fbpx

W gabinecie Rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza na ścianach wiszą portrety wszystkich dotychczasowych rektorów uczelni. Stojący zabytkowy zegar wybija dźwięcznie kolejną godzinę. Przez wysokie okna i witraż wpada tu dużo światła. Jest późne popołudnie, a JM Rektor jeszcze pracuje. Prof. Andrzej Lesicki jest biologiem, zoologiem i malakologiem, czyli badaczem m.in. ślimaków.

ROZMAWIA: Małgorzata Rybczyńska | ZDJĘCIA: Sławomir Brandt: bonder.org

Panie Profesorze, dla ogrodniczki-hobbystki ślimak to wróg publiczny numer jeden. Oczywiście darowuję tym nieproszonym gościom życie, ale nie są mile widziani w moim ogrodzie. A Pan zbiera ich muszle i twierdzi, że są interesujące.

Andrzej Lesicki: (śmiech) Muszę podkreślić, że badania mojego zespołu dotyczą z jednej strony białek umożliwiających przenikanie wody do komórek ślimaków, a z drugiej problemów klasyfikacji niektórych grup ślimaków płucodysznych. Ale wracając do Pani pytania, te zwierzęta są interesujące i piękne, zwłaszcza jeśli mówimy o muszlach. Szkodniki, które Pani ogląda w swoim ogródku, to najczęściej ślimaki nagie, które nie mają muszli albo mają ją głęboko ukrytą w swoim ciele. Nawiasem mówiąc zachęcam do wpisania hasła „pomrów błękitny” lub „Bielzia coerulans” do wyszukiwarki internetowej, by zobaczyć zdjęcia tego dużego, żyjącego m.in. w polskich górach ślimaka nagiego, kolorystycznie wyjątkowo atrakcyjnego. Natomiast jeśli pyta mnie Pani o kolekcjonerskie zainteresowania, to dotyczą przede wszystkim muszli ślimaków morskich. Ich piękno odkryto już setki lat temu. Na przykład powstało wiele obrazów, gdzie w ramach martwej natury pojawiały się muszle ślimaków i ich piękno było, tak czy inaczej, odwzorowywane. Są całe kluby kolekcjonerskie, cały przemysł wymiany i handlu muszlami, co zresztą mnie, jako biologa niekoniecznie cieszy. Muszle są wytworem żywych ślimaków, które są niekiedy przez łowców niszczone tylko po to, żeby zdobyć piękne okazy dla kolekcjonerów. W Polsce ślimaków morskich prawie nie ma, a już na pewno nie ma tych, które mają atrakcyjne muszle. Są natomiast lądowe, których atrakcyjność muszli może jest mniejsza, ale też gotów byłbym bronić tezy, że i w nich jest uroda. Dla przykładu, skorupki występujących u nas wstężyków cechuje wielka różnorodność ubarwienia. Skorupki innych gatunków mają wysokość ledwie jednego, dwóch milimetrów. Taka skorupka tylko oglądana pod specjalistycznym sprzętem, binokularem, ujawnia piękno bogatej ornamentacji. Gołym okiem niewiele widać, bo w ogóle takiego ślimaka trudno zauważyć.

Ta bogata kolekcja muszli powstała podczas realizacji Pana drugiej pasji, a więc podróży?
Skłamałbym twierdząc, że kolekcja powstała podczas podróży. Działalność kolekcjonerów doprowadziła do tego, że istnienie wielu gatunków ślimaków uważane jest za zagrożone, a jest to jedna z najliczniejszych w gatunki grup zwierząt na świecie. Dlatego wiele państw zakazuje wywozu muszli. Oczywiście wiele skorupek ślimaków lądowych występujących w naszym kraju sam zebrałem w czasie wędrówek po Polsce.

Wróćmy do samych ślimaków. Na Morasku spotkał Pan takiego osobnika, który nie powinien tam spacerować.
To prawda, wracając z pracy w Collegium Biologicum na Morasku zauważyłem taki okaz ślimaka, który mnie zainteresował, bo nie był mi znany. Zabrałem go ze sobą i zaczęliśmy się mu przyglądać w laboratoriach. W pierwszej chwili został zidentyfikowany jako gatunek ślimaka, który był już w Polsce wcześniej notowany. Dopiero głębsze badania porównawcze pozwoliły stwierdzić, że ten gatunek – występujący na Bałkanach – w naszym kraju dotąd był niespotykany. Podkreślam, nie jestem odkrywcą gatunku, jak to czasem czytam, ale odkryłem jego występowanie w Polsce, i to na Morasku, chociaż dzisiaj wiemy, że rozprzestrzenił się po wielu rejonach kraju.

Pokazuje Pan ślimaki wnuczkom?
Moje wnuczki bardzo chętnie zbierają wszelkie ślimaczki, które znajdują w przydomowym ogródku. Cieszą się, kiedy ślimak „pokazuje rogi”, czyli tak naprawdę charakterystyczne dla ślimaków oczy, które ulokowane są często na wysuwanych czułkach. Kiedy ślimak wydobywa swe ciało ze skorupki, to rozgląda się po świecie i wtedy te wysuwane czułki są dla dzieci wielką frajdą.

Tych kolekcji w Pana życiu było bardzo dużo, bo od dzieciństwa zawsze coś Pan zbierał.
Tak to prawda, tylko o wszystkich mógłbym mówić, że to byłe kolekcje. Jeśli nawet istnieją przechowywane na półkach, to już nie mam czasu, żeby do nich zaglądać. Nawet jeśli chodzi o skorupki ślimaków. Wiele z nich jest jeszcze nieskatalogowanych, nierozpoznanych. Zebrane w różnych miejscach świata czekają, kiedy będę mógł spokojnie przez kilka godzin zająć się rozpoznaniem tego, co w tych fiolkach się znalazło.

A kiedy ostatnio miał Pan Profesor czas włączyć jedną z trzech tysięcy płyt Beatlesów, które stanowią kolejną kolekcję w Pana zbiorach?
Hmm…, chyba w czasie świąt Bożego Narodzenia była ostatnio chwila oddechu na słuchanie płyt…Tej najnowszej, wydanej w listopadzie 2016 („The Beatles Live at the Hollywood Bowl”).

Jak stał się Pan fanem czwórki z Liverpoolu?
Moje pierwsze spotkanie z Beatlesami dokładnie pamiętam. Było to w szkole podstawowej (a była to – jak wielu już o mnie wie – szkoła chóralna Jerzego Kurczewskiego), po zajęciach praktycznych. Dzisiaj nawet nie pamiętam, czy te lekcje tak się wtedy nazywało. Nauczyciel miał magnetofon, i zatrzymał mnie i kilku chórzystów. Puścił nam piosenkę z taśmy. To była From Me To You. Słuchaliśmy wielokrotnie tej piosenki. I od tego momentu zacząłem sam szukać w radiu piosenek Beatlesów. Tak zaczęła się ta fascynacja. Poza tym miałem w Wielkiej Brytanii krewnego, brata mojej babci. Przez lata z nim korespondowałem, od czasu do czasu dostawałem płyty i tak zaczęła się tworzyć ta kolekcja. Cieszy mnie, gdy słyszę, że i dzisiaj są wśród młodych ludzi entuzjaści muzyki Beatlesów. Tylko że dzisiaj można posłuchać w tym samym czasie „Love Me Do” i „Let It Be”, czyli pierwszego i ostatniego przeboju (ich premiery dzieli okres prawie ośmiu lat). Moi rówieśnicy wzrastali razem z zespołem i każda nowa płyta była rzeczywiście nowością, tylko nam dane było przeżywać jej ukazanie, doceniać nowatorstwo, nowe brzmienia i pomysły techniczne.

Dziś ma Pan ponad dwa tysiące płyt winylowych Beatlesów. To jest coś!
Pewnie tak, ale wcale nie wiem, czy ta kolekcja, która mi sprawia frajdę, jest czymś szczególnym. Są na pewno w Polsce większe, może atrakcyjniejsze? Dziś Beatlesów słucham rzadziej, ale muzyka jest cały czas obecna w moim życiu. Teraz częściej słucham muzyki klasycznej, zawsze lubiłem też jazz. Często bywam na koncertach, ostatnio słuchałem w auli wokalistki zespołu Clannad, Moya’i Brennan, a także naszej poznańskiej filharmonii wykonywującej symfonie Mendelssohna.

Zapytałam o ten czas wolny, bo chyba ktoś, kto zarządza 50-tysięczną wspólnotą studentów i pracowników uniwersytetu ma go niewiele. A do tego prowadzi Pan nadal zajęcia ze studentami. Pewnie obecność jest stuprocentowa…
Tego nie wymagam. Nawet nie wiem, czy oni zdają sobie sprawę z tego, bo ja nie podkreślam, że jestem rektorem. Jestem nauczycielem akademickim i jako taki podlegam dziekanowi. Jestem otwarty na pytania, uwagi i jak widzę, studenci z tego korzystają. Także za pomocą poczty elektronicznej. To ułatwia pracę.

Wiele się mówi na temat tego, jacy są dziś studenci.
Ja myślę, że w jakimś sensie studenci niespecjalnie się zmieniają. Oczywiście współczesność to nowe technologie, ale wciąż dla studentów są to lata młodości. A z nimi związane jest coś, co bym nazwał taką młodzieńczą fantazją, czasem skłonnością do szaleństw. To jest cecha młodzieży. Warto o tym pamiętać, że młodzież taka była i taka, mam nadzieję, będzie. Zawsze byli studenci bardziej zainteresowani, bardziej sumienni, bardziej angażujący się i tacy, którzy naukę lekceważyli i nie specjalnie się do niej przykładali. Czasami jednak ci z pozoru mniej zainteresowani stają się świetnymi badaczami. Młodzież jest nadal świetna. To są ludzie bardzo często wiedzący, czego chcą, mający sprecyzowane oczekiwania. Spotykam się ze studentami nie tylko na zajęciach, ale także z członkami samorządu czy studentami z niepełnosprawnością. Wszystkim staram się, jako rektor, zapewnić dobre warunki do studiowania.

Panie Rektorze, to może być szczególny rok dla przyszłości szkolnictwa wyższego w Polsce. Trwają prace nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym. Przed czym przestrzegałby Pan autorów ustawy, a do czego namawiał?
Nie wiem, czy mam do tego prawo… Przestrzegałbym przed opieraniem się li tylko na opinii uchodzących za wszystko wiedzących ekspertów, przed stwarzaniem iluzji szerokiej dyskusji, podczas gdy ustawa przygotowywana będzie w myśl założeń politycznych w zaciszu ministerialnych gabinetów. Szkolnictwo wyższe i nauka w Polsce wymagają reform, ale to zbyt poważne zadanie, by miało przynieść rozwiązania budzące powszechny sprzeciw i brak akceptacji.

Rektor jest najważniejszą osobą na uniwersytecie. W ważnych chwilach wkłada purpurową togę z peleryną z … właśnie: z gronostajów czy królików?
miech) Strój rektora stanowią purpurowe toga, czworograniasty biret i rękawiczki, a także pelerynka (zwana też mucetem). Zdradzam tajemnicę – są dwie pelerynki. Ta oryginalna jest gronostajowa, ale są czasami wyjazdowe uroczystości i wtedy stosuje się wariant B.

Do togi z peleryną dochodzą insygnia. Czy trudno się w stroju tym poruszać?
No cóż, toga nie ułatwia chodzenia, zwłaszcza po schodach, a w gorące dni mucet jest dodatkowym balastem. Insygnia, o których Pani mówi, to trzy elementy: łańcuch, berło i pierścień rektorski, który jest niezmiernie rzadko zakładany. Występowanie w ceremonialnych strojach to tradycja akademicka i dla mnie jest oczywiste, że w pewnych okolicznościach należy wystąpić w rektorskim stroju. Statut uniwersytetu wręcz wskazuje uroczystości, w trakcie których ten strój obowiązuje.

Rozmawiamy w oficjalnym Gabinecie Rektora i byłabym zapomniała o jeszcze jednej Pana pasji, którą widać w roboczym gabinecie. Rzadko kiedy zdarza się, żeby tak piękne kwiaty doniczkowe stały w miejscu, w którym pracuje mężczyzna.
Cóż ja mogę na to powiedzieć (śmiech). Nie wiem, czy rzadko się zdarza, ale faktycznie na parapecie mojego gabinetu stoją kwitnące storczyki. Kolekcjonuję je ze względu na piękno ich kwiatów. Mam w domu około 80., oczywiście jak wszystko u mnie, zewidencjonowanych okazów. Nie są łatwymi w hodowli kwiatami. Są wybredne, jeśli chodzi o wilgotność, temperaturę. Cieszy mnie gdy storczyk, który mam, sam zakwitnie, a nie gdy kwitnący kupiony jest w kwiaciarni.

Rozmawia Pan z nimi?
Nie, takich „ciągotek” nie mam (śmiech).