż budynki czy ludzie – modelowały rzeczywistość. Wtedy, jeśli przestrzeń jest uporządkowana, otwiera się pole do łamania zasad – ale samo łamanie zasad nie może być obowiązującą normą.

Podobno ma Pan trasę, którą oprowadza Pan zagranicznych gości po Poznaniu?

Standardowa trasa zwiedzania Poznania zwykle zaczyna się na Śródce – Katedra, przechodzimy przez Wartę, oglądamy centrum, dochodzimy do placu Mickiewicza i po sprawie. Zupełnie inny obraz miasta – i taki pokazywałem kiedyś szwajcarskim architektom – uzyskamy zaczynając od parku Wilsona, podziwiając Łazarz i okazałe, wielopiętrowe budynki na ul. Matejki i Kasprzaka, gdzie widać luksus, w jakim żyli ówcześni mieszkańcy. W mieście, które przez wiele lat było ściśnięte pierścieniem fortyfikacji, nie było miejsca na duże budynki mieszkalne, dlatego kiedy jesteśmy w centrum, mamy wrażenie małego miasteczka, a kiedy staniemy np. na ul. Głogowskiej – widzimy skalę metropolii. Po Łazarzu idziemy na Jeżyce, które – podobnie jak Łazarz i Wilda – mają strukturę niezależnego miasta z rynkiem, kościołem, szkołą i parkiem. I dopiero po takim wstępie warto zwiedzać centrum miasta.

Gdyby miał Pan wybrać jedno ulubione miejsce w Poznaniu, to co by to było?

Trudne pytanie. Na pewno Sołacz ze względu na swoją unikatowość – tak dobrze utrzymanej, ładnie urbanistycznie rozplanowanej dzielnicy willowej nie ma w całym kraju. Mieszkam na ul. Ogrodowej, więc lubię spędzać czas na ul. Taczaka, która przeszła ostatnio spore zmiany. Dużym sentymentem darzę też Grunwald i Winiarnię Pod Czarnym Kotem – miejsce kultowe, nie tyle w wymiarze materialnym, co patrząc przez pryzmat jego „ducha” i poetyki, którą tworzą stali bywalcy.

 

Czy plastyk miejski jest w Poznaniu rozpoznawalny?

Zdarza się, że ktoś zatrzyma mnie na ulicy i zada kilka pytań. Zastrzeżenia i wątpliwości co do estetyki w mieście często są formułowane w mocny sposób. Nie mam o to pretensji – to nasza cecha narodowa, że wolimy dostrzegać mankamenty niż zmiany na lepsze. Pozytywne głosy też się oczywiście zdarzają, a równowaga pomiędzy docenianiem tego, co już zostało zrobione i dostrzeganiem tego, co wymaga poprawy, jest najlepszą mobilizacją do pracy.

 

Czy choinka z plastikowych butelek, która stanęła kilka lat temu na Starym Rynku zyskałaby dzisiaj akceptację plastyka miejskiego?

Centralna, najważniejsza miejska choinka bezwzględnie powinna być naturalna. Nie wyobrażam sobie świąt bez pachnącej choinki. Plastikowa, ekologiczna choinka z butelek mogłaby stanąć w mniej eksponowanym miejscu, jako element promowania recyclingu.

 

Jak spędzi Pan Wigilię i Sylwestra?

Wigilię spędzam z rodziną, ale w wąskim gronie. Cenię sobie kameralne spotkania – wolę więcej mniejszych niż jedno duże. W Sylwestra zwykle natomiast wyjeżdżam – też raczej nie na wielki bal, ale małe przyjęcie. Tak dużo doświadczam miasta każdego dnia w pracy, że kilka dni przerwy dobrze mi zrobi, choć oczywiście Poznania nigdy dosyć!