fbpx

W tym roku obchodzi 40-lecie swojej pracy. Profesor Jacek Wachowiak jest kierownikiem jedynej w Wielkopolsce Kliniki Onkologii, Hematologii i Transplantologii Pediatrycznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Na jego oddziale leży 37 dzieci chorych na nowotwór. Codziennie walczy o ich życie, jednocześnie zbierając pieniądze na budowę nowego skrzydła szpitala, by zapewnić małym pacjentom i ich rodzicom godną opiekę i warunki.

ROZMAWIA: Joanna Małecka

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt: bonder.org

W szpitalu przy ulicy Szpitalnej w Poznaniu tłoczno. Pod głównym wejściem dwie karetki pogotowia Korytarzem, na pierwszym piętrze, spokojnie kroczą lekarze. Nie widać pacjentów. Po lewej stronie gabinet kierownika kliniki. Pukam. – Proszę zaczekać na korytarzu, teraz nie – informuje mnie pani w sekretariacie. Po kilku minutach drzwi otwiera sam profesor Jacek Wachowiak. – Proszę wejść i się rozgościć – uśmiecha się. – Mamy tu małe zamieszanie. Na samej górze szafy leży stos kartonów. – Jeszcze świeżutka, gotowa dokumentacja związana z budową nowej kliniki – dodaje.

Siadamy na kanapie. Profesor jest elegancko ubrany, na biurku leży sterta dokumentacji medycznej. Właśnie skończył kolejną konsultację.

Gdzie obecnie się znajdujemy?

Jesteśmy w jedynym ośrodku onkologii i transplantologii dziecięcej w Wielkopolsce, gdzie dyżur pełnimy 365 dni w roku, 24 godziny na dobę i robimy wszystko, by żadne dziecko z podejrzeniem choroby nowotworowej nie czekało na przyjęcie. Dziś staramy się je realizować na bieżąco, niestety czasem kosztem planowych przyjęć. Żeby to się mogło odbywać jeszcze sprawniej, konieczna jest budowa nowego skrzydła szpitala. Trzeba wiedzieć, że leczenie w onkologii dziecięcej jest długotrwałe, bardzo intensywne i związane z kolejnymi pobytami w klinice.

Jak trudne jest leczenie pacjentów onkologicznych?

Nie ma drugiego tak intensywnego leczenia w pediatrii, jak leczenie stosowane u dzieci z chorobą nowotworową. Póki co nie da się uniknąć objawów ubocznych związanych z zahamowaniem czynności szpiku skutkującym spadkiem odporności, niedokrwistością i małopłytkowością ze skłonnością do krwawień oraz z toksycznym uszkodzeniem narządów. Wszystko dlatego, że chemioterapia, która stanowi podstawę leczenia onkologicznego, działa na wszystkie komórki, także te zdrowe, stąd powikłania i potrzeba wysokiej jakości warunków pobytu: wyłącznie sal jednoosobowych ze śluzą, zapleczem sanitarnym dla każdego dziecka, z warunkami do stałego pobytu rodziców. My takich warunków dziś nie mamy.

Ale oddział jest po remoncie?

Tak, zrobiliśmy, co się dało. Wybudowaliśmy nowy oddział transplantologii, wyremontowaliśmy i zmodernizowaliśmy dwa oddziały onkologiczne, ale większość łóżek w oddziale dzieci starszych znajduje się w salach 4-osobowych, a w oddziale dzieci młodszych – 3-osobowych, na dodatek bez zaplecza sanitarnego. Ubolewam nad tym, że nie mamy warunków, które ułatwiałyby rodzicom wielotygodniowy, czy nawet wielomiesięczny pobyt przy dziecku. Jedyne, co możemy zaproponować, to krzesło pomiędzy łóżkami, małą kuchenkę. Nie ma nawet szatni. Już w 2009 roku, w dziesiątą rocznicę powstania Stowarzyszenia Dzieciaki Chojraki – Stowarzyszenia Wspierania Transplantacji Szpiku i Onkologii Dziecięcej, którym kieruję, doszliśmy do wniosku, że musimy wybudować nowe skrzydło szpitala, które gwarantowałyby bezpieczny pobyt i leczenie, a jednocześnie odpowiednie warunki pobytu rodziców. W nowym budynku zwiększyłaby się też liczba łóżek, a więc moglibyśmy przyjąć o ok. 1/3 więcej pacjentów.

Macie projekt, niezbędne pozwolenia. A środki?    

Nasz projekt został wpisany w jeden z trzech kluczowych priorytetów Urzędu Wojewódzkiego w zakresie ochrony zdrowia, jesteśmy też uwzględnieni w mapach potrzeb zdrowotnych opracowanych przez Ministerstwo Zdrowia i przyjętych 31 grudnia 2016 roku. Prognozuje się, że w ciągu najbliższych 15, 20 lat wzrost nowych rozpoznań i wznowień choroby w naszym ośrodku zwiększy się o 30 procent.

Z czego to wynika?

Trudno odpowiedzieć w sposób jednoznaczny, ponieważ wpływ na to ma wiele czynników. Jest to jakość środowiska, a więc powietrze, woda, żywność.

I przyjmiecie te wszystkie dzieci tutaj?

Żeby móc prowadzić ośrodek onkologii dziecięcej, trzeba mieć także odpowiednie zaplecze ambulatoryjne, szpital dzienny. Dziś służy do tego świetlica. Musi być odpowiednia diagnostyka cytofluorymetryczna, która ma znaczenie w precyzyjnej diagnostyce np. białaczek, będących najczęstszym nowotworem u dzieci. W przypadku guzów litych duże znaczenie ma wczesne wykrycie i leczenie operacyjne, zanim dojdzie do przerzutów. Żeby rozpoznać nowotwór musi być odpowiednia pracownia patomorfologii, która u nas pracuje w niezwykle trudnych warunkach. Pracownia cytofluorometrii znajduje się w byłym gabinecie stomatologicznym. A przecież my ścigamy się z czasem, więc musimy pracować w odpowiednich warunkach. W nowym skrzydle zaplanowaliśmy wszystkie pracownie, łącznie z rehabilitacją, która ma ogromne znaczenie przy guzach ośrodkowego układu nerwowego i guzach kości. W przypadku nowotworów niezwykle ważne jest też wsparcie psychologiczne. Proszę sobie wyobrazić rozmowę psychologa z pacjentem na sali czteroosobowej w obecności trojga innych dzieci i ich rodziców, bo tak to dzisiaj wygląda. Poza tym nie mamy gdzie spotykać się z  rodzicami, rozmawiać z nimi, szkolić ich. W nowym skrzydle oprócz pracowni jest zaplanowana salka seminaryjna.

Na jakim etapie jest budowa nowego skrzydła szpitala?

Mamy działkę, o tu, za oknem, szczegółowy projekt techniczny i wykonawczy ze wszystkimi niezbędnymi zgodami i pozwoleniami, czyli z punktu widzenia projektowego inwestycja jest gotowa do realizacji od zaraz. Kosztorys opiewa ogółem na 31 milionów złotych. Największe szanse uzyskania tych środków byłyby z programu WRPO 2014-2020, ale powinniśmy uzbierać ok. 4,5 miliona złotych 15-procentowego wkładu własnego. Na koncie stowarzyszenia mamy milion, a więc brakuje 3,5 miliona.

W jaki sposób stowarzyszenie pozyskuje środki?

Pomaga nam wiele życzliwych ludzi. Staramy się pozyskiwać fundusze z 1 procenta. Rozmawiamy z różnymi instytucjami. Nawiązaliśmy współpracę z Urzędem Miasta Poznania, a pan prezydent Jacek Jaśkowiak podjął walkę z Przemysławem Saletą, podczas której zebrano aż 250 tysięcy złotych na wspomniany wkład własny. Nie mogę nie wspomnieć, że od 12 lat wspierają  nas organizatorzy i uczestnicy Tennis Art Cup, za co na bieżąco kupujemy specjalistyczny sprzęt (m.in. automatyczne strzykawki, pompy infuzyjne, osprzęt do cytofluorymetru, ultrasonograf). Państwo Lisowie ze Środy Wielkopolskiej ofiarowali już cztery, jeśli nie pięć pomp infuzyjnych, i namawiają do tego innych. Polski Związek Łowiectwa, przy okazji dożynek, zbiera dla nas pieniądze. Ta lista jest bardzo długa. Darczyńcy przekazują na rzecz Stowarzyszenia od kilku tysięcy do nawet 1,5 miliona euro – akurat za tę kwotę ukończyliśmy budowę i wyposażenie oddziału transplantacji szpiku. Każda wplata ma swoją historię. Agencja Chigo zupełnie bezinteresownie buduje promocję naszego stowarzyszenia, którego ambasadorem jest Kasia Bujakiewicz, i to z jej udziałem został nakręcony spot promujący rozbudowę kliniki. Pani Dorota Raczkiewicz również od lat wspiera nasze działania. Przez rok pracownicy Volkswagena odprowadzali złotówkę ze swojego wynagrodzenia i wpłacali na nasze konto.

Najmłodszy pacjent, który trafił do kliniki?

To jednodniowy noworodek. W nowym skrzydle szpitala ma powstać stanowisko neonatologiczne, właśnie dla noworodków. Dwa do czterech razy w roku przyjmujemy noworodka z wrodzonym nowotworem. U tak małego dziecka leczenie onkologiczne jest szczególnie obciążające i wymaga doskonałych warunków hospitalizacji.

Jakie są szanse, że tak małe dziecko z tego wyjdzie?

Wszystko zależy od rodzaju nowotworu, ale każdy ma szanse. Większość udaje się uratować, ale tak jak wspomniałem, muszą być stworzone do tego odpowiednie warunki. Ponadto Europejska Karta Praw Dziecka w Szpitalu wyraźnie wskazuje, że hospitalizowane dziecko ma prawo do stałej obecności rodzica przy sobie. U nas w szpitalu mamy śpią na matach pod łóżkami, bo inaczej się nie da i bardzo chcemy to jak najszybciej zmienić.

Jak długo pracuje Pan z chorymi dziećmi?

Od 1977 roku. W tym roku mija 40 lat.

To bardzo trudna specjalizacja, bo nowotwór nie wybiera. Część Pana pacjentów udaje się wyleczyć, ale bywa, że dzieci odchodzą. Jak po tych 40 latach reaguje Pan na śmierć dziecka?

Największy nasz dramat to powikłania, zwłaszcza infekcyjne, które, nie daj Boże, mogą mieć przebieg zagrażający życiu dziecka będącego w remisji choroby nowotworowej. Dawno nic takiego nam się nie zdarzyło, ale – powtórzę – do tego potrzebne nam są odpowiednie warunki. Im one są lepsze, tym lepsze są rezultaty. Nie ma leczenia onkologicznego bez spadku odporności. Jest to leczenie bardzo obciążające. Druga sprawa – na szczęście jest stały postęp w onkologii, między innymi dlatego zostałem onkologiem dziecięcym, chociaż chciałem być tylko pediatrą. Uważam, że trzeba działać tam, gdzie jeszcze jest coś do zrobienia.

Ale jest to trudna specjalizacja…

Tak i wcale nie jest tak, że my obojętniejemy, że przechodzimy nad śmiercią do porządku dziennego. Wręcz przeciwnie, im dłużej pracujemy, tym bardziej przeżywamy przegraną walkę o życie dziecka. Nie ma nic gorszego niż śmierć dziecka, przed którym było całe życie.

 Ilu pacjentów ma Pan dziś na oddziale?

Dokładnie 37.

Ilu lekarzy?

Za mało. Młodzi lekarze są fantastyczni, mam wielu rezydentów. Chodzi o to, że powinny powstać nowe standardy dotyczące onkologii dziecięcej, które określałyby minima kadrowe – onkologia to jest coś na pograniczu intensywnej terapii. Żadnego z 37 hospitalizowanych dzisiaj pacjentów nie trzymamy tutaj bez celu, tylko u każdego z nich realizujemy kolejny etap leczenia onkologicznego. To znaczy, że u każdego z nich podłączone są strzykawki automatyczne, pompy infuzyjne i aparatura monitorująca. Leczenie w oddziałach Kliniki prowadzone jest przez siedem dni w tygodniu, 365 dni w roku.

Pamięta Pan swój najtrudniejszy przypadek?

Było ich wiele. Dziewczynka z Białegostoku, chorująca na aplazję szpiku, gdzie leczeniem z wyboru jest transplantacja komórek krwiotwórczych. W tym przypadku jeśli nie ma dawcy wśród rodzeństwa, zaczyna się od tzw. immunoablacji i to wykonał zespół kliniki w Białymstoku. Niestety nie było poprawy, a choroba zagrażała życiu. Znaleziono dawcę niespokrewnionego i skierowano dziewczynkę do nas. Przeprowadziliśmy transplantację, niestety z różnych powodów pierwsza się nie przyjęła, a więc wykonaliśmy drugą. Co ważne, pacjentka trafiła do nas z ciężką grzybicą płuc. Po kolejnej transplantacji nastąpiła reaktywacja zakażenia wirusowego, któremu uległa jeszcze przed wszystkimi zabiegami i rozwinął się chłoniak zlokalizowany w ośrodkowym układzie nerwowym o średnicy około 8 centymetrów. Był to jeden z pierwszych tego typu przypadków na świecie i trzeba było ustalić, jak to leczyć. Na naszym oddziale spędziła rok i ostatecznie udało się. Dziewczyna zdała maturę, dostała się na studia, a dziś działa w fundacji Mam Marzenie. Inna nasza pacjenta z okolic Poznania w 1998 roku musiała przejść transplantację. Wykonaliśmy ją, ale doszło do wznowy choroby i po raz pierwszy w Polsce zastosowaliśmy immunoterapię za pomocą infuzji leukocytów dawcy, czyli z krwi brata pobraliśmy limfocyty i podaliśmy je pacjentce. W czasie leczenia kontynuowała naukę, poszła na studia, dziś mieszka w Australii i urodziła dwoje zdrowych dzieci.

Czy dziś mamy problem z dawcami?

Zawsze najlepszym dawcą będzie brat lub siostra zgodna w zakresie antygenów zgodności tkankowej. Jeżeli ma się przynajmniej jednego brata lub siostrę istnieje 25 procent szans, że on będzie zgodny. Na szczęście od początku lat 90. rozwijają się w Polsce i na świecie rejestry dawców niespokrewnionych, w których do chwili obecnej zarejestrowano ogółem aż ok. 28 milionów dawców niespokrewnionych, dzięki czemu aż ok. 70% chorych nieposiadających zgodnego rodzeństwa może liczyć na znalezienie odpowiedniego dawcy niespokrewnionego.

Czego Panu życzyć, profesorze?    

Bardzo chciałbym zrealizować plany i wybudować nowe skrzydło onkologiczne przede wszystkim po to, aby każdemu dziecku z chorobą nowotworową, które trafia do naszej Kliniki zagwarantować największe szanse na wyleczenie. Każde nowe rozpoznanie nowotworu to kolejna bitwa, a my – zespół Kliniki – chcemy każdą z tych bitew wygrać.

 

Jak pomóc?

Pieniądze na rozbudowę Kliniki można wpłacać na konto:

PKO BP: 23 1020 4027 0000 1702 0031 2207

Dzieciaki Chojraki, Stowarzyszenie Wspierania Transplantacji Szpiku i Onkologii Dziecięcej Klinika Onkologii, Hematologii i Transplantologii Pediatrycznej UM w Poznaniu ul. Szpitalna 27/33, 60-572 Poznań