Ma 62 lata, głowę pełną nowych pomysłów i nie  myśli o zwolnieniu obrotów, czy też, nie daj Bóg, emeryturze…. Podróżnik, właściciel Biura Podróży Logos Travel, maratończyk. Dzień zaczyna od biegania. Biega dla przyjemności – amatorsko, ale ma na swym koncie spore sukcesy biegowe. Przebiegł  już dziesiątki maratonów, w tym siedem w wydaniu ekstremalnym: na zamarzniętym jeziorze Bajkał, na pustyni w Środkowej Australii, po wulkanach w Etiopii, za kołem polarnym w Kanadzie, pod wiatr w Patagonii i na białym kontynencie – Antarktydzie, gdzie zajął drugie miejsce w klasyfikacji open! Biegał też w Kongo, Mauretanii, Korei Północnej, Mongolii, Gujanie brytyjskiej i wielu, wielu innych krajach przy okazji ich zwiedzania. Nigdy nie zwalnia. Jego biuro podróży Logos Travel jest jednym z najbardziej znanych w kraju touroperatorów, oferujących ambitne wyprawy tematyczne w najdalsze zakątki globu 

ROZMAWIA: Joanna Małecka

Marek Śliwka biega wszędzie, nawet między piętrami swojego biura, przy ulicy Mickiewicza w Poznaniu. Na ścianach mnóstwo dyplomów i certyfikatów. Rzucają się też w oczy dziesiątki medali z ukończonych maratonów, w tym tych najtrudniejszych… Właściciel Logos Travel chciałby zarazić każdego miłością do biegania, rozpiera go energia i ciągle szuka nowych wyzwań. W czasie wolnym od pracy lub biegania lubi posłuchać poezji śpiewanej, bo jak twierdzi przy tej właśnie muzyce przychodzi mu zwykle wena twórcza, tak bardzo potrzebna przy pisaniu nowych programów do katalogu Podróże z pasją lub też programów maratońsko-turystycznych do katalogu Maratony na 7 kontynentów. W przerwach między pisaniem programów udaje mu się nieraz napisać fragment własnej książki o podróżniczych przygodach. Jego ambicja jest, aby ukończoną i wydaną drukiem książkę przeczytał choćby jeden czytelnik, ale nie jest w tym względzie wielkim optymistą…

Wszystkie medale należą do Pana?

Nie wszystkie, część mam w domu. W sumie jest ich kilkaset.

Jak długo je Pan gromadzi?

Już ponad dwanaście lat.

A jest tu jakiś szczególny medal?

Tak, one są tutaj. Na biurku w jego gabinecie stoją statuetki  z siedmiu kontynentów i statuetka ukończenia Korony Ekstremalnych Maratonów Świata.

Antarktyda, Bajkał, Australia, Patagonia, Etiopia, Kanada. Europa To kolekcja pierwszej korony maratonów świata w wersji ekstremalnej. Nad Poznaniem przechodzą burze. Leje niemiłosiernie. Marek proponuje, abyśmy usiedli w kawiarni. Wychodzimy. Rozgląda się wokół i w jednym z kawiarnianych ogródków dostrzega zadaszony stolik. Zamawia kawę i ciasto marchewkowe.

Podobno najlepsze w mieście. Proszę spróbować. Ubrany na sportowo. Kocha góry, bo tam jest wszystko, co potrzeba do życia. Całkowicie się z nim zgadzam.

Dlaczego Pan biega?

To trochę taka wewnętrzna potrzeba, odkryłem, że to poprawia nie tylko kondycję, ale również nastrój. O profilaktyce prozdrowotnej nawet nie wspominam… Poza tym bieganie znakomicie pomaga rozładować stres. Biegać można o każdej porze roku. Każda pora roku ma swój specyficzny urok. Najpiękniej wiosną, kiedy czuć zapach ziemi, kwiatów, olejków eterycznych… Czuje się wtedy pełną harmonię z naturą, odpoczywa umysł, raduje dusza. Mieszkam na Podolanach, więc wystarczy wybiec z domu, by znaleźć się w prawie idealnych warunkach do uprawiania aktywności fizycznej. Kiedy dwanaście lat temu zaczynałem swoją przygodę z bieganiem, nie było jeszcze podobnej mody na ruszanie się , a na widok biegacza tu i tam pojawiały się pobłażliwe uśmiechy… Minęło trochę czasu, sytuacja diametralnie się zmieniła. Mamy teraz prawdziwy wysyp biegaczy we wszystkich kategoriach biegowych, a ich liczba rośnie prawie w postępie geometrycznym z roku na rok. Jest to już teraz swoista moda, podobnie jak w Skandynawii lub też nawet snobizm, bardzo zdrowy snobizm…. Jest tylko kwestią czasu i pochodną liczby czynnych biegaczy, na ile zmniejszą się kolejki do diabetyków, kardiologów, psychologów i innych. To nowy znak czasu, to swoisty cud kształtowania się szerokiej społeczności ludzi uprawiających aktywność fizyczną zamiast dotychczasowej bezczynności.

Sam zacząłem biegać bardzo późno, już po ukończeniu 50. wiosny życia. W natłoku spraw i obowiązków, w swoistym zafiksowaniu się sprawami zawodowymi nawet nie zauważyłem, że niepostrzeżenie zaczęła spadać ogólna wydolność organizmu. Ale też organizm poddawany był najrozmaitszym przesileniom, jak np. praca po 16 godzin na dobę i ledwie trzygodzinny sen. To było już początkowe stadium pracoholizmu. Zaistniała zatem natychmiastowa potrzeba wyrównania równowagi między sferą pracy i sferą odpoczynku. Dotarło w końcu do mnie, że jak czegoś z tym nie zrobię, to czeka mnie przyspieszone zniedołężnienie… I to odkrycie było przełomowym momentem, w którym wstałem dziarsko z fotela, powiedziałem „basta”, zacisnąłem zęby i postanowiłem zamienić bezczynność ruchową na jakąkolwiek formę aktywności.

I zaczął Pan biegać?

Zacząłem od siłowni, ale wytrzymałem raptem trzy tygodnie. Wychodziłem niestety z zajęć coraz bardziej znudzony. Próbowałem jeszcze wciągnąć się w zajęcia na pływalni. Skończyło się podobnym efektem. W końcu bez specjalnego przekonania , bez stosownego obuwia i bez jakichkolwiek gadżetów wybiegłem w teren. I to było właśnie to, czego mi brakowało. Pamiętam, że już na pierwszym treningu zwiększony dopływ tlenu połączony z wysiłkiem dał niezwykle przyjemne uczucie. Pewnie za sprawą endorfin, które pojawiają na synapsach nerwowych w czasie uprawiania tzw. treningu w tlenie. I była to chyba dostatecznie duża porcja tej euforyzującej substancji, bo praktycznie od tego czasu nie opuściłem prawie żadnego dnia na biegowy trening. Z czasem staje się to rytuałem, bez którego człowiek czuje się nieswojo, jakby mu brakowało czegoś bardzo ważnego. I to jest właśnie odpowiedź na pytanie, czy bieganie jest łatwe, czy trzeba się też do niego w jakimś sensie przymuszać. Okazuje się, że nie, pod warunkiem, że przebrnie się przez początkowy okres, kiedy w podświadomości funkcjonują jeszcze stare nawyki. Kanapa kusi niezwykłą wygodą, a okoliczne puby zapachem dobrze warzonego piwa… Trzeba iść pod prąd wobec tych pospolitych przyzwyczajeń. Po pewnym czasie, zwykle trwa to około trzech miesięcy, odkrywa się nową, ideologicznie jedynie słuszną ścieżkę do samorealizacji i samodoskonalenia. Bieganie bowiem ma również tę zaletę, że nie trzeba do tego towarzystwa. Towarzystwo, i to spore, znajduje się zwykle na mniejszych lub większych zawodach. Ale funkcjonują też biegowe kluby, które są grupą wsparcia, szczególnie dla początkujących biegaczy.

Czy w bieganiu liczy się także współzawodnictwo?

Nie dla wszystkich, i pewnie w mniejszym wymiarze dotyczy kobiet niż mężczyzn. Ze swojego doświadczenia wiem, że choćbym nie wiem jak się zapierał, że nie będę się ścigał, to jednak już przeważnie po pierwszym kilometrze biegu to mocne postanowienie zostaje zwykle złamane. Nogi same rwą się do przodu, w krwiobiegu zaczyna buzować adrenalina i nie ma już takiej siły woli, żeby zwolnić zamiast przyspieszać… To powtarza się praktycznie na każdych zawodach. Taka biegowa recydywa. W moim przypadku od co najmniej kilku lat kończy się zwykle koniecznością wdrapywania się na podium. Bardzo często na najwyższy jego stopień. To jest z jednej strony nagroda za biegowy trud, ale z drugiej swoista kara, bo w czasie kiedy inni oddają się przyjemności uczestnictwa w po-biegowej fieście, zwycięzcy muszą bez względu na panujący upał czy na zmęczenie wejść na podium, aby odebrać ciężki i przez to rujnujący kręgosłup puchar…

To jest takie trochę połechtanie własnego ego.

Poniekąd tak, ale nie do końca. Mężczyźni z natury są przez Stwórcę zaprojektowani dla rywalizacji. Aczkolwiek podczas zawodów nikt o tym nie myśli. To trochę jest poza świadomością. Działają mechanizmy podświadomości właśnie, które stymulują pracę gruczołów wydzielania dokrewnego, a i pewnie mózg uruchamia  uśpione wcześniej mechanizmy poprawy funkcjonowania organizmu. W bieganiu bowiem jest tak, że jeżeli nie można pokonać innych zawodników, to zawsze można uznać, że pokonało się własną słabość, że wprowadziło się organizm na wyższy etap wydolności czy wreszcie, że osiągnęło się własny, jakże ważny rekord życiowy… Są to rzeczy nie do przecenienia, prawie dla każdego biegającego amatora. Są bowiem wymiernym wskaźnikiem, że włożony w treningi trud nie poszedł na marne. Mniejsze lub większe zwycięstwa, z koniecznością pokazania się na podium, to bardzo często efekt uboczny szeroko pojętego zaangażowania się w aktywność ruchową. Wielu zaprzysięgłych „kanapowców” ze zdumnieniem odkrywa, że po jakimś okresie w miarę intensywnych treningów może przebiec nawet maraton. Zauważa też często, że po imponujących podgardlicach i jeszcze bardziej imponujących brzuchach pozostają tylko wspomnienia i pamiątkowe fotografie… Więc jest się o co bić. Przynależność do społeczności biegaczy coraz bardziej postrzegana jest jako wysoce nobilitująca. Zatem mechanizm, który potrafi uruchomić wyobraźnię i pomaga zwizualizować sytuację, w której widzimy siebie jako potencjalnego zwycięzcę, jest dobrym zaczynem zapładniającym ludzką wyobraźnię. To klasyczne podprogowe działanie na podświadomość. Później jest już z górki.

Pamięta Pan, ile kilometrów już przebiegł?

Nie prowadzę statystyk. Jedyny gadżet, którego używam to zegarek, ale średnio tygodniowo wychodzi to około 100 km. Biegam bez rozpisanych planów, tak jak podyktuje wyobraźnia, a nie książkowa teoria. Paradoksalnie daje to zupełnie niezłe efekty. Póki co, udaje mi się każdego roku ustanowić kolejne rekordy życiowe i cokolwiek wyżej przesunąć się w różnych klasyfikacjach. Jak długo jeszcze? Trudno powiedzieć, mam nadzieję, że do 70. wiosny życia będzie możliwe poprawianie wyników. Kiedy w końcu pojawi się „ściana”, pewnie z pokorą zajrzę do biegowych podręczników w poszukiwaniu właściwej porady. Może nawet, kto wie, skorzystam z porady trenera. Mam nadzieję, że pozwoli mi to zachować progres wyników przez następna dekadę (uśmiech).

Bliscy też biegają?

Tak, biega córka i jej wybranek. Wspólnie uczestniczymy w wielu zawodach, a kibicem jest wnuk Jan, który siłą rzeczy w ten to właśnie sposób jest przyzwyczajany do uczestnictwa w rekreacji na świeżym powietrzu. Z tym rodzinnym bieganiem wiąże się pewna zabawna historyjka. Startowaliśmy kiedyś wspólnie w Chrzypsku Wielkim. Zawody odbywały się na dystansie półmaratonu i ćwierćmaratonu. Córka wybrała ćwierćmaraton. Była wtedy w pierwszym miesiącu ciąży i nie chciała zbytnio się eksploatować. Biegła wolno, spokojnie, podziwiając nadjeziorne krajobrazy. Na tyle spokojnie, że przybiegła na metę jako ostatnia w ćwierćmaratonie, ale z czasem tak ekstremalnie długim, że wyglądało na to, że jest to nie ostatnia osoba z ćwierćmaratonu, tylko pierwsza z półmaratonu… Organizatorzy powitali ją fanfarami, tłumy wiwatami, miejscowi dziennikarze rzucili się do robienia wywiadów… Zanim zdążyła zaprotestować, że to pomyłka, już w eter poszła wiadomość, że zwyciężyła zawodniczka Magda z Warszawy… A niektóre co bardziej pobożne mieszkanki Chrzypska Wielkiego, kiedy już sprawa wyszła na jaw, komentowały to wydarzenie cytatem z Biblii, że „ostatni będą pierwszymi”… Te prorocze słowa miały rzeczywiście zastosowanie na tych zawodach (śmiech).

Biuro podróży Logos Travel, które Pan prowadzi organizuje także wyjazdy biegowe.

Tak. Od trzech lat. Na razie są to umiarkowane liczby chętnych, ale biorąc pod uwagę, jak rosną szeregi biegaczy, spodziewać się należy coraz szerszego strumienia wyjeżdżających w dalekie zakątki globu. Nie tylko w celach turystycznych, ale także przy okazji przebiegnięcia maratonu, lub też jak kto woli – odwrotnie. Myślę że docelowo ta nasza nowa odnoga stanie się równoważną i imprezy z katalogu Maratony na 7 kontynentów będą się sprzedawały w podobnej liczbie, jak imprezy z katalogu Podróże z pasją. Dość powiedzieć, że wysyłamy biegaczy na wszystkie kontynenty, łącznie z Antarktydą, gdzie koszt udziału w maratonie jest wyjątkowo wysoki. Opłata za pakiet startowy waha się w granicach od 10 500 dolarów do 15 000 euro. A do tego trzeba jeszcze doliczyć drogi przelot i ewentualne koszty zwiedzania. Mimo to kolejka do kupna pakietu maratońskiego na Antarktydę wynosi około pięć-sześć lat czekania… Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało się dla ośmiu biegaczy kupić pakiety startowe już na koniec stycznia następnego roku. W szerokim wachlarzu propozycji biegowo krajoznawczych jest także wyjazd na maraton do Korei Północnej. W tym roku jeden z naszych klientów zajął tam nawet 4. miejsce w klasyfikacji open. Ale mamy także wyjazdy na maratony do Iranu, Bhutanu, Etiopii, Birmy – łącznie ponad 30 różnych propozycji.

Zaliczył Pan wszystkie biegi na świecie?

Jeszcze nie. I chyba już nie zdążę, być może w następnym wcieleniu… Za to udało mi się jeszcze za tego marnego życia odwiedzić turystycznie prawie wszystkie kraje ziemskiego padołu. Do tych najciekawszych, do których chciałbym jeszcze raz wrócić, powracam już jako maratończyk-amator. Odkrywając na nowo pewne rzeczy, na które wcześniej nie zwróciłem uwagi. Tak było na przykład podczas maratonu na pustyni wokół Uluru – świętej góry Aborygenów. Bieg zaczynał się o świtaniu, kiedy kamienny monolit ledwie majaczył w sino-szarej poświacie, by z upływem czasu zmieniać barwę od przytłumionego brązu, aż po jaskrawość pomarańczy. Próbowałem z ciekawości wysondować nastroje biegaczy. Mimo karkołomnego terenu po pustyni niosło się tylko jedno zawołanie, prawie we wszystkich językach świata „Jak tu pięknie!”. I to jest właśnie powód, dla którego chcę jechać w podobne miejsca, aby skonfrontować poprzednie doświadczenia, z tymi, które pojawiają się podczas oglądania tego samego miejsca, ale w biegu .

W jakich warunkach biega się najtrudniej?

Największym wrogiem biegacza jest upał. Na mróz są sposoby – można założyć dodatkową warstwę odzieży, podwójną szlafmycę lub nawet walonki. Na upal natomiast nie ma rady. Krew gęstnieje jak smoła, zaczyna się ból głowy i kołatanie serca, wiotczeją mięśnie i słabnie duch walki. Tak było, pamiętam, podczas maratonu po wulkanach w jednym z parków narodowych w Etiopii. Na 30 km, kiedy słońce stało już prawie w zenicie, a czarne podłoże wulkanicznej mamy kumulowało potrójne ilości ciepła, temperatura osiągnęła prawie 50 stopni, do tego doszła wysokość prawie 2 400 m n.p.m. i brak jakiegokolwiek podmuchu wiatru, i nierówny teren swoistego rumowiska skalnego, po którym przyszło się poruszać. Trzy śmigłowce armii etiopskiej zawieszone na wszelki wypadek nad teatrem działań biegaczy lądowały więcej niż 20 razy, aby zabrać poturbowanych upałem lub nierównościami terenu biegaczy. Mnie akurat cudem się udało, pech pojawił się na dwa kilometry przed metą, nieopatrznie nadepnąłem na kolczastą gałąź akacji, której kolce przebiły podeszwę… Pojawił się silny ból i ostatnie dwa kilometry przebiegłem praktycznie na jednej nodze, tracąc przez to cenne minuty i tracąc miejsce w pierwszej 10. w klasyfikacji open. Gdyby nie te feralne kolce, byłbym na 10, a nie na 11 miejscu i to w ojczyźnie najlepszych biegaczy świata – Etiopii.

Jakie to jest uczucie?

To poczucie dużej frajdy. To taka sytuacja, która pozwala uwierzyć, że marzenia mają sens, że granice nie istnieją, a jedyną granicą jest granica własnego zaniechania lub lenistwa. To bardzo euforyczne przeżycie, które długo się pamięta i które jest sowitą zapłatą za godziny, dni i lata treningów. To pewien rodzaj nagrody, której nie można zdobyć w inny sposób.

Jest taki bieg, w którym jeszcze chciałby Pan wystartować?

Tak, Mount Everest Maraton poprzedzony mozolnym trekkingiem do Mount Everest Base Camp. Bieg odbywa się w idyllicznej scenerii niebotycznych szczytów i jest to jeden z najtrudniejszych maratonów świata.

Jakie emocje towarzyszą Panu przed biegiem?

Jest to coś podobnego do radosnego podekscytowania. Z perspektywy dwunastu lat mogę powiedzieć, że bieganie, udział w zawodach jest niezwykle pozytywnie stymulującym zajęciem. Myślę, że nigdy nie jest nudne. Każde zawody to nowe rozdanie kart, nowi rywale, nowa trasa, inne warunki pogodowe i różny rodzaj aktualnej formy. Jest więc przed każdym startem nieodgadniona zagadka, którą rozwiązuje się już po starcie na trasie. Biegam amatorsko i jako amator trochę dla zabawy, udało mi się wejść w rytm sportowo-rekreacyjnego spędzania weekendów. Z przekonaniem polecam każdemu, kto jeszcze nie jest po naszej stronie biegowej barykady… (śmiech)

Patrzę na Pana i wydaje mi się, że ruch jest dobry na wszystko…

Tak, umiarkowany ruch jest lekarstwem. Jak już wcześniej wspomniałem dla ciała, ale także niejednokrotnie dla zbolałej duszy. Ruch oprócz funkcji podnoszenia ogólnej sprawności daje satysfakcję i daje radość. Polecam ruch jako panaceum na wszystkie dolegliwości dnia codziennego. Wystarczy zrobić pierwszy krok.