fbpx

Około 110 pracowników, 120 hektarów powierzchni, 2500 zwierząt – tak pokrótce opisać można Nowe Zoo w Poznaniu. Problem polega na tym, że w skrócie się nie da, bo to miejsce niezwykłe, które tworzą wspaniali ludzie, dając schronienie nawet najbardziej skrzywdzonym podopiecznym. A te odwzajemniają się miłością i zaufaniem, dumnie krocząc przed wymagająca publicznością.

TEKST: Joanna Małecka

Zoologiczna kuchnia o godzinie 7:00 przypomina mrowisko. Każdy z opiekunów nerwowo czeka na jedzenie dla swoich podopiecznych. Tony żywności opuszczają poszczególne stanowiska. Zwierzęta już wiedzą, że za chwilę zjawią się pracownicy zoo i je nakarmią. I cierpliwie czekają na swoją kolej.

Słonie w zalotach

Do zoo wjeżdżam z Małgorzatą Chodyłą, rzeczniczką Ogrodu Zoologicznego w Poznaniu. Korzystamy z meleksa, bo inaczej nie dałybyśmy rady szybko zwiedzić obiektu. – Żeby do nas przyjść, proszę zarezerwować sobie cały dzień, zwierzęta na Państwa czekają – rzuca na początku i odpala samochód.

Droga prowadzi prosto do słoniarni. Nie można tędy spacerować. Kursuje tu jedynie kolejka, która wozi zwiedzających. – Jesteśmy na wysokości wybiegu dla wielbłądów, które niebawem przeprowadzą się na już wybudowany nowy wybieg. Dzięki temu powiększymy wybieg dla słoni. Z Wioski Afrykańskiej, restauracji na górce, goście będą mogli zobaczyć zwierzęta z każdej perspektywy. Z dawnej stajenki wielbłądów powstanie specjalna brama treningowa, gdzie będzie można zobaczyć kąpiele słoni, pielęgnację ich stóp i mycie.

Nakarm słonia

Parkujemy na zapleczu słoniarni. W pierwszym pomieszczeniu chłodno. Pachnie świeżym pieczywem. Na pólkach leżą suche kromki chleba – przysmak dla słoni. W budynku pusto. Pracownicy czyszczą podłogi. – Chodźmy zobaczyć nasze skarby – mówi rzeczniczka i prowadzi na taras widokowy. – O, są, i ciągle jedzą. Żeby utrzymać ich prawidłową wagę, musimy zapewnić im żywność niskokaloryczną. Podstawą jest siano, owoce, warzywa, specjalne dodatki witaminowe, rośliny, ryż. Uwielbiają arbuzy i dynie, które pakują w całości do paszczy i rozgryzają. Raz na jakiś czas organizujemy spotkania z publicznością umożliwiające zwiedzenie zaplecza słoniarni i wejście na wybieg pod nieobecność zwierząt. Rano, około godziny 10:00, robimy zbiórkę, wychodzimy z gośćmi na wybieg i wydajemy produkty. Po krótkim instruktażu zwiedzający chowają jedzenie w różnych zakamarkach. Wracamy na taras widokowy i obserwujemy jak zwierzęta szukają smakołyków. Z balkonu wszystko wydaje się malutkie, a wchodząc na wybieg widzimy ogrom tego obiektu. Informacje o karmieniu zoo zamieszcza na swojej stronie internetowej i profilu na Facebooku.

Kizi, Kinga, Linda i Ninio leniwie przechadzają się po wybiegu. Od niedawna są razem, bo samiec żył osobno. Potrafią zrobić nawet 90 kilometrów dziennie i pochłonąć 100 kilogramów jedzenia. Dlatego codziennie trzeba im robić pedicure. A to nie jest takie proste. Opiekunowie ciężko pracują, żeby słonie ich pokochały. I to się udaje. – To wszystko kwestia człowieka, jego podejścia. Mamy takich opiekunów, za którymi zwierzęta idą nawet wtedy, kiedy przejeżdżają obok nich na rowerze – dodaje Małgorzata. Ninio waży pięć i pół tony. W tym roku kończy 18 lat. Jest największy ze stada, a rozpoznać go można po tym, że ma usunięte ciosy i… zaleca się do Kizi. Kto wie, może Poznań doczeka się małych słoniąt. Największą łobuziarą w stadzie jest Linda. Pracownicy zoo śmieją się, że jak ktoś broi, chlapie wodą to właśnie ona.

Powoli zbliża się pora karmienia. Słonie same stają przy wejściu do słoniarni. Z boku, na tarasie dwóch chłopców robi zdjęcia. – Tato, patrz, jakie ładne – mówi czteroletni Kuba. – Chodźmy do niedźwiadków.

Z cyrku do spokojnego azylu

Cisna przechadza się wzdłuż płotu. Pod drzewem leży piękny mastiff tybetański o imieniu Bari i bacznie przygląda się niedźwiadkowi. Mają swój basen, zabawki zawieszone na drzewach, konary drzew poukładane w sposób odzwierciedlający ich naturalne środowisko. Kiedy Cisna trafiła do poznańskiego zoo, ważyła zaledwie dziesięć kilogramów. Dziś ma siedem razy więcej, a na nasz widok zaczyna mruczeć. Znaleziono ją samą, bez matki, w Bieszczadach, w okolicach miejscowości Cisna. Uratowano ją przed śmiercią. Żeby nie tęskniła za mamą, otrzymała kompana – psa o anielskiej cierpliwości. – Niedźwiadek opiekuje się swoim przyjacielem. Proszę spojrzeć, teraz położy się przy nim i zacznie mruczeć – Małgorzata pokazuje palcem na środek wybiegu. – To taki odgłos czułości, który niedźwiedź wydaje przy mamie podczas karmienia. Uzupełniają się znakomicie. Bari jest psem bohaterem, znakomitym kompanem do zabawy. Kupiliśmy go z hodowli, choć właścicielka niechętnie go sprzedała. Ale kiedy usłyszała, że to jedyny sposób, żeby uratować Cisnę, natychmiast się zgodziła. Razem mieszkają, razem śpią, tylko jedzą osobno, by nie wyjadali sobie nawzajem jedzenia i nie przeszkadzali sobie. Oboje uwielbiają ryby. Bari nie tknie suchej psiej karmy, a Cisna ją uwielbia.

Niedźwiedzie z przeszłością

Azyl o powierzchni trzech hektarów na terenie Nowego Zoo wybudowano we współpracy z niemiecko-austriacką fundacją Vier Pfoten (Cztery Łapy). Borys mieszka tu najdłużej. Trafił do Poznania z rosyjskiego cyrku, gdzie spędził dziesięć lat. Mieszkał, jadł i załatwiał się w jednym wozie. Nie miał kontaktu ze światem. Kiedy przez Polskę przejeżdżał cyrk, niedźwiedź został skonfiskowany, ku zdziwieniu właścicieli. Nie wiedzieli, że u nas ten gatunek jest pod ochroną. A że nie było miejsca, do którego mógłby trafić, wylądował na siedem lat w schronisku dla psów w Korabiewicach. Kilka lat później przyjechały tam kolejne dwa niedźwiedzie odebrane białoruskiemu treserowi. Żyły w moskiewskim mieszkaniu przykute do kaloryfera. Kiedy przyjeżdżali myśliwi, niedźwiedzie przywiązywano do drzewa w okolicznym parku, spuszczano psy i w ten sposób je tresowano. Przy próbie przekroczenia polskiej granicy trafiły najpierw do zoo w Warszawie, a potem do schroniska. W tym samym czasie w zoo w Braniewie mieszkała inna rodzina niedźwiedzia – małe niedźwiadki z ukraińskiego cyrku. Dwóch naukowców specjalizujących się w badaniu i obserwowaniu tych zwierząt, dr Agnieszka Sergiel i dr Rorbet Maślak – zaalarmowali międzynarodową fundację Vier Pfoten, która na całym świecie buduje azyle dla zwierząt przebywających w fatalnych warunkach. Przyjechali do Polski i sprawdzali, gdzie takie miejsce mogłoby powstać. Tylko w Poznaniu udało się uzyskać zgodę na budowę azylu. Fundacja zapłaciła za wszystko, włącznie z transportem niedźwiedzi i przez najbliższe dziesięć lat będzie sponsorowała ich coroczny przegląd zdrowotny. I tak wszystkie niedźwiedzie przyjechały do Poznania. Wania po roku niestety został uśpiony ze względów zdrowotnych. Był cierpiący, obolały. Misza zmarł pól roku później na ciężką niewydolność serca. Borys ma się świetnie. Rok temu przyjechały Ewka i Gienia, Pietka i Wojtusia.

W lipcu 2016 roku do poznańskiego ogrodu zoologicznego sprowadzono okaleczonego, czteroletniego niedźwiedzia brunatnego Baloo, odebranego z cyrku. Kiedy podchodzimy, od razu się podrywa i siada naprzeciwko nas, za płotem. Ma jasne umaszczenie i delikatnie mruczy. – No cześć niedźwiadku, co u ciebie – mówi Małgorzata Chodyła. – Baloo jest bardzo skrzywdzony przez ludzi. Nie ma ani jednego pazura, jego łapy są trwale okaleczone. Nie wiemy dlaczego i kto mu to zrobił. Wiemy, że został kupiony w Hiszpanii. W cyrku był karmiony popcornem, bitą śmietaną, przez co ma doszczętnie zniszczone zęby. Kiedy do nas przyjechał, nie miał siły chodzić, nawet jadł na leżąco. Żadne zdrowe zwierzę się tak nie zachowuje. Na głowie ma rany od prętów, o które ocierał się w klatce. Niedźwiedź został nam oddany przez prokuratora. Toczy się sprawa przeciwko właścicielom cyrku – opowiada.

Leczyli go najlepsi lekarze na świecie i udało się. Dziś połyka całe orzechy i gardzi kalafiorem. Opiekunowie chowają jedzenie w kryjówkach, na wysokich gałęziach, żeby ćwiczył i wzmacniał mięśnie. Ma specjalny wybieg, podzielony na części, który jest ciągle rozbudowywany. Docelowo będzie miał dostęp do stawu, oczywiście bez możliwości przepłynięcia na drugą stronę. – Pamiętam jak wyszedł na nowy wybieg – wspomina Małgorzata. – Był listopad, zimno, padał deszcz. Zobaczył basen, prawdopodobnie po raz pierwszy miał możliwość wykąpania się w wodzie. Chlapał się jak mały dzieciak, szczęśliwy, a z kalafiora zrobił sobie kaczuszkę. Staliśmy w milczeniu. Z oczu płynęły nam łzy.

W wilczym stadzie

Niedźwiedzie nie będą rozmnażane, azyl jest miejscem, gdzie uzyskały schronienie, dobrą opiekę i spokojne miejsce do życia w warunkach zbliżonych do naturalnych. Podobnie jak wilki, których wybieg jest zaraz obok. Wadera z Berlina, samiec Puszek – odratowany w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu. Nie może wrócić do natury, bo zwyczajnie sobie nie poradzi. – Musieliśmy stworzyć mu stado – dodaje rzeczniczka zoo. – Dowiedzieliśmy się, że w Berlinie jest wilczyca, która też musi być oddzielona od stada, więc sprowadziliśmy ją tutaj. Były też dwa wilki, które mieszkały w schronisku dla zwierząt w Austrii. Urodziły się w niecertyfikowanym ogrodzie zoologicznym w Czechach. Zostały sprzedane prywatnej osobie, która przewiozła je do Austrii. Zostały jej odebrane, gdyż nie była w stanie zapewnić im właściwych warunków. Teraz z tych osobników tworzymy wilcze stado, czyli watahę. Proszę trzymać kciuki, żeby się udało. Wilki mają piękny wybieg pośród drzew. Mieszkają w nowych boksach – tłumaczy.

Z tygrysem i lwem

Ich sąsiadem jest tygrys Tungus, którego spotkać na wybiegu można zazwyczaj rano. W połowie kwietnia do Poznania przyjechała trzymiesięczna lwica oraz czteromiesięczny lew, zwierzęta zostały skonfiskowane przez policję z prywatnych rąk. Zwierzęta teraz przechodzą kwarantannę, czeka je szereg badań. O ich losie zdecydują jednak organy ścigania i sąd. Pomimo tego poznańskie zoo już rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na budowę azylu dla dzikich zwierząt.

Wielbłąd Selim

Dojeżdżamy do wielbłądów. Selimek – bo tak mówią na niego pracownicy zoo – urodził się trzy miesiące temu. Spaceruje pomiędzy trzema wielbłądami: Mustafą, Wanilią i Gają. Taki harem. Bardzo chciał pić mleko i nawet mama Gaja chciała go karmić, ale nie mogli się zgrać. Lekarz weterynarii załatwił mu siarę – specjalne mleko od krowy. Pod ogrodzenie, w polarze z napisem „ZOO” podjeżdża weterynarz. Ma szpakowate włosy i niesamowite ciepło w oczach. Schodzi z roweru. – Jadę na zimowisko, bo ptaki właśnie odrobaczamy, ale pójdę z wami do malucha. Mały wielbłąd podchodzi do nas i wystawia głowę nad ogrodzenie. Opiekunowie głaszczą go, a tym starszym wielbłądom zdejmują resztki zimowego futra. W pomieszczeniach jest przyjemnie chłodno. Zbliża się pora karmienia, więc wychodzimy.

Meleks jest tak cichy, że niezauważalnie przejeżdżamy obok nowo wybudowanego domu dla wielbłądów. – Za kilka tygodni je przeprowadzimy – uśmiecha się Małgorzata Chodyła. W jednym z najstarszych budynków zoo jest motylarnia. Trzeba wejść po schodach. W środku uprzejma pani sprzedaje pamiątki. Jest bardzo ciepło. Piękne kwiaty rosną w całym budynku. – Rośliny pozyskujemy od poznaniaków. Jeśli ktoś ma w domu niepotrzebne, ale za duże, chętnie je przyjmujemy – dodaje Małgorzata. – O motylach niesamowicie opowiada Jacek Pałasiewicz, który wie wszystko na temat insektów całego świata. Chodźmy dalej, do żyraf.

Oko w oko z żyrafą

To najwyższy budynek w zoo. Jest żółty i widać go z alei spacerowej. Żyrafy wolno przechadzają się po wybiegu. Znów podjeżdżamy od zaplecza. Kiedy stajemy obok ich domu śmiało podchodzą i pozują do zdjęcia. – O, idzie ta najbardziej ciekawska i ufna – mówi Małgorzata Chodyła. – Nie pamiętam, jak ma na imię, ale jej opiekun Marcin od razu by je rozpoznał. Wystarczy, że powie do nich „Miśki, do domu!”, i one posłusznie wchodzą do budynku.

Wybieg jest na górce. Kiedy pada deszcz żyrafy, muszą zostać w domu. Na mokrej, śliskiej trawie mogłyby się poślizgnąć, a to stanowi dla nich śmiertelne zagrożenie. W tym roku ruszają prace projektowe dotyczące nowego wybiegu. Docelowo znajdą nowy dom na wysokości Wioski Afrykańskiej, obok słoni i wielbłądów. Tam też zamieszkać mają trafić zebry, antylopy gnu i nosorożce.

Dział zwierząt dziwnych

W zoo trwają prace porządkowe. Pracownicy przycinają krzewy i trawę. Dzieciaki biegają od ptaków do zwierząt. W tle pawilon zwierząt nocnych. – Czy ja mogę mieć niezapowiedzianego gościa? – pyta rzeczniczka. – Pewnie – odpowiada Mirka, która opiekuje się tu zwierzętami. Pracuje w zoo 30 lat. Mówi o sobie, że pracuje w dziale zwierząt dziwnych. Rzeczywiście. Wewnątrz ciemno jak w środku nocy. Tutaj cykl dobowy jest odwrócony. Między 21:30 a godziną 10:00 rano zwierzęta śpią. A w ciągu naszego dnia buszują. Są m.in.: kanguroszczury, kanczyl, nietoperze wampiry i liścionose, pancernik włochaty, leniwce: Michał i Michalina, bardzo rzadkie sowy syczki, kowari, które gdy się rodzą, są wielkości ziarnka ryżu. Sprzątanie jednej klatki trwa około 10 minut.

Na zapleczu praca wre. Pracownicy szykują jedzenie, część myje klatki, niektórzy rozmawiają ze zwierzętami. Lemur bambusowy wita nas siedząc na siatce. Kocha ludzi. Mówią na niego Pryszczyk. – Każde zwierzę ma swoje wymagania i opieka nad każdym wygląda inaczej – mówi Mirka. Na zapleczu stoją klatki, jest odpowiednia temperatura. Do każdej przyczepione pojemniki do karmienia. – Tu mamy nowego domownika, jeszcze nie wiemy czy chłopak, czy dziewczyna. Urodził się 6 grudnia i nazwaliśmy go Miki – śmieje się Mirka. – Kochamy te nasze zwierzęta. Proszę poznać naszego dziadka Lori. Ma na imię Jędrulek. Po mordce widać, że jest już wiekowy. Ma piękne oczy i przygląda nam się z boku. Wychodzimy, żeby się nie denerwował.

Ciekawskie nosorożce

Gdy mijamy bramę wejściową do zoo, Małgorzata Chodyła opowiada o fokach. W tym roku rusza budowa nowego basenu dla nich. Będą miały więcej miejsca. Póki co przeniosą się do basenu wydry, a Pedro znajdzie inną lokalizację.

– W Nowym Zoo mamy też żubry, a wśród nich nowego samca – Dudusia – mówi. Nosorożce wygrzewają się na słońcu. Kiwu i Diuna od razu przychodzą się przywitać. Jakby były oswojone. Kochają kąpiele w błocie. Na całym świecie zostało ich tylko trzy tysiące. Mają chropowatą skórę. Uwielbiają, kiedy opiekunowie drapią je za uszkiem i nakładają glinkę na kark.

Poznańskie zoo jest drugim pod względem wielkości ogrodem zoologicznym w Polsce – zajmuje powierzchnię 120 ha. Zwiedzanie tak rozległego terenu ułatwiają kursujące po Nowym Zoo bezpłatne kolejki. Bilety wstępu można kupić online, żeby nie stać w kolejce do kasy. Zoo jest czynne każdego dnia, bez wyjątku, w każdy dzień świąteczny.  – Zachęcam także do uczestnictwa w spotkaniach z opiekunami zwierząt, do pokazowych karmień. O wszystkich zaplanowanych przez nas atrakcjach informujemy na tablicach informacyjnych przy wejściu oraz na naszym profilu na FB – mówi Małgorzata Chodyła.

Nowe zoo

Poznań, ul. Kaprala Wojtka nr 3

Bilety:

Poniedziałek – piątek: 15 zł – normalny, 8 zł – ulgowy, 35 zł – rodzinny

Sobota, niedziela i święta: 20 zł – normalny, 10 zł – ulgowy, 50 zł – rodzinny