Administracyjnie podlega pod Sołacz. Przy ulicy Golęcińskiej stoją dwa bloki, jest kilka domów. Mieszka tu kilkadziesiąt osób. Żeby dotrzeć do centrum miasta, trzeba przedostać się przez tory kolejowe. W Ogrodzie Dendrologicznym rośnie największa w Europie kolekcja jeżyn leśnych, a jezioro Rusałka, które stanowi jedno z najbardziej popularnych kąpielisk, zostało wykopane przez Żydów, którzy nigdy nie wrócili do swoich domów…

TEKST I ZDJĘCIA: Joanna Małecka

Jasiu, wyjdź już z tej wody, zimno się robi – woła Magda. – Za chwilę się przeziębisz. Przyjeżdżają tu codziennie od dwóch tygodni, bo Magda jest na urlopie. – Lubimy tu przychodzić, jest spokój, czysta woda i pyszna rybka. No i Jasiu świetnie się bawi. Nad Rusałką powoli zachodzi słońce. Na boisku drużyny jeszcze grają w siatkówkę, alejkami przechadzają się rodziny z dziećmi. Na pięknym placu zabaw nie ma już śladu zamków z piasku i foremek. Gdzieś z boku wyjeżdża mężczyzna na rolkach. Jest chłodno, pomimo końcówki sierpnia. Grupy młodych ludzi powoli udają się w kierunku przystanku autobusowego.

Jedyny taki dorsz jest u Pani Halinki…

W smażalni ryb tłoczno. Sympatyczna pani w kolorowym fartuszku serwuje dorsza i frytki. Kiedyś to miejsce nazywało się „Smażalnia u Halinki”, dziś jest po prostu smażalnią ryb. – Pani kochana, tu są najlepsze ryby w Polsce – rzuca Dorota Cieluch, klientka. – Przyprowadzam tu znajomych od lat, nawet z Francji i wszyscy się zajadamy. Kiedyś uwielbiałam halibuta, ale teraz jest dla mnie trochę za ciężki, więc jem dorsza. Niech pani spróbuje. Na końcu rzędu stołów i ławek jest lada. Nie ma menu, bo klienci doskonale wiedzą, co tu się serwuje. Za jednym ze stołów siedzi Jerzy Woźniak, który prowadzi ten lokal z żoną niezmiennie od prawie 30 lat. Wiele przeszedł i wiele widział. Niejednokrotnie chciano go stąd wyrzucić, ale się nie dał. I całe szczęście. Pachnie świeżą rybą. Jego żona Halinka wita się z kolejnymi gośćmi. Niektórzy przychodzą tu od samego początku, inni od piętnastu lat. Pani Halinka krąży pomiędzy kuchnią a klientami. – Może się Pani czegoś napije? – pyta. – Może wody – odpowiadam. Jerzy Woźniak popija kawę. Obok stoi laska, którą się podpiera. Zaczynał w dawnej centrali rybnej. Miał dwie smażalnie – w Strzeszynku i tutaj. – To był dla mnie bardzo dobry okres – przyznaje. – Smażyłem ryby do 30 sklepów. To było do 500 kilogramów tygodniowo. Mało wtedy spałem, ale to było najmniej istotne. Z czasem stało się to nieopłacalne, bo ryba zrobiła się droższa od szynki. I pozostali mi klienci tutaj. Wszystko zbudował sam. Zrobił ogródek, zmienił szyld. – Kiedyś to ja byłem właścicielem tej smażalni. Potem, kiedy żona przeszła na emeryturę, przepisałem to na nią. I dziś nie mam już z tym nic wspólnego, poza tym, że wciąż jestem mężem tej pani – Jerzy uśmiecha się do żony. – I myślę, że tak już pozostanie. Panią Halinę można tu spotkać codziennie, pomaga jej siostra. Znają ich wszyscy. I każdy zgodnie potwierdza, że lepszej ryby nie ma nigdzie. Rzeczywiście, to prawda. Smażalnia czynna jest cały rok, z wyjątkiem okresu zimowego, kiedy otwierają tylko w weekendy i święta.

…a na pomnikach wciąż palą się znicze…

Jezioro Rusałka pustoszeje. Gdzieś w oddali widać palące się znicze. Podchodzę bliżej. Na wschodnim wybrzeżu akwenu ostał się podest. Leży trochę sztucznych kwiatów. Pani Jadwiga odpala znicz. – O Jezu, dziecko kochane, ty wiesz ilu ludzi tu zginęło. A oni sobie tam plażują i nic nie wiedzą – mówi łamiącym się głosem. Jezioro Rusałka zostało wykopane przez Żydów, którzy już nigdy nie wrócili do swoich domów. W okresie II wojny światowej z Fortu VII nad Rusałkę wywożono więźniów, których masowo rozstrzeliwano. Łącznie zabito tutaj ponad dwa tysiące Polaków. Na metalowej tablicy umieszczono napis: Tu zostało straconych przez siepaczy hitlerowskich w styczniu 1940 roku 2000 najlepszych synów Ojczyzny. Cześć ich pamięci. Za mną zatrzymuje się mężczyzna z psem. Po chwili odchodzi dalej. Ciarki przechodzą po całym ciele. Żegnam się z panią i odchodzę.

…w kilku starych domach mieszkają ludzie…

W myślach odtwarzam obrazy wojny. Jak musiało tu być strasznie, jak źle to miejsce się kojarzyło. Dziś dla poznaniaków jest miejscem rekreacji i wypoczynku, a przecież zginęło tu tyle ludzi… Dochodzę do ulicy Golęcińskiej, w oczy rzuca mi się stary, zniszczony budynek. Na ścianie numer 7A. Po lewej stronie umyte okna, po prawej zabite dyktą. Cisza, jakby nie było tu nikogo. Wokół wszystko zarośnięte, brakuje płotu. Podchodzę bliżej. – Zobacz, ktoś tu mieszka – rzuca młoda dziewczyna do chłopaka, z którym spaceruje. – Tu musi być plaga komarów. Zaraz za budynkiem wyrasta piękny gmach Szkoły Podstawowej Da Vinci. Idę dalej. Za bramą byłego już Zespołu Szkół Technicznych, bo dziś nazywa się Technikum Inżynierii Środowiska i Agrobiznesu, pusto. Ze szkoły wychodzą panie sprzątaczki. Wchodzę do środka. Za kilka dni będzie tu gwarno, bo uczniowie wrócą do szkolnych ławek. Trwa wielkie sprzątanie i oczekiwanie. Gdzieś tam biegają dzieci z internatu, dojeżdżają samochody. Od września młodzież tłumnie pokonywać będzie drogę do swojej szkoły i uczyć się w technikach: agrobiznesu, mechanizacji rolnictwa, odnawialnych źródeł energii oraz weterynarii.

…pamiętając kolejową katastrofę…

Kiedyś ówczesny zarząd miasta chciał wybudować na Golęcinie cmentarz komunalny o powierzchni 92 hektarów. W planach było przeniesienie tutaj Starego Zoo. Żadna z tych koncepcji nie wypaliła. W kilku starych domach wciąż mieszkają ludzie. Pod blokiem, który jest zakończeniem zespołu szkół, dwie starsze panie siedzą na ławce. – Pani kochana, tu nie ma co fotografować – odzywa się jedna z nich. – Dzieciaków nie ma, można posiedzieć. W ogóle pusto tu jakoś. Nawet w starych domach, po drugiej stronie ulicy, jakby nie było nikogo. Samochody zatrzymują się na przejeździe kolejowym, ludzie czekają na autobus. Przejeżdża pociąg, nieco hałasując. To z Golęcina pochodziła większość ofiar katastrofy kolejowej na Jeżycach w 1933 roku. Wczesnym rankiem pociąg osobowy z Rogoźna został zatrzymany przed semaforem wjazdowym na stację Poznań Główny. Zamarzły zwrotnice. Za nim wjechał opóźniony pociąg osobowy z Wronek, który nie powinien się tam znaleźć. Mgła i para z parowozu spowodowały, że maszynista składu z Wronek nie zauważył pierwszego pociągu i wjechał w jego tył. Na miejscu zginęły dwie osoby, kolejnych sześć zmarło w szpitalu. Kilkadziesiąt osób było rannych.

…zawody na Golęcinie…

Rogatki podnoszą się. Za torami roztacza się piękny park. Pośrodku staw. Lekko zniszczone już asfaltowe drogi sprawiają trochę kłopotów rowerzystom. Ale są przejezdne. Skręcam w prawo. Dochodzę do stadionu żużlowego. Kiedyś na trybunach zasiadły tu tłumy. Był miejscem rozgrywek piłkarskich, zawodów lekkoatletycznych oraz wyścigów żużlowych. W międzyczasie przeszedł remont. W tym roku odbył się tam 1. Finał Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów na Żużlu. Zaraz obok zaprasza Park Tenisowy Olimpia. W lipcu gościliśmy tu tenisistów z całego świata podczas 14. edycji challengera tenisowego Poznań Open.

…i Ogród Dendrologiczny

Po lewej stronie, za płotem, urzekają piękne, stare drzewa. Kilka osób spaceruje. Przed tunelem, prowadzącym do parku Sołackiego, skręcam w lewo. Kierownik dr inż. Tomasz Maliński stoi przy tablicy informacyjnej w Ogrodzie Dendrologicznym, należącym do Wydziału Leśnego UPP. Słychać samochody jadące ulicą Niestachowską. Słońce delikatnie przedziera się przez brzozy i sosny. Obok przechodzi mężczyzna z małym dzieckiem w wózku. Przed wojną była tu ogromna kolekcja dendrologiczna. Zachowało się kilka pomników przyrody, a najstarsze drzewa mają około dwustu lat. Ogród, zniszczony w czasie wojny, był odbudowywany przez wiele lat. Nowy etap w działalności obiektu rozpoczął się w 1992 roku, kiedy ówczesny kierownik Katedry Botaniki Leśnej dr inż. Władysław Danielewicz postanowił nadać mu charakter nowoczesnej placówki gromadzącej w uprawie drzewa i krzewy na potrzeby naukowe i dydaktyczne, zgodnie z wymaganiami stawianymi tego typu obiektom w kraju i za granicą. W 1993 roku wprowadził ogród do Rady Ogrodów Botanicznych przy Komitecie Botaniki PAN. – Zapraszam na wycieczkę – mówi Tomasz Maliński i zaczyna opowiadać o ogrodzie. – Gdyby nie ulice Niestachowska i Warmińska, miałby pewnie z 30 hektarów, a tak ma 20. Słynie z największej w Europie kolekcji jeżyn leśnych. Uzyskała ona status kolekcji narodowej, a takich jest tylko kilkanaście w Polsce – dodaje Tomasz Maliński. Do ogrodu można wejść przez cały rok. Na ławkach można przysiąść i posłuchać śpiewu ptaków. Popołudniami trochę gryzą komary. Przy stawie leży powalone drzewo. – To pozostałość po trąbie powietrznej, która przeszła tędy dwa lata temu. W ciągu dziesięciu minut zniszczyła 80 drzew. – Niektóre, jak sama Pani widzi, leżą do dziś i są nie lada atrakcją dla dzieci. Zresztą tworzymy cykl ścieżek edukacyjnych „Nasze drzewa leśne”. Przy każdym z drzew stoi tablica informacyjna, jest trochę ciekawostek – dodaje Tomasz Maliński. Na terenie ogrodu znajduje się nowoczesna stacja meteorologiczna, która posiada Wi-Fi i można się z nią połączyć za pomocą smartfona. Zwiedzający sprawdzają kierunek wiatru, temperaturę nad i pod ziemią. Oprócz rodzimych gatunków drzew spotkać tu możemy amerykańskie glediczje, ze strąkami do 0,5 m długości, czy mamutowce, będące przedstawicielami największych drzew na świecie, osiągające w naturze ponad 10 m średnicy pnia i wysokość 100 m.

Ciemno. Widać tylko światła pędzących samochodów. Powoli wracam do samochodu. Idąc wzdłuż płotu uniwersyteckiego, szukam śladów torów tramwajowych, które prowadziły tędy do pętli na Golęcinie. Nie ma po nich śladu. Podobnie jak po ofiarach katastrofy kolejowej i więźniach Fortu VII. Zamiast tego w obie strony kursują taksówki i rowerzyści. Smażalnia nad Rusałką zapewne też już zamknięta. Jutro znowu Pani Halinka usmaży kolejne dorsze, dzieciaki wrócą do szkoły, a mieszkańcy przechadzać będą się dookoła jeziora.