Zabiera ludzi w wyjątkowe miejsca, za każdym razem pokazując je z trochę innej strony. Grupy, z którymi wyjeżdża, nurkują, skaczą ze spadochronem, śpią w igloo, tańczą salsę, poznając przy tym lokalną kuchnię i kulturę. Twierdzi, że nie ma marzeń, których nie da się spełnić – to tylko kwestia dobrego pomysłu i sprawnej organizacji. Firma Sky Dreams, którą prowadzi od dziesięciu lat, spełnia najtrudniejsze życzenia swoich klientów, a oni co roku wracają po więcej…

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt / Andrzej Nadziejko

Anna Nowotna-Nadziejko staje przy swojej mapie marzeń. Ma zdrapanych kilkadziesiąt krajów, do których zabrała swoich klientów. Jej wzrok ląduje na Dubaju, do którego ma wyjątkową słabość i często tam wraca. Zanim wyjedzie w podróż z klientem, sama przeciera nieznane szlaki, wyciągając z odwiedzanych miejsc to, co najlepsze. Pracuje z zespołem, dla którego praca to pasja, a pomaganie nie jest niczym dziwnym i obcym. Dlatego, poza eventami, realizują z firmami wolontariat pracowniczy. Uważają, że warto dać siebie innym. A to jest bezcenne

Spełnia Pani swoje marzenia?

Spełniam je każdego dnia. Firma Sky Dreams powstała z hasła „marzenia są po to, by je spełniać”. Pokazujemy naszym klientom, że wystarczy mieć marzenia, a my znajdziemy sposób, żeby je zrealizować. Zarażamy ich swoimi pasjami i entuzjazmem.

Jakie marzenia najczęściej mają Wasi klienci?

Bardzo różne. Jeden z klientów chciał spędzić noc na pustyni, ale w luksusowych warunkach. Udało się to zorganizować. Ulokowaliśmy gości niedaleko Dubaju, w namiotach, które wyposażone były jak pięciogwiazdkowy hotel. Często klienci martwią się, że ich budżet nie wystarczy na nic spektakularnego. Wówczas zaczynamy od zebrania dobrego wywiadu – pytamy, jaki jest najważniejszy cel, który klienci chcą osiągnąć organizując z nami event, które elementy są w nim niezbędne. Potem staramy się połączyć zadeklarowane potrzeby z naszymi pomysłami i środkami, jakimi firma dysponuje. Wychodzimy z założenia, że marzenia można spełnić w różny sposób – trochę bliżej i trochę dalej. Można skoczyć ze spadochronu w Polsce lub w USA, oba skoki zapierają dech w piersiach. Najważniejsze to wiedzieć, co chcemy zrobić i przede wszystkim dla kogo. Czasem spełniamy marzenie prezesa, a innym razem pracowników lub partnerów firmy. Za każdym razem podchodzimy do projektu indywidualnie.

Najtrudniejsze marzenie, z którym przyszło Wam się zmierzyć?

Chyba jeszcze na nie czekamy. Każdy projekt jest dla nas wyzwaniem, w każdym mogą zdarzyć się niespodzianki, a my powinniśmy być na nie przygotowani. Dużym wyzwaniem była dla nas organizacja pobytu dla VIP-ów oraz specjalnej strefy podczas trasy koncertowej Madonny w kilkudziesięciu miastach europejskich. Innym wyprawa dla grupy 100 osób automobilami, czyli zabytkowymi samochodami po bezdrożach Toskanii.

I radzicie sobie?

Pewnie (śmiech).

Na czy polegają organizowane przez Was wyjazdy?

Dzielimy je na kilka rodzajów. Organizujemy wyjazdy typu incentive, czyli wyjątkowe wyprawy, które zwykle są nagrodami dla najlepszych klientów, ale też spotkania motywacyjne dla pracowników, wyjazdy na wydarzenia sportowe itp. Od paru lat z dużym sukcesem organizujemy także eventy w Polsce. Na szczęście jest u nas coraz więcej miejsc na wysokim poziomie, które chcemy i możemy pokazać.

Najbardziej odległa podróż?

Hmm … Australia i Nowa Zelandia. Bardzo lubię Amerykę Południową, gdzie klimat i kultura są absolutnie niesamowite. Ekscytujące podróże nie zawsze wiążą się z odległością od domu. Wielkim wyzwaniem bywa też na przykład zejście głęboko pod wodę. Wtedy ma to zupełnie inny wymiar.

Brzmi interesująco. I chyba nie są to zwykłe wyjazdy.

Nie ma dwóch takich samych wyjazdów. Staramy się, żeby nasze eventy różniły się od tego, co proponują touroperatorzy, choć czasami korzystamy z ich pomocy przy załatwianiu na przykład przelotu, ponieważ mają bezpośrednie połączenia do miejsc, do których samoloty rejsowe latają z kilkoma przesiadkami.

Wyjazd do hotelu i przybicie pinezki, że gdzieś się po prostu było, to dla nas trochę za mało. Wyjazdy organizujemy tak, aby można było spróbować lokalnej kuchni, zobaczyć to, co w danym miejscu jest naprawdę wyjątkowe, poznać kulturę, trochę języka. To sposób na przywiezienie pięknych wspomnień, które budują każdego z nas. Właśnie na tym polega nasza praca.

Cały czas musicie być blisko ludzi, a to nie lada wyzwanie, bo przecież każdy jest inny.

Tak, dlatego przygotowanie do takiego wyjazdu rozpoczyna się czasem nawet rok wcześniej. Wybieramy wtedy dogodny termin i kupujemy bilety. A bilety lotnicze, które stanowią sporą część budżetu, warto zarezerwować wcześniej. Potem przystępujemy do zaplanowania atrakcji na miejscu tak, żeby wpasować się w potrzeby klienta, a jednocześnie wykorzystać cały potencjał miejsca, do którego się wybieramy.

Jakie nietypowe atrakcje macie dla swoich klientów?

Czasami można zjeść kolację w Barcelonie na platformie podwieszonej do dźwigu kilkadziesiąt metrów nad ziemią, którą serwuje nagradzany w konkursach kulinarnych szef kuchni. Albo na specjalnie wynajętym dla klienta statku w Dubaju. Wyjątkową przygodą jest też lunch na plantacji kawy w Kenii. Pamiętam wyjazd, w trakcie którego przekraczaliśmy koło podbiegunowe. Lądowaliśmy samolotem, przesiadaliśmy się na skutery śnieżne, a za kołem podbiegunowym witali nas Lapończycy. Także rejsy wycieczkowcami dają dużo możliwości na atrakcyjne spędzenie czasu. Tam nie odczuwamy trudów podróży, codziennie jesteśmy w innym porcie, bierzemy udział w ciekawych wieczorach, na które przyjeżdżają znani artyści. Wieczorem idziemy na elegancką kolację. My Polacy lubimy się bawić, więc organizując wyjazdy dla polskich firm szukamy miejsc, które dają nam takie możliwości. Nauka salsy w Kolumbii to było coś niesamowitego. Zresztą to kraj jeszcze nieskażony masową turystyką, nadal jest bardzo przyjazny i autentyczny. Wyjazd tam każdemu zapadnie w pamięć. Pamiętam też dobrze jedną z wypraw do Indii. Wjeżdżaliśmy na słoniach do Bursztynowego Fortu. To było niesamowite przeżycie. Przed nami jechał przewodnik, który zapytał: „Where are you from?”, czyli skąd pochodzisz. Koleżanka zaaferowana odpowiedziała po angielsku, że jesteśmy z bajki, a on na to „aha, a ja jestem z Delhi”. I to było urocze, bo on nauczony prostych sformułowań, żeby turysta się dobrze czuł, kompletnie nie rozumiał, co do niego mówimy, ale cieszył się, że może z nami porozmawiać. Zapamiętałam też warsztaty, które organizowaliśmy dla jednego z klientów z Tomaszem Kammelem. Mieliśmy mówić o tym, jak gadać, żeby się dogadać. Zastanawiałam się, czy będzie to dla naszych gości interesujące. W końcu przyjechali tam przede wszystkim wypocząć. Okazało się, że Tomasz mówił w taki sposób, że mimo wcześniejszych obaw, wszyscy z zainteresowaniem słuchali do samego końca. Mieli pytania, dyskutowali. Uważam, że wartością dodaną do każdego tego typu spotkania jest zaproszenie osoby, która ma coś interesującego do powiedzenia. Staramy się to robić jak najczęściej.

Pani chyba lubi podróżować i lubi ludzi…

Bardzo. Mój mąż zastanawiał się kiedyś, na co wydajemy nasze pieniądze. Doszliśmy wtedy do wniosku, że właśnie na podróże. Lubimy razem podróżować, nurkować, chodzić po górach. Co roku staramy się zwiedzić nowe kraje. Jest to też związane z pracą, bo nie wyobrażam sobie zabrać klienta w miejsce, którego nie znam i nie sprawdziłam. Na miejscu spotykamy się z lokalnymi przewodnikami, oglądamy hotele i restauracje. Dlatego część naszych znajomych twierdzi, że cały czas jesteśmy na wakacjach, a ci, którzy nas trochę lepiej znają – mówią, że ciągle jesteśmy w pracy. Ale to chyba takie zboczenie zawodowe (śmiech).

Mąż Panią wspiera?

Bardzo. Zresztą jest moim wspólnikiem i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej.

Dzieci podróżują z Wami?

Czteromiesięczny synek zaliczył z nami już cztery loty samolotem. Był na Cyprze, gdzie pojechaliśmy do naszych przyjaciół. Starszy syn wyjeżdżał z nami kilkadziesiąt razy. Uwielbiam wyjeżdżać z dziećmi, bo one zwracają uwagę na rzeczy, na które my byśmy nie spojrzeli.

Często Pani wyjeżdża z klientami?

Tak. Uważam, że żeby być efektywnym planerem takich wyjazdów, trzeba wyjeżdżać. Nie da się tego zrobić zza biurka. Ale staram się też zachować równowagę i nie przesadzać z nieobecnością w domu.

Co na to mąż?

W tym czasie zajmuje się biznesami, przy tym ogromnie mnie wspiera. Muszę powiedzieć, że jest moim prawdziwym partnerem, który rozumie moją pasję. I gdyby nie on nie mogłabym robić tego, co robię.

Jak ma na imię?

Andrzej. I to on dziesięć lat temu namówił mnie na otwarcie własnej firmy. Gdyby nie jego pomoc, pewnie nie byłoby Sky Dreams. Jestem po turystyce i rekreacji. Mąż widząc z jakim zapałem i sercem robię to co robię dla kogoś, stwierdził, że powinnam robić to na własną rękę. Podczas studiów pracowałam. Próbowałam swoich sił w różnych dziedzinach turystyki, w tym w incentivach, które naprawdę mnie urzekły. Turystyka jest trochę jak narkotyk – wciąga. I nie da się tego zamknąć w ramach czasowych, od ósmej do szesnastej.

Ale Sky Dreams to nie tylko wyjazdy, szkolenia i warsztaty, ale też wolontariat pracowniczy.

Tak. To jest temat, który przywieźliśmy z zagranicy kilka lat temu, do którego udało nam się przekonać naszych klientów. Wolontariat zwany CSR-em to praca dla innych. Wielokrotnie robiliśmy to za granicą, pomagaliśmy wyposażać i remontować szkoły. Był to element wyjazdu. Ten trend na zachodzie istnieje od wielu lat. Pewnego dnia doszliśmy do wniosku, że jest to potrzebne także w Polsce. W czerwcu zaangażowaliśmy się w bardzo duży projekt, który zrealizowaliśmy z dużym sukcesem – mogę tak powiedzieć, bo są to słowa naszego klienta, którego namówiliśmy na tę akcję. Wolontariat z jednej strony pozwala pomóc mniejszym i starszym, ludziom i zwierzętom. A z drugiej – to element, który niesamowicie integruje i odsłania twarze i umiejętności ludzi. To coś, co rusza serca. Dziewczyny z naszego zespołu nauczyły się ostatnio malować, szpachlować, robić plac zabaw dla dzieci. I nie chodzi o to, żeby wejść do jakiegoś pomieszczenia i zwyczajnie zrobić remont. Trzeba wiedzieć komu się pomaga i dlaczego. Pomagaliśmy m.in. przedszkolu Miś dla dzieci autystycznych. Zanim zaczęliśmy akcję, wolontariusze spotkali się z dyrektorem tej placówki. Opowiedział im o przedszkolu, o dzieciach, o tym jak ono funkcjonuje. Wiedzieliśmy, że pomagamy tym konkretnym maluchom, które w tej sali będą się bawić. Chcieliśmy dać im odrobinę szczęścia.

Jak dzieci reagowały?

Były podekscytowane, widziały, że coś się zmienia. Radość tych dzieci, kiedy wybudowaliśmy im plac zabaw, była bezcenna. Aż nam się łezka w oku zakręciła. Warto o tym mówić i warto takie rzeczy robić.

Wolontariat pracowniczy to coś nowego, ale jak widać bardzo potrzebnego. Myśli Pani, że rozwinie się w Polsce?

Coraz więcej firm decyduje się na wolontariat społeczny i mam nadzieję, że z czasem będą to działania na stałe wpisane w strategię większości organizacji. Wiele instytucji organizuje jakieś zbiórki, przykładowo w okolicy świąt. To jednak zupełnie coś innego, bo samo przekazanie zabawek to nie to samo, co bezpośredni kontakt z ludźmi, którym pomagamy, poznanie ich problemów. Warto wiedzieć, jak taką akcję przygotować, aby osoby, którym pomagamy czuły się komfortowo, a pomoc była efektywna. My to potrafimy. I mam nadzieję, że przekonamy kolejnych klientów do tego typu przedsięwzięć.

Myślę sobie, że za Panią dziesięć lat fantastycznej pracy…

Staram się nie nazywać tego pracą, tylko życiem z pasją. Tak samo moich współpracowników nigdy nie nazwałabym po prostu pracownikami, bo mamy fantastyczny, zgrany zespół, który stanowi jedność – Sky Dreams.