fbpx

To jego najmłodsze dziecko. Zbudowany z najwyższej klasy materiałów, zaprojektowany przez najlepszych architektów z unikalną, zastosowaną po raz pierwszy na świecie elewacją. Bałtyk – jednych zachwyca, innych denerwuje. Jednym z inwestorów jest Piotr Voelkel, który nie znosi bylejakości. Jego zdaniem rondo Kaponiera to katastrofa komunikacyjna, a budynek dworca PKP nas upokarza. Jest mecenasem sztuki, biznesmenem wciąż notowanym w rankingach najbogatszych Polaków. – Nie ocenia się ludzi po grubości portfela, ale po tym, co robią dla innych – mówi.

ROZMAWIAJĄ: Elżbieta Podolska, Joanna Małecka

Kiedy wszyscy produkowali meblościanki, on wyprzedzał konkurencję nowymi technologiami. Firma VOX, którą założył w 1990 roku, do dziś jest pionierem w branży. Inwestuje w edukację, jest współzałożycielem Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, pierwszego w Polsce niepublicznego uniwersytetu. Piotr Voelkel siedzi przy stole w restauracji Concordia Taste. Znają go tu wszyscy. Poznaniak z urodzenia i wyboru. Mieszka na Sołaczu. Na sobie ma elegancką, białą koszulę, idealnie uprasowaną. Obok wisi marynarka. Ma samochód, ale z mało niego korzysta.

Przyjechał Pan dziś rowerem?

Piotr Voelkel: Oczywiście.

Jak się Panu jeździ po Poznaniu?

Dobrze, chociaż czasami po chodnikach, bo jeszcze jest za mało tras rowerowych.

Jeździ Pan na rowerze z pasji, czy bardziej zdrowotnie?

Przyczyn jest kilka. Po pierwsze – wychowywałem się w małym miasteczku, gdzie rower był podstawowym sposobem komunikacji. Lubię jeździć rowerem. Z drugiej strony jest to dużo wygodniejsze. Jestem punktualny, szybko się przemieszczam. Mam też lepszy kontakt z ludźmi, kiedy ich spotykam i mogę się do nich uśmiechać, a nie wściekać w korkach siedząc w aucie. Podjeżdżam do pracy dotleniony i wesoły. Dzięki rowerowi mam dobrą kondycję i dobrze się czuję.

W biznesie to bardzo rzadkie. Pana kontrahenci jeżdżą najlepszymi samochodami, a Pan… rowerem.

Zwykle to ich dziwi, ale też wiedzą, że stać mnie na dowolny samochód, więc nie ma problemu. Ale przyznam, że jak jeździłem wiele lat temu do Niemiec, to właściciel firmy, który ze mną rozmawiał, patrzył, czym przyjechałem. Wtedy też szczęśliwie nie musiałem już jeździć maluchem.

Ale jeździł Pan kiedyś maluchem?

Moje dwa pierwsze samochody to były właśnie maluchy. Wtedy to były super auta. Ciągle przerabiałem je, żeby były szybsze. Dochodziły do 120 km na godzinę.

Jeżdżąc rowerem na pewno przemieszcza się Pan przez rondo Kaponiera. Słyszałam takie opinie, że ludzie boją się przez nie jeździć. A Pan?

To jest jedna z większych porażek inwestycyjnych ostatnich lat. Z tysiąca powodów. Pierwszy, rondo działa gorzej niż przed remontem. W złych miejscach stoją światła i wszystko jest za małe. W efekcie lewoskręt jest tragiczny. Po drugie ścieżki rowerowe są w miejscu, gdzie mało rowerzystów ma odwagę się znaleźć, między dwoma pasmami aut. Po trzecie, to rondo nie pozwala pieszym przejść ulicą Roosevelta od Mercurego górą, powodując, że tracą uroczą możliwość obserwowania Bałtyku ze zmieniającej się perspektywy. Był taki czas, że miasto miało tutaj główny punkt zarabiania pieniędzy, bo wyłapywali wszystkich zdezorientowanych pieszych, którzy szli z rowerzystami na zielonym świetle. Widok zapłakanych starszych, zagubionych kobiet, które płaciły mandat był smutny i pokazywał, jak bezduszna potrafi być straż miejska.

Pana nazwisko jest nietypowe, jakby nie poznańskie. Skąd pochodzi Pana rodzina?

Pewności na ten temat nie ma, ale z różnych rodzinnych przekazów wynika, że najprawdopodobniej pochodzimy z Holandii. Tam też w książkach telefonicznych widać sporo osób o tym nazwisku. Rodzinna anegdota mówi, że prapradziadek szedł z Napoleonem jako artylerzysta na Moskwę i został ranny gdzieś w Wielkopolsce.

Wychował się Pan w Krotoszynie?

Od piątej klasy w Krotoszynie, a wcześniej w Oleśnie na Śląsku.

Jak Pan wspomina dzieciństwo? Kiedyś były inne czasy niż dzisiaj. Wydaje mi się, że była wtedy większa beztroska.

Nie wiem, moje wnuki są chyba też beztroskie. Ja przede wszystkim dobrze wspominam to, że nasze życie było bardziej realne, między innymi dzięki temu, że wokoło było rzemiosło, wieś, prawdziwe zabawy w gronie kolegów. Nie było komputerów i telewizorów, zabawki robiliśmy sami. Nauczyłem się wtedy wiele. Sam naprawiłem motocykl, sam budowałem karmniki, sam robiłem latawce. Mogłem podglądać szewca, stolarza. Po drodze pomiędzy moim domem a szkołą był kowal, rymarz, był stolarz, który produkował trumny i bryczki. Blisko był szewc. Często bywałem u krawca. Mama szyła też w domu. To bardzo cenne doświadczenia z tamtego okresu. Nabrałem pewności, że wszystko można zrobić.

Miał Pan kontakt z rzeczywistością i naturą.

Tak, i to w różny sposób, bo jak ojciec przywoził wiadro ryb, i kazał mi je oskrobać, to musiałem się tym zająć.

A ja zawsze miałam Pana za marzyciela bujającego w obłokach.

Jedno z drugim się nie wyklucza. Być może dlatego, że umiem wiele rzeczy z dzieciństwa, marzenia udaje mi się realizować. Jednym z powodów, dla których człowiek nie realizuje swoich marzeń jest lęk, że nie podoła, bo nie umie. Lęk powoduje, że na końcu boimy się nawet awansu. Tamta nasza młodość hartowała, bo była realna. Trzeba było wejść do stajni i wyprowadzić konia, o którym wiedziałem, że kopie i gryzie. Było wiele okazji, żeby przezwyciężać obawy i strach, który jest główną przyczyną, dla której nie robimy kariery. Stoimy w miejscu i marzymy o tym, żeby wszystko trwało, było jak wcześniej, a jak stoimy, to się cofamy, bo inni idą do przodu. To najczęstsza przyczyna życiowej porażki wielu ludzi. Pozostają pretensje i poszukiwania sprawców. Najczęściej wskazywani są ci, którym się powiodło. Tak tworzy się klimat do bolszewickiej rewolucji.

Czego dzisiaj Pan się boi?

Niczego. Życie przynosi codziennie dobre i złe sytuacje, których strach nie pomaga przezwyciężać. Wolność to też życie bez lęku.

Wiele razy musiał Pan przełamywać w życiu bariery, by iść do przodu?

Często. To powód, dla którego swoje życie uważam za wyjątkowo ciekawe. Podejmowałem wiele decyzji z ciekawości, w pogoni za pełnią życia. W sumie człowiek rozwija się z dwóch przyczyn. Jedną są katastrofy, które zmuszają nas do nadzwyczajnego wysiłku, radykalnej zmiany życia, bo coś się zawaliło. Szczęśliwie miałem mało takich strasznych wypadków. Innym bodźcem do nieprzeciętnej mobilizacji jest porywanie się z motyką na słońce, chęć zrobienia czegoś, co wydaje się nierealne, niemożliwe, ponad siły. Wtedy robimy rzeczy, o które się sami nie podejrzewaliśmy. Kilka razy zafundowałem sobie taką trudną przygodę. Jestem szczęśliwy, że mogłem realizować swoje marzenia.

Wiele razy w życiu się Pan porywał z motyką na słońce, choćby pracując w Polskim Teatrze Tańca.

Byłem szefem technicznym. Miałem wtedy 21 lat i szansa, że sobie połamię zęby na Teatrze Tańca była duża. Zresztą, czy dziś ktoś by powierzył 21-latkowi przygotowanie dużej premiery i zorganizowanie teatru, który nie ma swojej sceny i ciągle jest na walizkach? Ja byłem świeżo po studiach. Tydzień wcześniej obroniłem dyplom. Wszyscy byliśmy trochę wariatami: Drzewiecki, że mi zaufał, a ja, że się na to porwałem. Powiodło się. Premiera była na czas, wszystko działało. Wtedy też przydała mi się znajomość rzemiosła. Wiele rzeczy robiliśmy po raz pierwszy w Polsce. Kupiliśmy w Austrii projektory i dzięki temu nasze scenografie były niezwykłe.

Był Pan zadowolony z pracy?

To było wspaniałe sześć lat. Po części dlatego, że bardzo dużo się nauczyłem. Poznałem sekrety wielu fachowców teatralnych, starych przedwojennych jeszcze mistrzów: malarza, perukarza, farbiarza, krawca, modystki, szewca. Miałem z nimi przyjacielskie relacje i jak zakładałem własną firmę, to właśnie oni pomogli mi wystartować i opracowywać technologie do produkcji.

Co było impulsem, że ze świata artystycznego przeszedł Pan do biznesu?

To była wtedy rewolucja. Odchodziło wielu tancerzy i członków zespołu. Drzewiecki nie dotrzymał słowa w ważnej sprawie i uznaliśmy, że dość. To był protest.

Nie było możliwości, żeby przejść do innego teatru?

Izabella Cywińska chciała mnie zatrudnić w Teatrze Nowym, ale doszedłem do wniosku, że lepiej spróbować czegoś nowego. Postanowiłem, że chcę być niezależny finansowo, stworzyć własną firmę.

Miał już Pan rodzinę. Nie było takiego strachu, co będzie, jak coś nie wyjdzie? Czasy były bardzo niepewne.

Rodzina bardzo mnie wspierała. Żona powiedziała mi wtedy, co wspominam do dzisiaj z wielkim wzruszeniem, że jak będzie trzeba, sprzeda swoje pierścionki. To były wyjątkowe i bardzo stare pamiątki po babci. Wielki niezwykły gest. Ojciec obiecał, że jeden miesiąc jest w stanie nas utrzymać. Z żoną mieliśmy odłożone 14 tysięcy złotych. Urodziła się córka i były kolejne plany, a żona, aby prowadzić dom, przestała pracować. Było jasne, że żartów nie ma. Otaczała mnie życzliwość ludzi. Zaczęliśmy produkcję od podświetlanych luster. Pomysł przywieźliśmy z Niemiec i uważam, że był świetny, tylko ludzie go nie rozumieli. Nikt nie miał wtedy podświetlanego lustra i nikt nie wiedział, na czym to polega. Sprzedawały się bardzo wolno i prawie powinęła nam się noga. Wtedy jeden ze znajomych ze sklepu na Garbarach poradził mi: „Zostaw te lustra i rób karnisze”. Ruszyło jak lawina. Przy opracowaniu unikalnych rozwiązań do produkcji pomogli mi stolarze z Opery. Wytwarzałem karnisze dziesięć razy szybciej i taniej niż inni producenci. Jak nabraliśmy tempa, to zarabiałem krocie.

Z naszej rozmowy wynika, że Pana największym kapitałem w życiu wcale nie są pieniądze, ale ludzie.

Pieniądze raz są, a raz ich nie ma. Moja babcia przeżyła życie najpierw w skromnym gospodarstwie, potem była jedną z bogatszych kobiet w Wielkopolsce, a na końcu życia była biedna. Ja bym nie chciał, żeby ktokolwiek mierzył mnie, szacując wielkość portfela. Pomysł sortowania, klasyfikowania ludzi w zależności od tego, ile mają na koncie, uważam za upokarzający.
Jak został Pan mecenasem sztuki?

Zaczęło się pewnie jeszcze w dzieciństwie. Mieszkaliśmy w małym mieście i mama, która studiowała w Poznaniu, tęskniła do metropolii, z teatrami, koncertami, muzeami. Wkładała wiele wysiłku w to, żeby pokazać nam wielki świat i sztukę. Na studiach pracowałem dużo w ruchu studenckim, bylem szefem klubu, organizowałem festiwale muzyki i poezji, pomagałem różnym artystom w realizowaniu ich pomysłów. Cały czas miałem kontakt z ludźmi sztuki. Odkryłem radość i satysfakcję z współpracy z artystami, dla których też byłem ważnym partnerem. Pomagałem im wdrażać w życie marzenia. Sam nie tańczę , nie śpiewam, nie umiem rysować. Nie konkuruję z artystami, mam wiele szacunku dla nich i nauczyłem się z nimi współpracować. W Teatrze Tańca poznałem największych twórców . Z wieloma z nich przyjaźnię się do dzisiaj. To cenna część mojego życiowego dorobku.

Można powiedzieć, że ma Pan szczęście do ludzi? Ze wszystkich etapów Pana życia zostają Panu przyjaciele.

To jest część mojego kapitału. Umiem rozmawiać z ludźmi. Lubię ludzi i chętnie im pomagam. Nawet z pracownikami rozmowę najczęściej rozpoczynam od pytania: „Jak Ci mogę pomóc?”. To działa.

Jednak ma Pan jeden ogromny talent. Jest Pan świetnym organizatorem.

Kiedyś organizowanie wielkich, nowych projektów to była moja pasja, dziś mam mniej energii.

Ale chyba nie idzie Pan na emeryturę?

Nie, nie wybieram się. Ale już tak często i łatwo nie porywam się na wielkie i skomplikowane projekty. Teraz najwięcej czasu poświęcam Uniwersytetowi SWPS. To jest trudne zadanie i wielka odpowiedzialność.

Nie wybiera Pan sobie w życiu łatwych dróg. Kiedy wszyscy jeszcze w domach mieli meblościanki, Pan zaczął zatrudniać designerów, by tworzyli wzory specjalnie dla Pana firmy.

Polskie meblarstwo jest wielkim podwykonawcą zachodnich koncernów. W efekcie projektowanie odbywa się w ogromnej części zagranicą. My chcieliśmy zmienić ten powszechny stan. Zaczęliśmy tworzyć własną sieć sklepów w Polsce. Na tym pierwszym etapie meble były wzorowane na zachodnich trendach i modzie, ale wnosiliśmy zawsze coś nowego. Potem doszliśmy do wniosku, że trzeba spróbować projektowania własnych wzorów. Zatrudniliśmy projektantów. Ostatnim etapem było stworzenie własnej szkoły designu, School of Form. Uczymy tam projektowania inaczej niż w akademiach sztuki. Podeszliśmy do nauki projektowania od zupełnie innej strony. Designer nie ma być artystą. Kluczowym zadaniem artysty jest powiedzenie światu czegoś od siebie, we własnym imieniu, a projektant ma projektować dla nas, dla ludzi. Swój talent ma zaprząc dla sprostania naszym marzeniom. Żeby projektant mógł poznać ludzi i ich potrzeby, w naszej szkole uczymy psychologii, antropologii, filozofii i socjologii. Dopiero zainspirowani wiedzą o ludziach mają prawo wziąć ołówek i zacząć szkicować. Ja nie potrzebuję eksponatów muzealnych, tylko rzeczy, o których ludzie powiedzą „wow – skąd oni wiedzieli, że ja właśnie tego potrzebuję?”.

W efekcie Vox ma meble, jakich nie ma na świecie. Są unikalne, oryginalne, rozwiązują konkretne problemy. Najbardziej szczycimy się meblami dla młodzieży, które są skonstruowane w ten sposób, że dziecko w ogromnym stopniu może te meble zmieniać. Slogan reklamowy mówi, że są to „meble, które uczą zmieniać świat”. Jesteśmy zdania, że dziecko, które nie może zmienić nic w swoim pokoju, nie nauczy się żyć jako wolny człowiek w przyszłości. Ktoś, komu w młodości wszystkiego zakazują rodzice lub nauczyciele, nie będzie potrzebował i cenił wolności.

Dla Pana jednymi z najważniejszych słów są wolność, zmiana, człowiek i rozwój.

Wolność jest największym skarbem, ale żeby umieć z niej korzystać, trzeba się tego nauczyć. My uczymy tego dzieci, bo „wolność zaczyna się w domu”.

Gdyby mierzyć Pana wartość tym, co Pan zrobił dla poznaniaków, jest Pan nieoceniony. Wzbogacanie zbiorów Muzeum Narodowego, dzieła sztuki na lotnisku i w przestrzeni miasta, jak choćby rzeźba Magdaleny Abakanowicz na Cytadeli, wystawy największych artystów, np. Igora Mitoraja czy Ryszarda Horowitza, nie mówiąc o działaniach Concordia Design…

Nie wiem, czy jest to tak odbierane. Mam wrażenie, że najtrudniej jest być prorokiem we własnym mieście. Dużo łatwiej prowadzi mi się poważne rozmowy we Wrocławiu, Krakowie czy Gdańsku niż w Poznaniu. Te wszystkie inicjatywy to także przejaw mojej wolności: robię, bo chcę, a nie, bo muszę i też robię z kim chcę. Wybieram partnerów.

A jednak cały czas Pan jest tutaj.

Bo ja się stąd nie wyprowadzę, co nie zmienia faktu, że kolejne duże inwestycje będą już w innych miastach.

Jak się Panu podoba gmach nowego Bałtyku?

A paniom?

Bardzo.

To jest moim zdaniem małe dzieło sztuki. Mówię o tym dlatego, że jestem tylko inwestorem, a autorami są architekci z MVRDV jednego z najlepszych biur architektonicznych świata. Kupując ten teren, zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to niezwykle odpowiedzialna inwestycja i nie może to być kolejny banalny biurowiec lub blok. Musimy zachować się inaczej niż wielu deweloperów i szukać sukcesu nie w optymalizacji, cięciu kosztów, lecz w najwyższej możliwej jakości.

Zdałem sobie wtedy sprawę, że tak naprawdę najbardziej upokarza tandeta, byle jak projektowane i budowane obiekty. Zawstydza inwestora, projektanta, wykonawców, użytkowników i miasto, w którym się znajduje. Dla mnie takim przejawem bezguścia i tandety jest nasz Gargamel, czyli Zamek Przemysła, który ośmiesza i upokarza nas wszystkich. Wiedzieliśmy, że naszą szansą jest najwyższa jakość na wszystkich etapach projektu. Jasne było, że tylko tak może powstać obiekt, z którego na końcu wszyscy poznaniacy będą dumni. To się powiodło: projektanci spisali się na medal, Michał Włodarczak, który był szefem budowy, dopilnował szczegółów i detali, znaleźliśmy super partnerów po stronie firm budowlanych. Najlepiej spisał się Tomek Nowicki, który zrobił elewację. Jest unikalna, bo po raz pierwszy na świecie zastosowano taką technologię. To poznańska firma i przez to ten budynek jest jeszcze bardziej nasz, poznaniaków. Dzięki temu mam przekonanie, że ten budynek będzie nas zmieniał, bo jak twierdził Zygmunt Bauman, architektura nas zmienia. Tworząc wyjątkową architekturę zmieniamy oblicze miasta, ale też i ludzi w nim mieszkających. Przykładem jest Bilbao, które z prowincjonalnego miasteczka stało się rozpoznawanym w świecie miastem, kojarzonym z nowoczesnym muzeum Guggenheima. Mieszkańcy, na których patrzy z zainteresowaniem świat, dumni z tego projektu nabrali śmiałości, ruszyli na podbój Europy. Sukces i duma dodają skrzydeł, a kicz i tandeta onieśmiela i upokarza.

Bałtyk pokazuje, kim chcemy być i to jest komunikat skierowany do wszystkich, którzy tu przyjadą, ale i do poznaniaków: nie lękaj się marzyć, zrób, stać cię na wszystko. Dzisiaj już wiemy, że się powiodło. Dobrze w tym budynku czują się najemcy. Praktycznie cała powierzchnia jest już wynajęta. Ci ludzie już cieszą się na pracę w tym miejscu, bo ten gmach i sąsiedztwo Concordii oraz podwórko, które nazywa się Przystań zmieni także ich i ich życie. To będzie tętniące energią i pasją miejsce. Ważny fragment nowoczesnego, optymistycznego, wolnego miasta Poznań.

Czy jest coś, co by Pan zmienił w Poznaniu?

W pierwszej kolejności dworzec kolejowy. To jest wstyd. Ludzie myślą, że myśmy zwariowali. Ktoś, kto do Poznania przyjeżdża z przekonaniem, że jest to mądry, zaradny naród, racjonalna Wielkopolska, jak widzi ten dworzec, to myśli, że wysiadł nie w tym mieście. Żeby przejść np. na peron 4 czy 5, to najlepiej mieć GPS. Wszystko podporządkowane galerii handlowej. To zmieniłbym od razu.

O czym dzisiaj Pan marzy?

Mamy kilka ciekawych planów biznesowych. Dla mnie marzenia są raczej projektami, które mogę zrealizować. Jak się zmobilizuję, znajdę partnerów, to wszystko jest możliwe. Trzymam kciuki, żeby mojej córce Ewie udało się we Wrocławiu. Może uda się też zrealizować projekt w Krakowie.

Zwykle w biznesie jest tak, że przekazuje się firmę, kiedy coś się wydarzy: kłopoty zdrowotne, przekroczenie pewnego wieku. W Pana wypadku nic z tych rzeczy nie miało miejsca, a zdecydował się Pan oddać władzę. Dlaczego?

To była świadoma i przemyślana decyzja. Bałem się, że syn Piotr stworzy swoją własną firmę i nie będzie chciał nigdy przejąć mojej. Pokazałem mu, że w Vox jest potencjał i jeszcze przed nim daleka droga rozwoju, a Piotr chciał mieć poważne wyzwania, nie tylko odcinać kupony. To było dla nie ważne, bo nie chciałem więcej zarządzać Vox. Syn miał już 30 lat. Uznaliśmy, że najwyższy czas, żeby był samodzielny i żeby przestał być tylko moim zastępcą.

Jest Pan dumny z dzieci?

Bardzo. Z każdego z nich. Maria jest artystką, niezwykle wrażliwą osobą. Jest niesamowicie dobrą mamą, poświęca dzieciom bardzo dużo uwagi. Ewa jest błyskotliwa, inteligentna, zaradna i bardzo sprawna operacyjnie. Ma w sobie siłę i pasję. Piotra miałem okazję oglądać w różnych sytuacjach i zaimponował mi tym, jak jest kreatywny, operatywny, zaradny, jak szybko się uczy. Jest dzielnym facetem, który stawia sobie poważne zadania i nie lęka się świata.