Z wykształcenia jest inżynierem, który sprzedaje samochody i buduje domy.  Prawdziwą naturę Rafała Labijaka można odkryć oglądając jego obrazy. Malarstwo to jego pasja i sposób na wyrażanie siebie.

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

Jak to się stało, że inżynier został artystą?
Wydaje mi się, że to nie jest nic dziwnego. Ludzie mają różne zainteresowania. Nie widzę w tym żadnej sprzeczności, żeby być inżynierem z jednej strony, a z drugiej interesować się sztuką i malować.

Nie korciło Pana, żeby iść także zawodowo w stronę sztuki?
Sztuką interesowałem się od wczesnej młodości. Zawsze to lubiłem. Zdawałem na Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych na wydział malarstwa. Kiedy się za pierwszym razem nie dostałem, to stwierdziłem, że jeżeli się na mnie nie poznali, to nie będę zdawał ponownie. Wybrałem studia na politechnice. Potem życie rodzinne i zawodowe pochłonęło mnie na wiele lat. Zawsze jednak myślałem o tym, żeby wrócić do malowania. To się ziściło. Los tak pokierował moim życiem, że poznałem profesora malarstwa Józefa Walczaka, z którym się zaprzyjaźniłem i stałem się jego wolnym słuchaczem na Akademii Sztuk Pięknych. Zacząłem również chodzić do niego prywatnie na lekcje. To był chyba 2000 rok. I tak odrodziła się we mnie ta pasja i od tego momentu cały czas się rozwija.

Miał Pan już wystawy swoich prac?
Długi czas malowałem na półkę, ale w pewnym momencie, za namową drugiego artysty, Janusza Marciniaka, którego nie mogę nazwać inaczej, jak przyjacielem, zdecydowałem się wystawić swoje prace. Zorganizowaliśmy wystawę w Muzeum im. Józefa Ignacego Kraszewskiego w Poznaniu. Potem była też druga wystawa, która powstała po owocnym pobycie w bardzo ciekawym miejscu w Ostrawie. Jeździłem tam regularnie przez rok i malowałem.

Niektórzy znawcy twierdzą, że poszedł Pan w swoim malarstwie w kierunku surrealizmu. Czy tak jest rzeczywiście?
Nie potrafię tego zdefiniować. Nie jestem krytykiem sztuki. Maluję to, co maluję, a niech inni o tym opowiadają. Moje malarstwo bierze się stąd, że zawsze miałem spore problemy z wypowiedzią słowną. Wyrażenie siebie poprzez obrazy zdecydowanie bardziej mi leżało. I do dzisiaj o kwestiach wewnętrznych i uczuciowych nie potrafię mówić inaczej niż poprzez obrazy.

Jak reaguje rodzina na Pana pasję?
Małżonka i rodzice wspierają mnie.

Ma Pan swoją pracownię?
Tak. Mam, w domu. Przed wystawą w Ostrawie wynajmowałem pracownię w stworzonym przez Jana Světlíka dla artystów kompleksie pracowni Dolni Oblast Vitkovice. Pracowałem razem z moim przyjacielem, malarzem, wielkim twórcą, Andrzejem Nowackim. To on mi pokazał ten niezwykły zakątek Ostrawy. Bardzo dobrze mi się tam pracowało. Gdy łączy się życie zawodowe i malarstwo taka odległa pracownia lepiej się sprawdza. To było miejsce abstrakcyjno-bajkowe i dalekie od wszystkiego. Jadąc tam zrywałem wszelkie kontakty. Mogłem poświęcić się malowaniu. Skupieniu sprzyjało także to, że był to pobyt w obcym kraju, wśród ludzi mówiących innym językiem. Efektywność działań w Ostrawie była naprawdę duża i dzięki temu wyszła ciekawa wystawa.

Według statystyk wielu artystów – malarzy, grafików, architektów – pracuje przy tworzeniu samochodów. Więc może sprzedaż citroenów też idzie w parze z malowaniem?
Rzeczywiście, ale akurat biznes, który prowadzę już prawie od 20 lat, z projektowaniem samochodów nie ma nic wspólnego. Druga branża, którą też się zajmuję, to projektowanie i budowanie nieruchomości. Oczywiście sam nie wykonuję projektów, ale jako inwestor mam nadzór. Od strony kreatywnej jest to bardziej związane ze sztuką i tam rzeczywiście można realizować się artystycznie.

Zdarza się, że „chodzi” za Panem jakiś obraz?
Oczywiście, i to nie tylko ten, który rodzi się w mojej głowie, zanim przeleję go na płótno, ale są też obrazy grające mi w duszy, a które gdzieś kiedyś widziałem.

Trudno jest się Panu rozstać z obrazem, kiedy go Pan sprzeda lub podaruje?
Trudno. Sprzedaję obrazy, ale nie zabiegam o to specjalnie, bo po prostu nie muszę. Oczywiście cieszę się, że ktoś chce nabyć moją pracę. Jest to potwierdzenie, że ma ona dla kogoś wartość, coś temu odbiorcy daje, choćby wywołuje podobne emocje.

Kiedy kolejna wystawa?
Nie potrafię podać terminu, ale będzie na pewno. Mam ją już w głowie. Jest przygotowywana systematycznie. Chciałbym, żeby odbyła się w 2019 roku. Dla mnie jest to długi proces. Nie mogę żyć tylko dla sztuki, poświęcić jej całej uwagi i czasu. Zauważyłem też jeszcze jedno – że im więcej maluję, tym więcej czasu potrzebuję na skończenie obrazu. Jestem też bardziej wymagający w stosunku do tego, co chciałbym pokazać, w jaki sposób chciałbym to pokazać i jak precyzyjnie przekazać to, co myślę. Jeszcze jedna rzecz, która bardzo mnie cieszy – w Ostrawie z 80 procent namalowanych tam obrazów byłem zadowolony. Udało mi się przekazać te emocje, które we mnie były. Zupełnie inaczej niż dziesięć lat temu. Wtedy w trakcie pracy miotały mną różne uczucia i efekt czasem był inny niż zamierzony. Teraz widzę, że dzięki środkom, które stosuję, nauczyłem się siebie.