fbpx

Mówi o nich pieszczotliwie „staruszki”, ma ich kilkanaście, najstarszy obchodzi w tym roku 94. urodziny. Motoryzacyjne perełki, niektóre unikatowe na skalę światową – kupuje zardzewiałe, czasem nadpalone i przywraca im pełny blask. Kolekcji starych samochodów rodziny Roszkiewiczów spod Poznania nie powstydziłoby się żadne muzeum

Tekst: Michał Gradowski

Z zawodu jest energetykiem. Przez wiele lat marzył o tym, aby kolekcjonować stare samochody. Dziś w kolekcji ma kilkadziesiąt zabytkowych aut, m.in. takich marek jak Rolls-Royce, BMW czy Jaguar. Andrzej Roszkiewicz z rodziną ma jedną z najciekawszych kolekcji oldtimerów w Polsce, jest sekretarzem Królewskiego Klubu Rolls-Royce’a, a w Automobilklubie Wielkopolskim czynnie działa w Sekcji Pojazdów Zabytkowych. Jak spełniło się jego marzenie? – Zawsze podziwiałem starą motoryzację, niebanalne linie karoserii i eleganckie detale wykończenia. Nie mógłbym patrzeć na samochód tylko jak na środek transportu. Pierwszym autem, które trafiło do mojego warsztatu, było BMW 326 z 1937 roku. Tak rozpoczęła się przygoda, która trwa już od ponad 20 lat – wyjaśnia. 

Kabriolet z miejscem dla teściowej

Ta przygoda wypełniona jest rajdami, pokazami starych samochodów, ale przede wszystkim niezliczonymi godzinami spędzonymi w warsztacie. Pierwszy samochód Pana Andrzeja zagrał nawet w filmie – w „Tajemnicy twierdzy szyfrów”. Najcenniejsze eksponaty w kolekcji? – Rolls-royce z 1934 r. Być może jedyne takie auto na świecie. Wyprodukowane w Anglii jako limuzyna, w Australii w fabryce Rolls-Royce’a przekarosowano na kabriolet. Później przebyło jeszcze długą drogę, bo ja kupiłem je od Muzeum Rolls-Royce’a w Austrii. Jest bardzo charakterystyczne, bo ma tylko troje drzwi – opowiada Pan Andrzej. Bardzo cennym eksponatem w kolekcji jest także kupiony w Nowej Zelandii nash z 1926 r. Ten produkowany w USA samochód to kabriolet w wersji 2+2 – obok dwóch miejsc pod dachem są także dwa siedzenia rozkładane z tyłu auta, tzw. miejsca dla teściowej. Jednym z ulubionych aut w garażu właścicieli kolekcji jest również overland z 1923 r. – samochód z 4-cylindrowym silnikiem o mocy 27 KM, który rozwija zawrotną jak na tamte czasu prędkość 50 km/h. – Jak na możliwości ówczesnej motoryzacji to rewelacyjne auto, nawet w porównaniu z dzisiejszymi samochodami. Niezawodne, lekkie, minusem są może tylko hamulce jedynie na tylne koła – wyjaśnia kolekcjoner.

W garażu nie brakuje także nowszych eksponatów, takich jak Jaguar E serii II z 1969 roku czy Corvette’a Daytona z 1979 roku z prawie 6-litrowym silnikiem. – Syn mnie namówił, a teraz nikt nią nie jeździ, bo pali tyle, ile chce – żartuje. Wszystkie auta są sprawne i na chodzie, choć problemy z ubezpieczeniem „staruszków” są z roku na rok coraz większe.

Od Swarzędza po Nową Zelandię

Kolekcja starych samochodów rządzi się swoimi prawami. Nie ma tutaj

katalogów, w których szuka się brakujących eksponatów – chyba, że ktoś dysponuje nieograniczonym budżetem. Często decyduje przypadek czy szczęście. Czasem auto uda się kupić w bezpośredniej okolicy np. w Swarzędzu, a czasem, jak w przypadku nasha, trzeba je ściągnąć z drugiego końca świata. – Wiele aut upolowałem w czasie regularnych wizyt na bazarach w całej Europie. W ten sposób w Mannheim kupiłem np. Aero 18, bardzo rzadki samochód czechosłowackiej produkcji – mówi Pan Andrzej. – Pierwszego przedwojennego rolls-royce’a kupiłem natomiast w Szwecji. Jego pierwszym właścicielem, mam na to dokumenty, była żona Roberta Flaminga, jednego z najbardziej znanych finansistów na świecie. Woziła nim dzieci do szkoły – dodaje.

Akcja renowacja

Większość laików, którzy zobaczyliby stan niektórych starych aut kupowanych przez Andrzeja Roszkiewicza, uznałaby, że nadają się tylko na złom. Czasami odzyskiwane są dosłownie ze zgliszczy, z częściowo nadpaloną karoserią. – Kupuję tylko samochody do remontu. Kiedyś w Monachium nabyłem rolls- royce’a z 1959 r., z oficjalnego klubu tej marki. Po jakimś czasie zauważyłem, że lakier zmienił odcień i zaczął matowieć. Dopiero u lakiernika przekonałem się, że auto ma dorobione progi z żywicy. Dla mnie takie przeróbki są nie do przyjęcia. Zawsze poszukuję oryginalnych części. Zdarza się, że przez 1,5 roku szukam jednego reflektora – tak było w przypadku dixi, pierwszego samochodu wyprodukowanego pod marką BMW – mówi.

Taka renowacja może zająć nawet dwa lata. Auto jest rozbierane na części i przechodzi kapitalny remont. Pan Andrzej bierze na siebie najtrudniejsze zadanie – organizację pracy, zdobywanie części i nadzór nad mechanikami.

– Zwłaszcza w przypadku amerykańskich samochodów dokumentacji praktycznie nie ma. Muszę posiłkować się zdjęciami i informacjami od zaprzyjaźnionych kolekcjonerów. W starych rolls-royce’ach wykorzystywano np. niespotykane dzisiaj stopy metali. Renowacja każdego samochodu to ogromna porcja wiedzy o historii motoryzacji – wyjaśnia kolekcjoner.

Złote lata 30.

Andrzej Roszkiewicz i jego rodzina lubią nie tylko zabytkowe samochody, ale też klimat minionych czasów, odtwarzany np. w ramach Moto Classic Wrocław

w Zamku Topacz. Są stroje z epoki i elegancki bal. Dzięki rajdom i zlotom starych samochodów mógł też zwiedzić wiele miejsc na świecie i poznać ludzi, którzy pokazali mu swoje miasta od zupełnie innej strony, niż oglądają je turyści.

Ulubiony okres w historii? – To lata 30. Wtedy rozwój był namacalny, spektakularny. Zmiany były ogromne, każdy dzień przynosił coś nowego. Dziś w kolejnych modelach nowych samochodów jest właściwie tylko więcej elektroniki. Poza tym wszystko jest „podawane na tacy” i większość ludzi tak naprawdę nie wie, jak to auto działa, włączając w to szeregowych pracowników koncernów samochodowych, którzy montują jeden element. Specjalizacja w produkcji przyspiesza pracę, ale gdzieś po drodze gubimy też całościową wizję końcowego produktu – mówi.

Pan Andrzej zbiera też motocykle, rowery, w tym także dziecięce, ma stare młynki do kawy, radia, oryginalne angielskie kije do krykieta… Można by jeszcze długo wymieniać. W rodzinnych zbiorach jest także unikatowy eksponat związany z historią Poznania – 8-tonowy agregat prądotwórczy po byłym kinie Słońce, które istniało kiedyś przy placu Wolności, ale zostało zniszczone w czasie II wojny światowej. To jedno z największych kin w Europie mieściło wtedy 1600 widzów, a agregat był zabezpieczeniem przed przerwami w projekcji. Jego rozmiar był jak najbardziej uzasadniony – wnętrze kina oświetlało wtedy 3600 żarówek. Pan Andrzej chętnie zająłby się renowacją agregatu, który mógłby się stać świetną miejską atrakcją, ale brakuje chętnych na sfinansowanie tego przedsięwzięcia. Podobne problemy ma Muzeum Motoryzacji, które w latach 1996-2012 działało pod Kaponierą i do dzisiaj nie udało się go uruchomić w nowym miejscu. – To wielka strata dla miasta, w Niemczech muzeów motoryzacji z prawdziwego zdarzenia jest kilkadziesiąt – mówi Andrzej Roszkiewicz.

„Staruszki” rządzą

Niezapomniane chwile? – Rajd ze startem w Monachium przez 10 państw Europy, w sumie 4 tys. kilometrów, w którym zająłem 3. miejsce.

Wystartowałem w nim w 2001 r., z okazji 25-lecia niemieckiego klubu BMW, którego byłem wtedy członkiem. Kiedyś przeżyłem też dwie burze za kierownicą rolls-royce’a z 1936 roku. Ja byłem prawie suchy, ale moja pasażerka kompletnie mokra. Wbrew pozorom szyby dość dobrze chroniły nas przed deszczem, ale tiry zalewające nas wodą spod kół zrobiły swoje – opowiada Pan Andrzej. Jaka przyszłość czeka jego unikatową kolekcję? – Wspólnie z rodziną podjęliśmy decyzję, że dla niektórych aut znajdziemy nowych właścicieli. Już się na nie napatrzyłem, a nie jestem w stanie wszystkich użytkować. Jeśli ma się więcej niż pięć samochodów, trudno znaleźć wolną chwilę, żeby nimi regularnie jeździć. Każdy samochód, nawet taki, który ma prawie 100 lat, musi regularnie jeździć. A czas pracuje na ich niekorzyść, dlatego staram się jak najczęściej zapraszać przyjaciół i pożyczać im auta na weekendowe wypady – mówi kolekcjoner. – Młodzi ludzie nie przywiązują dziś wagi do historii samochodów. Liczy się nowoczesność, warunki techniczne, wyposażenie, prędkość. Prawda jest jednak taka, że nie ma większej różnicy czy auto ma 4 cylindry, czy 12. Kiedy wyjeżdżamy na drogę autem z 12-cylindrowym silnikiem nasze prawo jazdy wisi na włosku – dodaje. Jaka jest historia jego „użytkowych” pojazdów? – Moim pierwszym samochodem była DKW-ka. Długo jednak nią nie pojeździłem – zahaczyłem o tory na przejeździe kolejowym, cały kufer zgubiłem, a drewniana konstrukcja nie nadawała się do odbudowy. Później miałem jeszcze malucha, warszawę i moskwicza, a następnie już same marki zachodnie. Teraz jeżdżę Renault Captur, wygodny, mało pali, ale to nie to, co „staruszki”.