fbpx

W tym roku mija dziesięć lat od otwarcia mostu Biskupa Jordana, który ponownie połączył Śródkę z Ostrowem Tumskim. Mieszkańcy mówią, że właśnie dzięki tej inwestycji, która była początkiem rewitalizacji, dzielnica dostała drugie życie. Dziś jest najpiękniejszym zakątkiem Poznania, z malowniczymi knajpami, muralem, który obiegł całą Polskę i ludźmi – żywą historią tego miejsca

TEKST i ZDJĘCIA: Joanna Małecka

Gerard Cofta siedzi w kawiarni na parterze Bramy Poznania. W tle gra spokojna muzyka. – Dzień dobry Panu – witają się z nim kolejni pracownicy muzeum. Za oknem powoli płynie Cybina, widać kilku kajakarzy. Mężczyzna spaceruje z psem paląc papierosa. Przemiły, starszy pan spogląda przez okno delikatnie przeczesując włosy. Na stole leżą broszury i książki o Śródce. – Generalnie jak wychodzę z domu, to nie mogę do niego wrócić – uśmiecha się i rozkłada kartki ze zdjęciami Śródki. – To kogoś spotkam i się zagadam, to gdzieś zajdę. A teraz wykorzystałem moment, że żona wyszła i poszedłem załatwiać swoje sprawy. Zawiesza wzrok na moście Biskupa Jordana. – Widzę przyczółek, z którego w lutym 1952 roku spadł trolejbus. Most był oblodzony. Zginęło sześć osób – mówi i zawiesza głos. – Był przeładowany, wracali nim chórzyści. Na ratunek pośpieszył jeden z księży, który mieszkał tam w tym domu – pokazuje pierwszy dom za mostem. – Ukradli mu wtedy płaszcz. Kiedy Cybina była zamarznięta, można było jeździć po niej na łyżwach. I pod moim kolegą załamał się lód. A latem mieliśmy dwa kąpieliska: jedno na ciepłym rowku, tam za plecami. Na Zagórzu niepisanym szefem kąpieliska był pan Lewandowski. Tam była taka łagodna plaża. A po stronie Śródki były końskie doły.

To nie jest zwykły most…

Most Biskupa Jordana rozświetla piękne słońce. Czerwone przęsła, ścieżka piesza i rowerowa. W niedzielę jest tu cisza i spokój. Słychać śpiew ptaków i czuć wiosnę. Para siedzi na ławce trzymając się za ręce i spogląda w dół rzeki Cybiny. – Poznaliśmy się tutaj, Krzysztof jechał rowerem i prawie mnie potrącił. Miałam wtedy doła trochę. Straciłam pracę i wracałam tędy do domu – mówi Maria Malicka z Poznania. Krzysztof chwyta ją mocno za rękę. – Teraz masz mnie, a praca się znajdzie – odpowiada i całuje ją w czoło. Mateusz nerwowo przegląda kłódki zawieszone na moście. Na każdej wyryte imiona, że niby na zawsze. – Chciałbym tak jak oni, ale wiesz, nie udało się – mówi i przerzuca jedną za drugą. – Kurde, gdzieś tu była, muszę ją odczepić.

…bo jest początkiem nowego…

Czekam na Piotra oparta o przęsło. Przystojny, niebieskooki mężczyzna podskakuje ulicą Ostrówek. Zaraz za mostem znany z wykwintnych przysmaków Vine Bridge. Gerard Cofta zatrzymuje się na chwilę. – Kiedyś stało się tu po karpie na święta. Był też rzeźnik, po prawej stronie pracował elektryk, była cepelia, skład z obuwiem, dwóch szewców. Kiedyś jeden z nich poparzył się butaprenem – wspomina. – Widzi pani, nie mogę dojść do domu. Idąc dalej, w kierunku Rynku Śródeckiego wchodzimy do „Na Winklu”. Małgorzata Wałcerz, ładna, szczupła brunetka za ladą. – Na co macie ochotę? – pyta i uśmiecha się od ucha do ucha. W menu pierogi, takie z wody i pieczone. Spory wybór. – Sama nie wiem – mówię. Lokal ładnie urządzony, wygodne siedziska w oknach pozwalają zajrzeć w głąb Śródki. Na ladzie stoją świeże, czerwone róże. Pachnie mięsem i żółtym serem. – Mam propozycję, może spróbujecie różnych smaków, a potem powiecie, które najlepsze – rzuca Gośka i czeka na potwierdzenie. – OK, to poprosimy mieszane – odpowiadam. – I herbatę z cytryną. Siadam. W międzyczasie ktoś przychodzi i zamawia na wynos, w tle siedzi para zajadając pierogi z wody. Kiwają głową, że dobre. Na stole lądują trzy duże pieczone pierogi. Jeden włoski z pomidorami, drugi z pieczarkami i trzeci z mięsem. Do tego sos koperkowy. Są znakomite. – Smakuje pani? – pyta Małgosia. – Pewnie – odpowiadam i słyszę w tle: – Bardzo się cieszę .

– Będzie pani w kwietniowym „Prestiżu” – rzucam na koniec i płacę. – Tak myślałam, że skądś panią znam – przygląda mi się uważnie. – Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. Na zewnątrz delikatny wiatr rozwiewa włosy. Piotr patrzy na mnie i pyta dokąd idziemy. Odwracam się i raz jeszcze spoglądam na knajpkę. W głowie brzmią słowa pana Gerarda: Kiedyś był tu szewc, sklep motoryzacyjny, „Pokój z widokiem”. Dziś są pierogi. Spoglądam w lewo. Adres: Ostrówek 12. To najstarszy budynek na Śródce. – Muszę wrócić do pana Gerarda – mówię do Piotra. – Dobra, to ja sobie pochodzę, a Ty załatw swoje.

…choć nadszarpnięty zębem czasu…

Wracam do Bramy Poznania. Gerard Cofta tłumaczy coś pracownikom. Siadamy ponownie przy stole. Nazywany jest „merem” Śródki. Ma 81 lat. Do dziś mieszka w tym samym pokoju, w którym się urodził, w kamienicy przy Rynku Śródeckim 1. Na 80. urodziny mieszkańcy i przyjaciele zrobili mu niespodziankę i po mszy świętej zaprowadzili do parku „jednego drzewa”. Okazało się, że jedyny stojący tam dąb nazwali jego imieniem. – Była tam tez tablica, ale dziś jej nie ma… Może komuś się nie podobała. Ja byłem wzruszony – mówi Gerard trzymając w ręku notes. – W ogóle powiem pani, że kiedyś na Śródce mieliśmy wszystko. Na rynku, którego dziś już nie ma, bo powstała Trasa Wyszyńskiego, jeździliśmy na hulajnogach, które miały kółka z metalowych łożysk i robiły dużo hałasu. Graliśmy w zośkę, a na placu przy Cybińskiej w palanta. W naszym śródeckim mieście były trzy piekarnie, rzeźnicy, restauracje, sklep meblowy – dokładnie tam, gdzie dziś jest poczta. – Kozłowski miał sklep z artykułami piśmiennymi. Gerard Cofta bierze głęboki oddech. Pokazuje pocztówki z lat 50., kiedy Śródka stanowiła jedną całość. – Na rynku stały stragany, był rzeźnik. W piątki przyjeżdżała gospodyni z koszyczkami z Kleszczewa. Stal słup ogłoszeniowy, cztery drzewa. Plac wybrukowany był cegłą klinkierową. Do dziś jedną z nich mam w domu. Na Rynku Śródeckim 9 mieszkał lekarz austriacki, który wiele zrobił dla mieszkańców. W głębi była fabryka pasty do butów Orion.

…jest symbolem Śródki…

Przed Bramą Poznania, obok mostu Biskupa Jordana malutka uliczka. Widzimy ją z okna muzeum. – W czasie działań wojennych była taka umowa pomiędzy stronami walczącymi, że rano i w godzinach popołudniowych nie będzie ostrzału, żeby ludzie mogli zaopatrzyć się w wodę. Chodziliśmy na ulicę Zaułek Katarzynki – dziś już jej nie ma, a kiedyś prowadziła do znajdującego się na Cybinie młyna sióstr katarzynek – Gerard Cofta zamyśla się. – Ale co ja będę pani opowiadał, już pewnie panią zanudziłem. Starszy pan, idealnie przystrzyżony, przypomina trochę mojego nieżyjącego dziadka. Też opowiadał o wojnie i mógł tak godzinami. I trochę poczułam się jakbym siedziała obok niego. – Ale jak pani chce, to jeszcze coś pani powiem. W czasie okupacji wszystko było na kartki. Ale u nas ludzie i bez kartek dostawali chleb. Naprzeciwko nas, pod 13/14, mieszkał pan Ewicz, który dwa razy w tygodniu zabierał kilka bochenków chleba, wkładał do teki i zanosił na Szeląg, gdzie pracowali Żydzi. Niemiec odwracał się, udając że nie widzi, a on wtedy zostawiał pieczywo w zaroślach. Odważny był, bo mógł zostać rozstrzelany. Ale ten Niemiec nie był taki zły.

…ze Śródeją…

Rynek Śródecki. Dziś zostało z niego tylko kilka kamienic. Pod piętnastką była fabryka musztardy. Pod siedemnastką Hyćka. Wchodzę. – Herbaty z hyćką? – słyszę od Marcina Sadowskiego, prezesa Stowarzyszenia Mieszkańców i Przyjaciół Środki Śródeja. – A, chętnie, odpowiadam. – Co wiecie o Śródce? – pytam. Przede mną siada Marcin i Zbysław Jankowski, wiceprezes stowarzyszenia. – Środka jest najstarszą dzielnicą Poznania. Powrót do jej świetności zaczął się w momencie tu mostu i połączenia środki z Ostrowem Tumskim. I okazało się, że obie te dzielnice stanowią bardzo fajnie uzupełniającą się całość, która może być świetną atrakcją turystyczną, kulturalną. Most spowodował, że nagle na Śródce pojawili się restauratorzy, ludzie chcieli tu działać. Rewitalizacja dzielnicy przyniosła też nowych mieszkańców. Niektórzy musieli się wyprowadzić, bo nagle znaleźli się właściciele kamienic i zrobili mieszkania na wynajem. I tak z ponad dwóch tysięcy rdzennych mieszkańców dziś mamy może z sześciuset.

…lokalnym handlem…

Na Śródce nie ma żabek, małpek, McDonald’sa. Pozostał lokalny handel, gdzie codziennie od 7 do 18 można zrobić zakupy. O to, by sieciówki nie zalały klimatycznej Śródki dba stowarzyszenie Śródeja. Wychodzimy z Hyćki. – Dzień dobry, witam – Marcin i Zbysław co chwilę kogoś spotykają: to sąsiada, to znajomych. Wszyscy mieszkają na Śródce. – Martwi nas jedna rzecz – mówią. – Miasto chce na terenie naszej dzielnicy, po drugiej stronie, wybudować zamknięte Osiedle Śródka. Mają tam stanąć szklane bloki, podobne do Polibudy. Kompletnie zburzy to dotychczasową koncepcję. Wystarczy chyba, że podzielono dzielnicę na północną i południową. Granicą jest ruchliwa ulica. I mieszkańcy nawet nie mają jak do siebie dojść. Proponujemy, aby zbudować tam coś, co uzupełni Śródkę. Niech to będzie kompleks nowoczesnych budynków, pasujących do tego co jest tutaj, a nie getto.

…muralem…

Stoimy w samym sercu Śródki, przed muralem, który obiegł już cały świat. Jest zatytułowany „Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle”. Odsłonięty 1 października 2015 zajmuje dwie ściany kamienicy: wschodnią od strony rynku (główna część) i północną od strony ul. Filipińskiej. Malowidło powstało w oparciu o zdjęcie pochodzące z lat 20. XX wieku. Kosztował prawie 40 tysięcy złotych. Tu nie ma polityki, nie ma wysokich bloków. – Ładny, prawda? – pyta Kasia, która właśnie wyszła z La Ruina, jednej z najpopularniejszy knajpek na Środce. – Taką dzielnicę widzimy i kochamy. Może ktoś kiedyś odtworzyłby te budynki? – zamyśliła się na chwilę. – A wie Pani, że to dzięki m.in. panu Gerardowi mamy ten mural? I most w sumie też. Bo my go tu kochamy, jak swojego dziadka. A tam jest najstarszy zakład, działający do dzisiaj – palcem wskazała ulicę Bydgoską.

..witrażami na Bydgoskiej…

Kiedyś na tej ulicy było prężenie firan. Bydgoska 5. Nad bramą napis: Pracownia witraży, na dole nazwisko Powalisz. Wchodzę. Za drzwiami stara klatka schodowa, nierementowana od lat. Do zakładu prowadzą strzałki. Znajduje się na samym końcu podwórza. Pukam. Otwiera wysoki, sympatyczny pan w okularach. – Piszę reportaż o Śródce, mogę wejść? – pytam, a mężczyzna uchyla drzwi. W starym zakładzie czas się zatrzymał. Po prawej stronie stoją drewniane stoły, na których leżą witraże. W tle piec. Na ścianie zakładki ze szkłem: kolorowe, przezroczyste, matowe. Na kartkach narysowane wzory do wykonania. – Nie zaproponuję herbaty, bo trochę się spieszę, a jak się z panią zagadam, to nie załatwię swoich spraw. Ale przetrę stół – uśmiecha się Jakub Bardoński, który prowadzi zakład wspólnie z żoną. Pracownię założył w 1936 roku Stanisław Powalisz. I tak przetrwała do dziś. Początkowo przy Bydgoskiej 2, dziś pod adresem Bydgoska 5. – Wykonujemy witraże do domów, obiektów sakralnych, użyteczności publicznej, bieżące konserwacje. Na podłodze stoją witraże z 1910 roku, do renowacji. Ich prace można zobaczyć m.in.: w katedrze w Gnieźnie, Pelplinie, kościele w Turku, Chojnicach, Rokitnie. – O, może być tancerka, kłosy, abstrakcje, pejzaż – Jakub Bardoński wyciąga kolejno witraże i wykłada na stole. – Mamy też coś specjalnego na urodziny, imieniny i inne okazje. Zawsze to niepowtarzalna pamiątka. Robi się cieplej, więc za chwilę zacznie się sezon. – Z szafki zdejmuje pudełka ze szkłem. – O, proszę zobaczyć, mamy tu różne rodzaje szkła, czego dusza zapragnie. A pod światło każde szkło wygląda inaczej. Piękne, kolorowe, mleczne, z wzorami. Idealne na dekorację okna, szafki, lustra.

Za szafką stoi Maria Powalisz-Bardońska, mama Jakuba Bardońskiego. Uśmiecha się. – Mama projektowała witraże – mówi i pokazuje kolejne rysunki. – A dziś tu stoi i zasłania pozostałości po zimie. Robimy to od lat i śmiejemy się, że podobnie jak mama, urodziłem się między szybkami. Wystawia mamę zza szafki. Uśmiechnięta, kartonowa kobieta, nagrodzona medalem za wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury chrześcijańskiej. – Niech pani przejdzie się na Rondo Śródka, kiedyś nie było tu takiego ruchu – mówi Jakub i zamyka za mną drzwi.

…Parkiem jednego drzewa…

Rzeczywiście. Siadam w parku „jednego drzewa”, naprzeciwko stacji benzynowej i dworca autobusowego. Kiedyś były tam: pierwsza fabryka Goplany, palarnia kawy Ira, fabryka makaronu, warsztaty naprawcze samochodów, centrali rybnej. Dziś, w dole, przy rzece mieszka para bezdomnych. Za plecami mam dwie szkoły muzyczne i Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niesłyszących w Poznaniu. W tym ostatnim kiedyś dzieciom na śniadanie serwowano, zgodnie z tradycją, zupę piwną. Nie, nikt nie był pijany, bo alkohol w trakcie gotowania odparowuje.

Pan z trafiki obok wyszedł na papierosa. Dąb, rosnący naprzeciwko mnie, nazwany imieniem Gerarda Cofty, wygląda okazale. Idę z powrotem w kierunku mostu, przeciskając się wąskimi uliczkami. Skręcam w prawo. Kiedyś na Filipińskiej było znane w całym Poznaniu Kino Malta. Dziś, przeniesione na Rybaki, zmieniło nazwę.

W drodze na most Biskupa Jordana spoglądam w niebo. Nad głową, na sznurkach przyczepionych do przeciwległych kamienic, wiszą koty. Pod knajpkami stoliki i krzesła, żeby przysiąść. Od strony Ostrowa Tumskiego powoli spacerują rodziny z dziećmi. – Dobrze, że mamy ten most – mówią kiedy mnie mijają. – A wie pani, ile nawalczyliśmy się o niego? – pyta nieśmiało Gerard Cofta. – Wspólnie z młodymi radnymi, mieszkańcami zebraliśmy siły i po wielu staraniach i walce udało nam się w końcu wprowadzić most do wieloletniego planu inwestycyjnego. Któregoś dnia prezydent Ryszard Grobelny podchodzi do mnie i mówi: no i masz panie ten swój most! I mamy ten nasz most – uśmiecha się i odchodzi.

…i Gerardem Coftą…

Dziś na Śródce nie ma hałasu, tanich lokali, rozrób. Jest cisza i spokój. Można tu wypocząć. W ciągu roku odbywa się tutaj Dzień Sąsiada, Wigilia Śródecka, są spotkania kulinarne, gotowanie na moście, grillowanie. W tym roku odbędą się koncerty jazzowe – pierwszy w Hyćce pod koniec kwietnia, zaplanowano dziesięć koncertów na moście, spotkania dla dzieci, koncert ziemi, festiwal dudziarski, akcję „Śródeckie Anioły”, wystawy prac rzeźbiarzy, malarzy. Na Śródce nie ma bałaganu, walających się butelek, jak na Starym Rynku. Na Śródce dziś nie ma zadymiarzy, w dole wędkuje starszy mężczyzna. Dziś jest Śródka, która w czasie działań wojennych miała być wysadzona w powietrze. Zgromadzono już nawet materiały wybuchowe, które częściowo rozłożono. Znaleźli się jednak pośród żołnierzy po prostu ludzie, ale nie tylko… Śródki nie wysadzono za namową jednego z jej mieszkańców, który przekonał komendanta, żeby zrobić coś innego. Materiały wybuchowe zebrano i zgromadzono w fabryce pasty do butów, gdzie zostały zdetonowane. Zniszczono jeszcze dwa budynki przy moście. Dzięki temu dziś mamy Śródkę.

Piotr podchodzi do mnie i obejmuje. – Już, wszystko załatwiłaś? – pyta. – Bo znalazłem fajne miejsce na kawę. Wpatrując się w dwie kamienice otwierające Śródkę, przed oczami wciąż mam żołnierzy, ostrzeliwanie, kolejkę po chleb, tramwaje kursujące po Rynku Śródeckim. – Hej, wszystko w porządku? – pyta Piotr. – Tak, przepraszam – mówię i spoglądam w jego niebeskie oczy. – Wiesz, że Śródki by nie było? – Jak to nie było? – No, po prostu, gdyby nie tata pana Gerarda nie byłoby Śródki. Zamiast zdetonować dzielnicę, wybuchła fabryka pasty do butów. – A, mówisz o tym starszym panu, z którym romansowałaś w Bramie Poznania? – Mówię, o legendzie tego miejsca, człowieku, który jest prawdziwy i kocha swoje miejsce na ziemi. Kocha Śródkę, bo ma ją w sercu. Wiesz o czym mówię? – Wiem, bo ja mam w sercu Ciebie…