fbpx

W tym roku obchodzimy 500-lecie Cechu Cyrulików i Barberów w Poznaniu. Zawód zapomniany, pomijany do niedawna przez wszystkich, a pożądany, czyli fryzjer męski – przeżywa prawdziwy renesans. Doskonale wie o tym Adam Szulc, który od trzydziestu lat strzyże mężczyzn. Terminy ma zajęte na kilka miesięcy naprzód. W jego zakładzie na Starym Żegrzu drzwi się nie zamykają

ROZMAWIA: Joanna Małecka | ZDJĘCIA: Katarzyna Gajdzińska

Rzemiosła uczył się od najlepszych, od autorytetów, o które dziś tak trudno. Nie znosi lenistwa i pseudobarberów, którzy nie szanują klienta, nie mają etyki zawodowej i nastawieni są tylko na zarobek. W zakładzie na Żegrzu pierwszy klient pojawia się o 5 rano. W kolejce czeka już kilku kolejnych panów. Adam Szulc ubrany jest w skórzany fartuch i strzyże. Obok Joasia, która również barberuje, odbiera telefony i zapisuje na następne miesiące. W tle gra muzyka, w salonie stoją charakterystyczne atrybuty barbera. Siadamy na zapleczu, na starych fotelach fryzjerskich. Adam Szulc przeczesuje długą brodę. Ma szczere spojrzenie, a kiedy się uśmiecha, w kącikach oczu pojawiają się drobne zmarszczki. Na ścianach wiszą zdjęcia fryzur męskich.  

Jak długo zapuszczał Pan brodę?
Trzy lata. Najdłuższa, jaką miałem kiedykolwiek.

Wygląda Pan trochę jak Święty Mikołaj.
Ale Mikołaj budzi pozytywne skojarzenia, więc na razie nie będę jej golił (śmiech).

Kim dziś jest barber?
Przede wszystkim fryzjerem męskim i cały czas tą samą osobą co przed stu czy dwustu laty, czyli potrafi dobrze ostrzyc, zaprosić klienta do swojego miejsca, ma etykę zawodową, umie dobrze golić, umie porozmawiać, jest dobrym organizatorem i psychologiem. Podsumowując: barber jest kimś, kto potrafi zadbać o sferę włosów i atmosferę pomiędzy dwoma facetami. Pełni rolę trochę powiernika, jest rzemieślnikiem, który umie z pasją opowiadać o swoim zawodzie. To zawód trochę zapomniany, zgubiony gdzieś po drodze, przez wszystkie reformy, kłótnie w organizacjach fryzjerskich, izbach rzemieślniczych. Ale mimo tego barberzy jeszcze się uchowali, stąd mamy teraz od kogo czerpać.

Dziś barber kojarzy się z kimś, kto tnie brody i to tyle.
To jest tak, że w latach 80., kiedy zaczynałem naukę, było kilkuset fryzjerów męskich i każdy z nich potrafił zrobić to samo: na bardzo wysokim poziomie potrafił strzyc, golić, znał całą etykę tego rzemiosła. Przez ostatnie lata trochę o nas zapomniano. Boom nastąpił w 2014 roku, kiedy pojawiła się moda na brodę i jak grzyby po deszczu zaczęli wyrastać barberzy. Wiele tego typu zakładów otwierali ludzie bez przygotowania, którzy strzyc nauczyli się z YouTube’a. I nagle okazało się, że my, prawdziwi barberzy, też tu jesteśmy, że można się od nas czegoś nauczyć, przeszkolić się u nas.

W 1999 roku fryzjer męski zniknął z listy zawodów i został tylko fryzjer, który w założeniu ma robić wszystko. A to – jak pokazuje doświadczenie – niestety się nie sprawdza, bo nie można być dobrym we wszystkim. Kiedyś fryzjerstwo było rozdzielone na damskie i męskie. To są dwa różne zawody, z różnymi korzeniami, z inną historią, różniące się wszystkim. I przez to pomieszanie mamy mnóstwo pseudofryzjerów, jak w programach typu „Afera fryzjera”, czy „Ostre cięcie”, gdzie oglądamy tę bylejakość, wynikającą przede wszystkich z błędów w systemie edukacji. Podręczniki przygotowywane są bardzo źle, w szkołach zawodowych nie uczy się prawdziwego rzemiosła. Dziś ważne jest sprzedawanie kosmetyków klientom i zarabianie pieniędzy. To nie dla mnie. Uważam, że najważniejszy jest klient, który przychodzi do mnie i oczekuje dobrej usługi, atmosfery, fajnego wnętrza, pogadania, czasem wyżalenia się. Wiemy o sobie bardzo wiele, czasem słuchamy głośnej muzyki i żadna pani z wałkami nie zwraca nam uwagi, że jest za głośno. Nikt nikogo się nie krępuje. Poza tym faceci mają swój świat i nie może być on wymieszany z damskim – mówię oczywiście o lokalu fryzjerskim.

Ma Pan swój autorytet?
Tak, jest to mój były szef, pan Grzegorz, który przez wiele lat pracował na Ogrodach. Zresztą znam wielu fryzjerów męskich, którzy są dla mnie wyznacznikami tego, jak ten zawód powinien wyglądać: w ciszy, pokorze, po poznańsku – pracowicie. To jest normalna, codzienna praca, która po latach urasta do rangi czegoś nadzwyczajnego – rzemiosła, czyli czegoś, czego już nie ma. I to jest zasadnicza różnica pomiędzy fryzjerstwem męskim a damskim. Kobiety oczekują od fryzjera ciągłego zaskakiwania, a facet wchodzi i chce, żeby było tak jak zawsze. Dla nich ważne jest to, że przychodził tu dziadek, ojciec, on sam przychodził z tatą, ma swój fotel i swojego fryzjera. Zresztą mam wielu klientów, którzy przychodzili do mnie z rodzicami, a dziś są dorośli i wciąż korzystają z moich usług. Tradycja dla mężczyzn jest bardzo ważna.

Pana zdaniem zawód fryzjer męski jest dziś zapomniany?
Może trochę. Ja jestem nauczony prawdziwego rzemiosła. Klimat, zachowanie się ludzi w salonie to jest coś, co funkcjonowało w XVIII czy XIX wieku i trwa do dziś, zwłaszcza w małych miejscowościach. I oni robią swoją robotę, a mieszkańcy wiedzą, że tam od lat strzyże pan Jurek, a obok pan Marek, który pracuje w swoim zakładzie niezmiennie od trzydziestu lat. To jest właśnie naturalne w zawodzie fryzjera męskiego, że przechodzi z ojca na syna, że potem ty idziesz na emeryturę, a twoją pracę kontynuują dzieci. I to jest piękne. Powoli, codzienną, mrówczą pracą zostajemy zauważeni.

Ma Pan syna?
Trzech.

Przejmą zakład?
Jeden już terminuje. Pozostali jeszcze są za mali, ale ćwiczą w domu i jeżdżą ze mną na pokazy.

Czy to, że nie mamy dziś dobrych szkół fryzjerskich będzie dla nich barierą, bo nie będą mieli gdzie nauczyć się rzemiosła?
W Polsce nie ma ani jednej szkoły, która by dobrze systemowo przygotowywała do zawodu fryzjera męskiego. Tylko w Wielkiej Brytanii i Stanach są szkoły fryzjerskie dla barberów. Jest mnóstwo akademii prywatnych, komuś się coś wydaje, że potrafi, że umie nauczyć kodeksu pracy, zachowania przy kliencie, używania odpowiedniego sprzętu. W Polsce jeśli nie znajdziemy dobrego nauczyciela, praktyka, to niewiele się nauczymy. Moi synowie nauczą się więc pracy u mnie w zakładzie.

Kiedyś fryzjerstwo było podzielone na damskie i męskie. To są dwa różne zawody, z różnymi korzeniami, z inną historią, różniące się wszystkim. I przez to pomieszanie mamy mnóstwo pseudofryzjerów, jak w programach typu „Afera fryzjera” czy „Ostre cięcie”, gdzie oglądamy tę bylejakość, wynikającą przede wszystkich z błędów w systemie edukacji

Nie ma Pan wrażenia, że dziś etyka zawodowa to prehistoria i nikt nie zwraca na to uwagi?
Mam takie wrażenie. Jeżdżę po różnych szkołach zawodowych, robię darmowe pokazy i widzę, że większość z tych uczniów uczy się tego zawodu, bo rodzice stwierdzili, że z tego będzie kasa, że na tym da się zarobić. Może i będzie, bo ze wszystkiego może być, tylko rób to z pasją, z miłością, bo to lubisz, a nie chcesz tylko na tym zarobić. To tak nie działa. Jeśli chodzi o etykę, to obserwujemy ogólne schamienie społeczeństwa, więc to nie dotyczy tylko fryzjerów. A z drugiej strony mam żal do nauczycieli tego zawodu, że nie uczą szacunku do rzemiosła, pewnych zachowań wpisanych w kanon fryzjerstwa. I teraz ważne jest to, do jakiego zakładu trafi uczeń. Jeśli znajdzie dobre miejsce i jest cierpliwy, ambitny, odpowiedzialny i konsekwentny, da radę. Jeśli trafi źle i do tego jest śmierdzącym leniem, nic z tego nie będzie. Ile razy słyszałem od dziewczyn, które przychodziły na praktyki, że wybrały ten zawód, bo fryzjerka dostaje duże napiwki. I to był argument. Owszem, może dostawać, ale nie musi, bo jeśli ktoś chce dać napiwek, to da, ale to nie może być przyczyna wyboru zawodu!

Dużo ma Pan chętnych na praktykę?
Tak, ale przestałem przyjmować. Nie mogę ze względu na obostrzenia MEN-u, ponieważ jako jedna osoba mogę mieć tylko trzech uczniów. Niestety nie jest łatwo trafić na kogoś dobrego. I nie mówię tu o ludziach, którzy mają nadprzyrodzone umiejętności. Ja szukam osób z pasją, które nawet mogą nie mieć talentu, mogą mieć dwie lewe ręce.

Nauczy ich Pan?
Oczywiście, bo oni chcą się nauczyć. I wolę pracować z takimi osobami niż z leniami, którzy może coś wiedzą, ale im się nie chce. Takie osoby w ogóle są niepotrzebne w tym zawodzie. W Poznaniu potrzebujemy odpowiedzialnych rzemieślników, którzy będą pracować od podstaw, sumiennie, po poznańsku. Tylko taka praca powolna, organiczna, spokojna przynosi największe efekty.

Dziś obserwujemy wysyp barberów. Zakłady są praktycznie na każdej ulicy. Pana zdaniem to wynik mody, która się kiedyś skończy?
Nikomu źle nie życzę i oby trwali jak najdłużej, ale kiedy widzę, jak wszyscy meblują swoje zakłady fryzjerskie tak samo, nikt nie ma na to pomysłu, to jest dramat. Wstawia się różne elementy, żeby wyglądało „po barbersku”. Zakłady prowadzone od kilkudziesięciu lat, z tradycją, to są prawdziwi fryzjerzy męscy. To jest szczere, prawdziwe, po prostu widać tam miłość do tego zawodu, ogromną pasję i ciężką pracę, tak jak u nas.

Jest również nowe pokolenie pasjonatów w całej Polsce, barberów, fryzjerów męskich, którzy chcą się uczyć, rozwijać, rozumieją rzemiosło i kulturę zawodu, pracują dla dobra branży – życzę im jak najlepiej.

Jest Pan barberem z 30-letnim stażem. Zna Pan wszystkich swoich klientów?
(śmiech) Prawie. Czasem są zaskoczeni, że mimo długiej nieobecności wciąż ich rozpoznaję i pamiętam imiona. Miałem taką historię: facet wyemigrował do Warszawy, wraca po dziesięciu latach, staje w drzwiach, a ja mówię: „cześć Rafał”. Na co on do mnie zdumiony: „pamiętasz jeszcze jak mam na imię?” I na tym to polega.

To prawda, że ma Pan zapisy na kilka miesięcy naprzód?

Tak jest, rzeczywiście. W ubiegłym roku w czerwcu już trzeba było rezerwować termin na święta, bo nie było wolnych miejsc. Większość to stali klienci, a jakieś dziesięć czy dwadzieścia procent to nowi.

Kiedy zafascynował się Pan fryzjerstwem męskim?
Chyba to przyszło kiedy miałem cztery lata. Na jednej z imprez rodzinnych zapytano mnie przy stole, kim chciałbym być kiedy dorosnę. A ja odparłem: „fryzjerem”. Wszyscy się z tego śmiali. Goliłem żołnierzyki w wannie nożem i mydłem. Poza tym urodziłem się nad zakładem fryzjerskim. Pod nami, na Jackowskiego, byli Chojnaccy, gdzie moi rodzice mieli robione fryzury ślubne. A mój pokoik był nad działem męskim. Jakoś to na mnie przeszło (śmiech). Poza tym mój dziadek od strony mamy był fryzjerem w czasie wojny. Dowiedziałem się o tym w ósmej klasie szkoły podstawowej, kiedy miałem już złożone dokumenty do zawodówki. Sprzedał mi kilka sztuczek i podarował swoją brzytwę. Jego podpowiedzi były dla mnie bardzo ważne i do dziś je stosuję. W mojej rodzinie, zarówno ze strony mamy, jak i taty byli sami rzemieślnicy: kowale, rzeźnicy. Myślę, że gdzieś to przenika z krwią, że następuje coś takiego jak transfuzja pokoleniowa, chociaż moi bracia i kuzyni nie są rzemieślnikami. Przez całe życie wpajano mi, że rzemieślnik to jest ktoś. Uczyłem się poznańskości, tego, że jak coś robimy, to raz a porządnie i ciężką pracą dochodzimy do celu. I cieszę się, że w latach 80. rozpoczynałem naukę na Wyspiańskiego przy Arenie i na placu Waryńskiego na Ogrodach u dwóch starych mistrzów, którzy z kolei uczyli się od mistrzów przedwojennych.

Jak długo uczył się Pan zawodu?
Trzy lata chodziłem do zawodówki, potem trzy lata technikum. Trafiłem do naprawdę świetnych mistrzów, którzy potrafili związać mnie ze sobą, nauczyć porządnego rzemiosła. To były autorytety. Miałem takiego nauczyciela historii fryzjerstwa, nazywał się Stefan Siankowski, jeden z bardziej znanych fryzjerów w Poznaniu. Kładł duży nacisk na to, żeby poznać kulturę, tradycję, symbole i patronów. I to on zawsze powtarzał, że nie wystarczy strzyc, ale trzeba wgryźć się w temat.

Pamięta Pan swojego pierwszego klienta?
Tak, to był mój brat. Strzygłem go chyba z trzy godziny. Pociąłem sobie palce, drasnąłem w ucho. Kompletnie mi nie szło, byłem załamany. Fryzura, jaką mu zrobiłem pozostawiała wiele do życzenia. Miałem piętnaście lat.

Płakał?
Nie. Po prostu mi zaufał. I jakoś wyszło.

Strzyże Pan bezdomnych, działa charytatywnie. Po co Pan to robi?
Przynajmniej raz w miesiącu rezerwujemy sobie jeden dzień, kiedy robimy coś dla innych. Zapraszamy do nas chłopaków z zakładu poprawczego, dzieci niepełnosprawne, z domów dziecka, seniorów z domów pomocy społecznej. Jeździmy do szkól zawodowych robić darmowe pokazy i opowiadać o zawodzie. Nauczyłem się tego, kiedy jako uczeń pracowałem w spółdzielni fryzjerskiej. Każdy z nas, raz w roku, musiał na tydzień iść do zakładu na Kasprzaka, gdzie strzygliśmy z 90-procentową zniżką. Przyjmowaliśmy osoby chore, bezdomne, rencistów, ludzi po przejściach. Poza tym przez wiele lat grałem w zespołach rockowych, gdzie robiliśmy zbiórki dla osób potrzebujących, stawialiśmy mobilny zakład i strzygliśmy ludzi. Rok temu zmarł mój przyjaciel. Ciężko chorował na raka. Zbieraliśmy pieniądze na jego leczenie, robiliśmy różne akcje. To wszystko z potrzeby serca. Nie pomaga się po coś, dla pieniędzy. Czasem warto zrobić coś dla kogoś, oddać trochę siebie, bo to nas nic nie kosztuje, a uczy solidarności, pokory i wraca.

Myśli Pan, że w którejś z tych osób, której pomagacie, obudziła się miłość do fryzjerstwa męskiego?
Na pewno. Ostatnio, kiedy w grudniu odwiedziliśmy dzieci w domu dziecka, kilkoro z nich zadeklarowało, że chce to robić. I to jest najlepsza nagroda.

Kiedy zamknie Pan za sobą drzwi i przekaże zakład synowi?
Myślę, że w firmach rodzinnych, gdzie współpracownicy traktowani są jak rodzina, właściciel ma problem z tym, żeby odejść na emeryturę. Nie będzie mi łatwo. Na pewno będę przyjeżdżał i doglądał, wciąż podpowiadał. W końcu kiedyś ustąpię, chyba… może dam im jeszcze z piętnaście lat.