Zarządza poznańskim oddziałem Estate Fellows Poznań sp. z o.o, należącym do grupy NAI Estate Fellows, jednej z największych firm z branży nieruchomości w Polsce. Wygrywa przetargi, bo wie jak stworzyć indywidualną ofertę na miarę potrzeb. W świecie opanowanym przez mężczyzn odnajduje się doskonale, traktując ich jak partnerów biznesowych. Patrycja Masiarek jest typową kobietą biznesu, nie zapominając przy tym o domu, który daje jej prawdziwe szczęście

TEKST: Michał Gradowski, Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt

W jej gabinecie wszystko jest idealnie poukładane, tak jak ona. Kiedy zaczyna mówić o swojej pracy, w głosie da się wyczuć pasję, bez której pewnie nie zaszłaby tak daleko. Budzi zaufanie już od pierwszego zdania. I choć mierzy się z trudnościami, bo zwyczajnie jest kobietą, wie jak wyjść z każdej opresji – a to gwarantuje jej profesjonalizm.

 Jak długo pracuje Pani w tej branży?

Patrycja Masiarek: Już trzynaście lat.

Kiedy zdecydowała się Pani akurat na tę branżę?

Osiemnaście lat temu. Rynkiem nieruchomości zarazili mnie rodzice. Zaczynaliśmy od nieruchomości komercyjnych – zarządzania centrum handlowym w Zielonej Górze. Kontakty z najemcami, spotkania z ciekawymi ludźmi – bardzo mi się to podobało. Studiowałam wtedy zupełnie coś innego. Zajmowałam się wdrażaniem systemów ISO w różnych firmach. Goniłam po całej Polsce. Co drugi dzień byłam gdzie indziej. Po dwóch latach doszłam do wniosku, że hotel to nie jest mój dom. I wtedy rodzice mówią: „słuchaj, a może byś nam pomogła?”. Kiedy zobaczyłam na czym to polega, że można spotykać się z ciekawymi ludźmi, rozmawiać z nimi, doradzać, to wciągnęło mnie bez reszty.

Pamięta Pani swojego pierwszego klienta? 

Pewnie. Do spotkania przygotowywałam się ze dwie godziny, robiłam notatki. Bałam się pytań i tego, czy będę wystarczająco profesjonalna i kompetentna. Strasznie się denerwowałam. Ubrałam się sztywno – czarne spodnie, marynarka i biała koszula. Po kilku miesiącach dotarło do mnie, że przecież ja tych ludzi odstraszam. I zaczęłam podchodzić do tego inaczej, ale z nutą elegancji.

Jak zakończyła się ta transakcja?

Centrum handlowe kupił fundusz, który miał jeszcze nieruchomości w Poznaniu. A oni z kolei zaproponowali mi pracę. I tak zaczęłam pracować w firmie DTZ, która obecnie jest częścią Cushman & Wakefield, jednej z największych firm na rynku nieruchomości. Moją przełożoną była Jola Wawrzyszuk. Dziś pracuje na dużo wyższym stanowisku. Ona była moim mentorem i dala mi niezłą szkołę życia. Do dziś dzwonimy do siebie i zawsze pyta, czy mi w czymś pomóc, wesprzeć. Jest jeszcze kilka osób wywodzących się z dużych korporacji, które zawsze jak mogą, to pomogą.

 Czego się Pani od niej nauczyła?

To przede wszystkim wiedza i doświadczenie odnośnie do analiz w nieruchomościach komercyjnych, kiedy zajmowałam się komercjalizacją galerii handlowych. Dużo jeździło się wtedy po Polsce. Nauka, którą mi dała, do dziś pączkuje.

To pozwoliło Pani poczuć się mocniej na rynku nieruchomości?

Tak. Wtedy nabrałam pewności, że moje życie zawodowe musi być związane z nieruchomościami. Doszłam też do wniosku, że Warszawa nie jest dla mnie, że wolę lokalny rynek i bliższe relacje z ludźmi, dlatego zmieniłam pracodawcę na Grupę Kapitałową PBG. Do powrotu przekonał mnie mąż. A potem urodziłam dzieci – Julia ma teraz pięć lat, a Malwina trzy – i chciałam być bardziej elastyczna – założyłam więc własną firmę, którą rozwijam już piąty rok.

Gdyby miała Pani wymienić projekty, z których jest Pani dumna…

Projektem, którym mogę się pochwalić, a udało mi się go wygrać, to rewitalizacja Starówki w Lesznie. Napisaliśmy projekt dla miasta, co zrobić, żeby ożywić to miejsce. Podobało się, zresztą prezydent był bardzo zadowolony. Niestety wciąż pracujemy nad właścicielami lokali, którzy zaniechali dalszych prac nad rozwojem i nie wierzą, że to się uda. Mam nadzieję, że to chwilowe, bo były wakacje. Drugim dużym przetargiem, który wygraliśmy jest Zajezdnia Poznań, przy ulicy Gajowej. I to jest dowód na to, ze kobieta potrafi. Startowały ze mną jeszcze trzy inne firmy, a zaufano właśnie nam. Potem klient powiedział mi, że widział ogromną determinację, solidne przygotowanie i dopracowanie. Nic nie było szablonowe, tylko wykonane z sercem i pasją. Tak podchodzimy do każdej nieruchomości.

Pamięta Pani początki Zajezdni?

Kiedy mieliśmy jeszcze biuro w „blaszaku” na rogu Kraszewskiego i Zwierzynieckiej, krótko przed targami nieruchomości zdemontowaliśmy okalający je płot. Ludzie niemal szturmem ruszyli na tę naszą „budkę”, część myślała, że można u nas kupić bilety tramwajowe, ale większość była bardzo ciekawa, co tu powstanie.

Jeszcze przed targami sprzedaliśmy 30 procent mieszkań. Wielu naszych klientów ze starszego pokolenia jest emocjonalnie bardzo związana z Jeżycami – wcześniej mieszkali w kamienicach, a teraz zamieniają je na mieszkania w Zajezdni, gdzie jest po prostu wygodniej, bardziej komfortowo, gdzie będą mieli do dyspozycji windę. Ich do Zajezdni nie trzeba namawiać. Wartością dodaną w przypadku tej inwestycji jest też urozmaicone otoczenie – z halą w Starej Zajezdni, w której będzie nowoczesne targowisko i część gastronomiczno-eventowa.  Po sześciu miesiącach, dzięki pracy całego naszego zespołu, 60 proc. pierwszego etapu inwestycji była już sprzedana – żadnej z osób, z którymi obecnie pracuję nie zamieniłabym na nikogo innego.

No dobrze, ale nieruchomości to przecież typowo męska branża. Jak udało się Pani odnaleźć w tym świecie?

Nie było i nie jest łatwo. Nie konkuruję z nimi, zachowuję balans i asertywność. Świat męskiego biznesu jest inny i pewnych kwestii nie da się przeskoczyć. Choćby dlatego, że po prostu jestem kobietą (śmiech). Co nie zmienia faktu, że z pozostałymi dyrektorami, właścicielami agencji mamy świetne relacje. W ogóle uważam, że mężczyźni mają więcej czasu. Mogą sobie pozwolić na delegacje, wyjazdy. Kiedyś zastanawiałam się, czy przez to mają szansę robić większe transakcje. Może i tak, ale też chyba nie do końca. Pytanie też, czy są szczęśliwi. Ja nastawiłam się na to, żeby praca była moją pasją, żeby współgrała z życiem osobistym. Nie chciałabym tego przedłożyć nad życie zawodowe i nie byłabym spełnioną mamą. Wczoraj miałam taką sytuację. Przychodzę do domu koło 17:00, a dzieci przychodzą do mnie i mówią: „mama, jak my Cię kochamy. Wiemy, że jesteś zmęczona, ale po tym jak się uśmiechasz wiemy, że jesteś szczęśliwa”. I to jest wspaniałe.

Ale bywają też trudne chwile…

Oczywiście. Bywa i tak, że musimy pomóc naszym klientom w różnych sytuacjach. Czasem uczestniczymy w ich problemach, dramatach, rozwodach. Niestety coraz więcej ludzi się rozstaje. Kobiety zostają same w dużych domach i kompletnie nie wiedzą, co dalej zrobić. Trzeba im wtedy pomóc. Podpisujemy klauzulę poufności, żeby czuły się bezpieczniej, analizujemy dokumenty. Konsolidujemy kredyty, staramy się pomagać im w negocjacjach z bankami, a przede wszystkim sprzedajemy te nieruchomości. Czasowo negocjujemy zakup nowego mieszkania, czyli rozkładamy je na raty, żeby kobiety mogły sfinansować jedno i drugie. Ostatnio jedną z pań nawet przeprowadzaliśmy. W tym miejscu chciałabym zaapelować do wszystkich kobiet: pracujcie, miejcie coś małego swojego albo kawałek etatu, żeby później móc szybciej stanąć na nogi. Bądźcie niezależne.

Jakie nieruchomości najtrudniej sprzedać?

W Poznaniu, a w zasadzie Wielkopolsce borykamy się z dworkami i rezydencjami. Właściciele przeprowadzają się do apartamentów i mniejszych domów. Obecnie nie ma rynku na duże nieruchomości. A jak Pani pewnie wie, są to drogie obiekty i taka sprzedaż może trwać nawet do 18 miesięcy. Wszystko znajdzie swojego klienta, ale żeby ktoś chciał coś kupić, trzeba to pięknie przygotować.

Kiedy ma Pani największą satysfakcję z pracy?

Kiedy kończymy transakcję, a klient mówi „podeszliście do tematu z sercem, nasi pracownicy są zachwyceni nowym biurem”. Zarządzamy również apartamentami działającymi w systemie hotelowym – w tym przypadku kontakt z klientem jest najbardziej intensywny, a dowodem uznania są maile z podziękowaniami czy pozytywne wpisy na portalach rezerwacyjnych. To nas napędza i zapewnia nam kolejnych klientów, bo w tej branży najskuteczniejszą reklamą jest poczta pantoflowa. Zapewniamy obsługę na najwyższym poziomie, spełniamy zindywidualizowane życzenia typu ulubione kwiaty w wazonie czy butelka ulubionego wina, w tym roku poszerzyliśmy też wachlarz usług o opiekę na roślinami domowymi i ogrodami. Zajmujemy się też dziećmi – kiedy klienci

przyjeżdżają obejrzeć Zajezdnię na etapie budowy, na którą ze względów bezpieczeństwa dzieci wchodzić nie mogą, zapewniamy im troskliwą opiekę – naszym najmłodszym podopiecznym był jak do tej pory sześciomiesięczny Jimmy.

Ma Pani czas dla siebie?

(śmiech) Najlepsze transakcje robiłam, kiedy byłam w ciąży. Wtedy teoretycznie miałam czas. Jeśli chodzi o czas wolny, to uwielbiam grać w golfa. Zaraził mnie tym tata, który gra od wielu lat. To świetny sport – relaksuje, ale też nie jest łatwy. Szybko okazało się, że większość moich klientów także gra, więc często umawiamy się na Kalinowym Polu pod Świebodzinem albo w Trzaskowie – w ciągu czterech godzin grania zwykle mamy też czas na rozmowy o interesach. Uwielbiam też dobrą kuchnię, zwłaszcza na Jeżycach. Kocham też podróżować – mogłabym być cały czas w ruchu. Z racji miejsca urodzenia i słynnego już zielonogórskiego winobrania jestem też fanką wytrawnego białego wina.