W „Społem” Poznańskiej Spółdzielni Spożywców pracuje 45 lat. Niedługo obchodzić będzie 10-lecie na stanowisku prezesa. Nie wyobraża sobie być w innym miejscu, bo kocha spółdzielczość, w której się wychowała. Podkreśla, że bez zespołu nigdy niczego by nie zbudowała, bo największym kapitałem jest człowiek i jego umiejętności. Grażyna Raniewicz-Lis nie boi się wyzwań i wciąż rozwija Społem z ideą polskości w sercu

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

W gabinecie Pani prezes jest miło i przytulnie. Na biurku stoją wrzosy, na stole storczyki. Zielone ściany wyciszają. Pięknie, elegancko ubrana kobieta zaprasza nas do stołu. Mimo tego, że jest mocno zabiegana, znalazła dla nas czas.

Jak Pani zaczynała?

Właściwie spółdzielczość wypiłam z mlekiem ojca (śmiech). Tata pracował w spółdzielni i bardzo dużo o niej opowiadał. Co jakiś czas przynosił ze sklepu spożywczego bonusy za zakupy w sklepie spółdzielczym. To były różnego rodzaju towary, w tym słodycze. Bardzo dobrze to pamiętam. I tak w sumie zaczęła się moja przygoda ze „Społem” Poznańską Spółdzielnią Spożywców. Zaczynałam zaraz po szkole średniej na stanowisku fakturzystki w magazynie i czekałam na stanowisko w dziale księgowości. Potem przez wiele lat pracowałam w dziale społeczno-samorządowym, który zajmuje się kontaktem z członkami spółdzielni oraz działaczami, którzy realizują się społecznie w naszej spółdzielni. Tam pracowałam najdłużej, kończąc w międzyczasie studia, potem zostałam kierownikiem. I stamtąd awansowałam na stanowisko prezesa zarządu spółdzielni. Dziś mam zaszczyt i ogromną radość pełnić tę funkcję, a dokładnie 18 stycznia minie 10 lat mojej pracy.

Można powiedzieć, że przeszła Pani wszystkie szczeble kariery.

Tak i dlatego znam bardzo dobrze specyfikę tej spółdzielni, jej historię, ludzi.

Pamięta Pani pierwsze chwile w spółdzielni?

Dokładnie to pamiętam. Praca zawsze była dla mnie bardzo ważna, ale nie najważniejsza. Spółdzielnia daje nie tylko zatrudnienie, ale tez możliwość samorealizacji, pracy na rzecz innych i współpracy z ludźmi.

Czym dla Pani jest ta spółdzielczość, o której rozmawiamy?

Dla mnie to zawsze będzie związek ludzi, a nie kapitałów i to odróżnia spółdzielnię od innych form przedsiębiorczości. Wpisujemy się w nurt gospodarki społecznej. Spółdzielcza forma gospodarowania to swego rodzaju komponent społeczeństwa obywatelskiego. W systemie gospodarowania spółdzielczego tym, co jest dla mnie najważniejsze jako człowieka, nie prezesa, bo zawsze powtarzam, że człowiekiem się jest, a prezesem się bywa, jest to, że nie ma tutaj miejsca na komercję i współzawodnictwo. Tutaj jest współdziałanie, współdecydowanie i współistnienie. Spółdzielczość charakteryzuje się tym, że zarówno członkowie, jak i pracownicy spółdzielni nie są pionkami w grze, ale są graczami i mają równe prawa. Choć „gramy” na różnych pozycjach, każdy głos jest równie ważny.

Skąd wzięły się spółdzielnie?

Z biedy i były odpowiedzią na wyzysk i złe traktowanie ludzi. Spółdzielnie dają możliwość godnego życia, nie tylko w sensie materialnym, ale także w sensie podmiotowym dla człowieka. Budują przekonanie, że wszyscy jesteśmy ważni i działamy realizując wspólne cele i plany. To nie jest łatwa forma gospodarowania, w zakresie stricte ekonomicznym. Ubolewam nad tym, że w Polsce spółdzielnie traktowane są bez żadnych preferencji, mimo ze wypełniają pewną misję w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Czekamy ciągle na to, żeby legislacja postrzegała spółdzielczość tak jak to jest na zachodzie, gdzie spółdzielnie np. zwolnione są z podatku dochodowego od obrotu ze swoimi członkami. Tradycja ruchu spółdzielczego w Polsce sięga 200 lat, kiedy ksiądz Stanisław Staszic w 1816 roku założył Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze dla Wspierania się Wspólnie w Nieszczęściach. Imperatyw tworzenia spółdzielni tkwi w tym, że ludzie, którzy mają małe kapitały materialne, ludzkie, osobowościowe, tworzą grupę, która działa w interesie swoich członków. I tak to funkcjonuje do dziś. Tak też powstała nasza spółdzielnia. W czerwcu 1919 roku po podpisaniu traktatu wersalskiego zakończył się okres przejściowy. Wielkopolska jako region została włączona do Polski i Poznań oswobodzony przez powstańców zaczął żyć nowym życiem. Zaczęły znikać niemieckie napisy, nazwy ulic. Dotychczas prowincjonalne pruskie miasto rozpoczęło dynamiczny rozwój. Niestety spowodowało to wzrost kosztów utrzymania, a najbardziej ucierpieli na tym najmniej zarabiający, czyli robotnicy, którzy zaczęli buntować się przeciwko wyzyskowi. I w tych okolicznościach, w tej atmosferze grupa zapaleńców 29 sierpnia 1919 roku utworzyła spółdzielnię spożywców w Poznaniu o nazwie „Zgoda”. To nasza prekursorka. Powstała 13-osobowa rada nadzorcza, której pierwszym przewodniczącym był dr Stanisław Mroczkowski, członkiem głównego komitetu założycielskiego ksiądz Walenty Dymek. Zgoda liczyła 105 osób. 10 grudnia otwarto dwa pierwsze sklepy, pierwszy przy ulicy Górna Wilda 95, gdzie do dziś jest piękna tablica pamiątkowa, a drugi przy Rynku Łazarskim, gdzie działa nasz duży obiekt handlowy.

Kiedy był najlepszy okres dla spółdzielni?

W międzywojniu, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości spółdzielczość zaczęła dynamiczny rozwój. Po II wojnie światowej handel prywatny był bardzo zmarginalizowany. Kupowało się głównie w sklepach spółdzielczych. Obywatel miał mieć wszędzie stały dostęp do chleba, mleka i innych podstawowych potrzeb. Nasze sklepy powstawały w każdym punkcie Poznana. Jednym z takich flagowych punktów była Alfa, której wciąż jesteśmy współwłaścicielem. To pierwszy wieżowiec, na rogu Świętego Marcina i Ratajczaka. Wielu poznaniaków myśli, że wszystkie te wysokie budynki to Alfy. Nic bardziej mylnego. Tylko ten jeden miał naszą nazwę własną Alfa. Obecnie powstaje tam piękny hotel, który nazywać się będzie Altus, właśnie w nawiązaniu do Alfy. Poza tym zostało nam wiele ciekawych nieruchomości i mogę powiedzieć, że gospodarujemy naprawdę ogromnym majątkiem, a oprócz zysków z działalności gospodarczej stricte handlowej mamy również przychody z wynajmu naszych nieruchomości.

Dziś polski handel wypierają zagraniczne koncerny.

Niestety tak. W każdej sieci zagranicznej, owszem, są polskie produkty, kupują i sprzedają Polacy, ale zyski wywożone są za granicę. Jeżeli jedna z sieci zagranicznych w 2011 roku otrzymała 14 milionów zwrotu podatku CIT, bo ich działalność w Polsce była nierentowna, to dlaczego nie przeniosą jej do siebie? A my płacimy wszystko, jak Pan Bóg przykazał i nie mamy taryfy ulgowej.

Jak dziś pomóc spółdzielni i ratować polski kapitał?

Przez dobre prawo.

Myśli Pani, że to możliwe?

Jestem optymistką i myślę, że to jest do zrobienia, ale to długi i żmudny proces, do którego potrzeba zapaleńców, którzy kochają spółdzielczość, żeby o nią zawalczyli. Po 1989 roku w żaden sposób nie ochroniono polskiego handlu. Dziś ta walka jest bardzo trudna i powrót do warunków z 1989 roku jest niemożliwy. A mnie szalenie zależy na tej organizacji, jej rozwoju. Jeżeli sami nie dotrzemy do osób, które decydują, jak ma wyglądać gospodarka w naszym kraju, to niestety będzie coraz gorzej. Brałam udział w pracach nad ustawą o podatku od handlu detalicznego, która pierwotnie zakładała wprowadzenie podatku dla hipermarketów. Pierwszy projekt ustawy, jaki poznaliśmy, gdyby wszedł w życie w takiej formie, doprowadziłoby dosłownie do rozjechania walcem polskich przedsiębiorstw handlowych. Trzeba było wtedy dotrzeć do posłów, którzy nie znają spółdzielczości ani od strony gospodarczej, ani niematerialnej. I tłumaczyć im, na czym polega nasze gospodarowanie i jak negatywny wpływ będzie miał ten podatek. Dzięki tej walce Społem naprawdę zaistniało, przyłączyły się do nas wtedy wszystkie polskie sieci, typu Lewiatan, Chata Polska.

No tak, ale Społem wielu jeszcze kojarzy się z komunizmem…

Aby odczarować takie stereotypowe postrzeganie nas, musieliśmy zrobić remodeling sklepów, przeprowadzić wiele kompleksowych remontów, wprowadzić nowoczesne usługi. Uruchomiliśmy nowy autorski projekt – Eko Społem. To dwa pięknie działające sklepy tylko z żywnością ekologiczną. I wciąż się zmieniamy. Mamy program lojalnościowy i 45 tysięcy uczestników, jesteśmy obecni w mediach społecznościowych,  bo musieliśmy zaistnieć w wirtualnej rzeczywistości. Ostatnio miałam ciekawą rozmowę z taksówkarzem. Pan mówi do mnie: „widzi Pani, tu powstaje kolejny sklep sieci zagranicznej, z czego się bardzo cieszę”. A ja mówię: „jestem szalenie smutna z tego powodu, bo to powinien być polski sklep”. A Pan na to: „ale proszę Pani, ja tam kupuję polskie produkty, a na kasach pracują Polacy”. I odpowiadam: „ale wie Pan, zyski są wywożone za granicę. A wy tak walczycie z tym Uberem, który jest zagraniczny, i waszym zdaniem nie płaci ZUS-u, nie ma odpowiednich badań i chcecie, żeby klient wybierał was. I ja wybieram Pana”. Zatrzymał się, odwrócił się do mnie i powiedział: „proszę Pani, przekonała mnie Pani jednym zdaniem. I ja już teraz wiem, dlaczego mam kupować w polskim sklepie”.

I to jest słowo prezesa – bezcenne. Dlaczego zdecydowała się Pani kierować Społem?

Chyba dlatego, że bardzo dobrze znałam spółdzielnię. To stanowisko było ogromnym wyzwaniem, z którego nie zdawałam sobie do końca sprawy, ponieważ funkcjonowanie na szczeblu menedżerskim na takim stanowisku to nieporównywalna odpowiedzialność. Dla mnie zarządzanie majątkiem spółdzielni jest ważniejsze od zarządzania majątkiem własnym. Odpowiadam przed ludźmi, którzy ten majątek tworzyli, tworzą i będą tworzyć. Poza tym działamy w sferze kulturalnej, oświatowej, sprawujemy kuratelę nad czterema spółdzielniami uczniowskimi, gdzie uczymy spółdzielczej formy gospodarowania. Pracują tam opiekunowie, nauczyciele. Uczą współzawodnictwa, wypracowywania zysku, dzielenia się nim, współpracy, odpowiedzialności. Chodzi o to, żeby w przyszłości tworzyć kadry spółdzielcze. Czy tak będzie, nie wiem, bo to trzeba kochać, a najlepiej się z tym urodzić. Wracając do Pani pytania. Zostałam prezesem, bo kocham spółdzielnię i to jest miłość odwzajemniona. To jest bardzo odpowiedzialne stanowisko, zwłaszcza teraz, kiedy w każdej branży mamy duże problemy kadrowe. Bardzo cenię sobie moich współpracowników. To wspaniali ludzie. I być może oferty innych pracodawców mogą być bardziej atrakcyjne, ale charakter pracy, atmosfera i poczucie stabilizacji, które dajemy powoduje, że pracownicy zostają z nami po 30 nawet 40 lat. Bez nich nic bym nie zrobiła. I jeśli każdy daje od siebie to, co ma najlepszego, to wtedy się udaje. Mam nadzieję, że nasz jubileusz stulecia istnienia, który będziemy obchodzić już za dwa lata, będzie początkiem kolejnego stulecia mojej spółdzielni. I tego bym sobie życzyła.

I ja tego właśnie Pani życzę.

Bardzo dziękuję, bo to najlepsze życzenie, które mogłam otrzymać.

Oprócz działalności handlowej wspierają też Państwo instytucje charytatywne.

Wspieramy Polski Czerwony Krzyż, zbiórki żywności przed świętami z Wielkopolskim Bankiem Żywności, Polski Komitet Pomocy Dzieciom, wiele fundacji i stowarzyszeń, jesteśmy obecni na każdych dożynkach miejskich, na święcie spółdzielczości w Szreniawie. Jeżeli Poznań wychodzi do nas z jakimś projektem, zawsze odpowiadamy i pomagamy. Kiedy władze miasta zaangażowały się w projekt sprowadzenia z Mariupola ukraińskich rodzin, żeby im pomóc, myśmy udzielili im konkretnego wsparcia rzeczowego i zaoferowaliśmy im pracę. Byłam obecna na przywitaniu tych rodzin i było to niezwykle przeżycie.

Jak dziś budować wśród ludzi spółdzielczość?

Ona trochę buduje się sama. Spółdzielnie socjalne tworzą się z potrzeby. Są odpowiedzią w tych społecznościach i miejscowościach, gdzie powstawał duży przemysł z sektora zagranicznego. Ludzie wiedzą, że w wielu tego typu miejscach istnieje wyzysk pracownika. Jeśli chodzi o branżę spożywczą sprawa jest trudniejsza, bo tutaj potrzeba konkretnego wkładu finansowego, żeby otworzyć sklep, zatowarować go. Nie da się tego zrobić jednoosobowo, potrzeba przynajmniej 10 osób, żeby stworzyć taką spółdzielnię. Jeżeli ktoś chce swoje życie bardziej zhumanizować, to poszuka takiej formy, gdzie może się zrealizować zawodowo i godnie żyć. I tak jest u nas.

Ile dzisiaj spółdzielnia ma sklepów?

55 placówek handlowych, a na początku grudnia otworzy się nowa. Teraz naszym nowym wyzwaniem jest poszerzanie działań z zakresu malej gastronomii. Rozpoczęliśmy już taki projekt z dużym powodzeniem w sklepie na osiedlu Oświecenia, gdzie kupiliśmy najnowocześniejszy sprzęt w postaci pieca konwekcyjnego i serwujemy pyszne, domowe obiady. Na miejscu jeszcze nie można zjeść, ale myślimy o tym, być może w innym obiekcie. Wszystko przygotowujemy sami. Robią to gospodynie domowe, dlatego smakuje jak w domu. Mamy już pozytywny feedback naszych klientów. Myślimy też o pewnych działaniach oświatowych, budowie galerii poza Poznaniem. Planów mamy dużo na następne stulecie. Byle nam nie szkodzono i nie przeszkadzano, to będzie dobrze.

Dużo jeszcze przed Panią?

Tak naprawdę mogłabym już przejść na emeryturę, ale póki Bóg daje zdrowie i siły, chcę pracować. Mimo że codziennie 500 osób i 500 problemów. Ale bardzo cenię i szanuję tych ludzi, to oni tworzą spółdzielnię, bez nich nic nie udałoby się zrobić. Mamy spółdzielczość w sercach i to się nigdy nie zmieni.