fbpx

Kilka tysięcy wolontariuszy, gwiazdy z pierwszych stron gazet w czerwono-białych koszulkach, wykłady dla dzieci, edukacja podczas imprez w całej Polsce. Dziś Drużyny Szpiku nikomu nie trzeba przedstawiać. Namawiają do oddawania szpiku i ratowania życia, opiekują się rodzinami, które w wyniku choroby nowotworowej straciły bliskich, odwiedzają chorych w szpitalach, organizują dla nich koncerty i spełniają marzenia. Na samym szczycie tej piramidy jest ona – Dorota Raczkiewicz – kobieta, która oddała serce swoim podopiecznym. Jest szefową, opiekunem, psychologiem, matką chrzestną i ojcem w jednym. Nie wyobraża sobie życia bez swojej Drużyny, wolontariuszy, małych pacjentów i problemów. I tak niezmiennie od dziewięciu lat.

ROZMAWIA: Joanna Małecka

Siedzę w Werandzie w Starym Browarze. Jest kilka minut przed godziną 12:00. Dzwoni Dorota: – Przepraszam, już dojeżdżam, daj mi jeszcze dziesięć minut. Z sufitu zwisają białe domki z papieru, kelnerka co jakiś czas pyta, co podać. – Czekam na gościa – odpowiadam. Szefowa Drużyny Szpiku pospieszne wchodzi po schodach na antresolę. Blondynka, średniego wzrostu, ładnie ubrana.  – Przepraszam, nigdzie nie mogę zdążyć – rzuca i zamawiamy latte.

Kilkanaście dni temu miałaś urodziny. Dostałaś ponad pięćset życzeń na Facebooku. Cieszysz się?
W sumie było ich prawie siedemset. Co roku mnie to zaskakuje. Wiem, że Facebook przypomina, są życzenia, bo zwyczajnie tak trzeba, ale mam świadomość, że większość z nich jest od serca. I bardzo za nie dziękuję, bo to jest dla mnie wielka radość. W ogóle urodziny to jakiś magiczny dzień i jeśli spełniłby się choć jeden procent z tego, co przeczytałam, to będę jeszcze bardziej szczęśliwa. Moi kochani wolontariusze na kręglach integracyjnych kilka dni temu zrobili mi niespodziankę: przygotowali ogromny tort w kształcie gór, które kocham i piękną bransoletkę z hasłem „Never give up”. Jestem szczęściarą, bo mam wokół siebie wspaniałych ludzi.

Chciałabyś, by któreś z nich spełniło się najszybciej?
Dużo mam takich, ale te najważniejsze to zdrowie, szczęście, nie pogardzę też kasą (śmiech). Uwielbiam życzenia od moich dzieci, które są dla mnie najważniejsze. W ogóle mistrzem składania życzeń jest moja córka Julia. Ona jak coś powie, to aż mam ciarki na plecach. A ja patrzę na to dwuwymiarowo, to znaczy fajnie, że trafiają do mnie dobre myśli i słowa, dobra energia, ale ważniejsze jest to, że każda z tych osób poświęciła chwilę na to, by życzyć, a ta chwila jest dla mnie. Jest to wielka wartość i nadzieja, że to co robimy, a mam na myśli Drużynę Szpiku, zasiało ziarenko i odcisnęło się w życiu tych ludzi.

Jesteś szczęśliwa?
Oczywiście. Może nie tak jakbym chciała, bo jest tysiąc rzeczy, które chciałabym zmienić, żeby być jeszcze bardziej szczęśliwą. Ostatnie kilka lat bardzo wiele mnie nauczyło, nabrałam ogromnej pokory do życia. I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Ci, którzy mnie znają, pewnie nie do końca wierzą w to, że bardzo zwolniłam, chociaż fizycznie wciąż jestem w biegu. Uczę się wyznaczać granice, bo chcę być też dla siebie i dla bliskich. A jeśli tego nie będzie, nie będę potrafiła dawać podopiecznym fundacji. Pod koniec ubiegłego roku zmarł mój bliski przyjaciel Mariusz. Pracowaliśmy prawie 20 lat razem w telewizji i zrobiliśmy kilka naprawdę dobrych materiałów. Jego śmierć była nagła, po prostu się nie obudził, zator płucny. Przeżyłam szok. Doświadczyłam wielu śmierci w ostatnim czasie, ale tym razem była to bliska mi osoba. Mariusz dzwonił do mnie kilka dni wcześniej, chciał się spotkać. A ja znowu coś miałam: paczki, zajęcia i powiedziałam mu, że jak tylko to skończę, to się zobaczymy. Nie zdążyłam. I wtedy pomyślałam sobie, że ja już tak nie chcę, że chcę wybierać w swoim życiu.

Śmierć przyjaciela była momentem przełomowym w Twoim życiu?
Na pewno zaważyła na moich decyzjach. To był strzał. Mariusz umarł tuż przed Bożym Narodzeniem. Święta były dla mnie bardzo refleksyjne, wyciszone. Na co dzień spotykam się ze śmiercią, która siedzi na ramieniu. Zawsze porównuję to do klasy maturalnej. Matura siedziała na ramieniu przez cały rok, chociaż życie toczyło się normalnie: chodziło się na imprezy, odrabiało lekcje, spotykało ze znajomymi. I tu jest bardzo podobnie. Życie się toczy, nasi podopieczni walczą, ale ta śmierć gdzieś siedzi na ramieniu. A śmierć zawsze przychodzi w nieodpowiednim momencie, z zaskoczenia, niechciana.

Ostatnie kilka lat bardzo wiele mnie nauczyło, nabrałam ogromnej pokory do życia. I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Ci, którzy mnie znają, pewnie nie do końca wierzą w to, że bardzo zwolniłam, chociaż fizycznie wciąż jestem w biegu. Uczę się wyznaczać granice, bo chcę być też dla siebie i dla bliskich.

Idzie się na to przygotować?
Myślę, że nie. To są momenty bardzo trudne, ale jeżeli człowiek podejdzie do tego mądrze, a widzę to po naszych wolontariuszach, to jest to wielowymiarowa lekcja. Uczymy się jak kruche jest życie, i że nie trwa wiecznie. A nam często wydaje się, że jesteśmy bogami. Nie jesteśmy, bo gdyby tak było, nie odeszliby Ania Przybylska, Steve Jobs, Patrick Swayze. Choroba porządkuje pewne rzeczy i uczy szacunku do tego, co mamy. A ja mam wspaniały dom, kochane dzieci, nie muszę spać pod łóżkiem w szpitalu, nie muszę bać się o najbliższych, jak te mamy koczujące miesiącami w różnych placówkach. Raz po raz warto się zatrzymać i oszacować nasze problemy, które często wyolbrzymiamy. Zdrowie jest najważniejsze. Magda, jedna z naszych wolontariuszek straciła syna. Dziś jest moją nauczycielką, która powiedziała: czasem największa miłość to pozwolić komuś odejść.

Można powiedzieć, że Drużyna Szpiku stoi na straży ludzkiego życia?
My jesteśmy orędownikami życia. Mówimy: walcz, żyj. Zresztą jest taka piosenka Dżemu, której często słuchamy na onkologii: „Żyj z całych sił, uśmiechaj się do ludzi”. Często mówię to do dzieciaków, przykładem jest Asia, nasza wojowniczka, która zmaga się z glejakiem.

Warto pomagać?
Pewnie, że warto. Z tym pomaganiem to jest tak, że nagle okazuje się, że to jest najbardziej egoistyczna rzecz, jaką możemy zrobić w życiu. Dlaczego? Dlatego, że jak pomagamy, to dostajemy tak dużo i tak wiele w nas się zmienia, że nasze życie staje się lepszym. Każdy powinien znaleźć swoją drogę, coś co pozwoli się wzbogacać. I to nie musi być Drużyna Szpiku, to może być schronisko dla zwierząt, walka ze smogiem czy ekologia. Życie jest bogatsze, kiedy pomagamy.

Biorąc pod uwagę liczbę wolontariuszy Drużyny Szpiku i osób, które chcą z Tobą działać, jest to swego rodzaju magia. Patrząc na początki fundacji, a na jak działa ona teraz, możemy mówić o instytucji, o wielkiej machinie, która działa w całej Polsce. Nadążasz za tym?
Właśnie po tych moich urodzinach rozmawiałam z Adamem, moim partnerem, o tym jak to się stało i kiedy był ten moment, że to tak wystrzeliło. I nie wiem, słowo daję. Wydaje mi się, że takie przełomowe były ostatnie dwa lata. Często dziennikarze pytają mnie jak to jest, czy trudno jest pozyskać gwiazdy do tego projektu itd. A ja odpowiadam, że nie, bo to jest właśnie ta idea, to ratowanie cudzego życia bez zbędnego cierpienia i bólu, bez poświęcenia. Magia jest w Drużynie.

Ale fundacja to dziś nie tylko pomaganie i edukacja, to coś więcej.
20 marca mamy metamorfozy dla mam. Niesamowity projekt i cieszę się, że to się sprawdziło. Przy okazji tej akcji rozmawialiśmy o tym, że nie można zmienić całego świata, ale pomoc potrzebna jest tu i teraz. Że teraz jest ten moment, kiedy możemy dać coś tym mamom i zabrać je na metamorfozę np. do fryzjera. I ten fryzjer jeszcze musi zechcieć zrobić to za darmo, bo nie mamy przecież na to środków. A my znamy te mamy, wiemy jak wygląda ich życie, widzimy się w szpitalach. One nie mają czasu na myślenie o sobie, więc trzeba im coś dać.

Pojawiacie się na imprezach, festynach, konferencjach. Jakie zadanie mają wolontariusze Drużyny Szpiku?
Cały czas staramy się oswajać ludzi z tym, że oddawanie szpiku nie boli, że to nie wpływa na nasze zdrowie. A na to trzeba czasu, choćby po to, żeby obalić strach. Najbardziej niesamowite jest to, że potem dostaję od kogoś maila i czytam: słuchaj, idę się zarejestrować, zrozumiałem ideę. To cieszy najbardziej, bo wtedy mam takie poczucie, że jestem matką chrzestną, bo ja nie mogę być dawcą. W ogóle, żeby być w Drużynie nie trzeba być dawcą, ale można dać coś innego i robić milion innych rzeczy. Przykładem jest nasza Martyna Jahnke z Szamotuł, która nie może być dawcą. Pamiętam jak się burzyła, kiedy się dowiedziała, ze nie może oddać szpiku. Mówiła nawet, że nie ma sensu organizować zbiórek, bo to nic nie da. Namówiłam ją, zaprosiła swoich kolegów i okazało się, że jeden z nich – Paweł został bliźniakiem genetycznym. I to dzięki niej mógł uratować komuś życie.

Ilu wolontariuszy liczy Drużyna?
Szczerze mówiąc – dokładnie nie wiem, ale myślę, że możemy mówić o tysiącach. Jest grupa ludzi, około 300 osób, którzy pracują jak mróweczki i ciągle mają coś do zrobienia. Jest kilkuset biegaczy, którzy startują w naszych barwach, m.in. Liber, Mezo, Doniu, Decks, Kasia Bujakiewicz, Marcin Ubraś, Sylwia Majdan. Są też członkowie, którzy zakładając naszą szpikową koszulkę wykonują pracę w swoich domach, zakładach pracy, wśród znajomych. Tłumaczą, edukują i zachęcają.

Jaka jest wasza rola?
Przede wszystkim edukacja, choć to się zmienia. Początkowo mówiliśmy tylko o oddawaniu szpiku, dziś zachęcamy do oddawania organów po śmierci, podpisywania oświadczeń. Wśród naszych podopiecznych jest mała Ola, która czeka na nerkę. Bez niej niestety nie przeżyje. Ten temat jest mi szczególnie bliski. Pamiętam moje rozmowy o oświadczeniu woli z nieżyjącą już Iloną Szwajcer, dziennikarką Radia Merkury. Podpisała, a potem wzięła jeszcze kilka dla rodziny. Jej organy trafiły do sześciu osób. Uratowała im życie. I tak sobie myślę, że dziś bycie wolontariuszem to wielka wartość.

Czy dziś potrzebnych jest wielu dawców szpiku?
Tak, cały czas. Mamy w bazie dawców około miliona Polaków i to cieszy. Ale pojawił się inny problem. Zgłasza się wiele osób, które chcą być dawcami, ale potem rezygnują. Myślę, że to wynika głównie z niewiedzy, ze strachu. A tu się nie ma czego bać. Oczywiście, przed oddaniem szpiku nie możemy imprezować i szaleć. No i potrzebujemy trochę czasu. Najpierw są badania, potem dwa dni w szpitalu. Zabieg pobrania komórek macierzystych odbywa się w pełnym znieczuleniu, więc bezboleśnie. Szpik pobierany jest z dołeczków nad pośladkami, nie z kręgosłupa, choć wiele osób tak myśli. Później przez kilka dni jesteśmy osłabieni i jest to całkiem normalne. Drugi sposób to separowanie komórek macierzystych z krwi. Leżymy z wenflonami w jednej i drugiej ręce, aż przetoczy się krew i przefiltrują komórki macierzyste. Po zabiegu trzeba brać odpowiednie leki i się oszczędzać. Możemy czuć się grypowo. Ale tak sobie myślę, że gdybym wiedziała, że gdzieś na końcu Polski jest ktoś, komu mogę uratować życie, miałabym to gdzieś, że jestem dwa dni w szpitalu.

Miałam kilka kryzysów. Pierwszy chyba po śmierci Natalii Szalkiewicz. Wtedy powiedziałam sobie: dość, mam to w dupie, to nie ma sensu, bo oni i tak umierają. Agnieszka Wziątek, nasza onkolożka ze Szpitalnej, opieprzyła mnie równo mówiąc: –  Słuchaj, a tobie się za dużo nie wydaje? Myślisz, że kim ty jesteś, Panem Bogiem, że ratujesz i uzdrawiasz? Nie. Ty jesteś po to, żeby przyjść tu na chwilę i tę chwilę zmienić w radość i zapomnienie. I jeśli ci się to uda to twoje zadanie, jest celująco wykonane.

W uświadamianiu pomaga edukacja?
Spotykamy się z młodzieżą, by od pełnoletności tłumaczyć pewne rzeczy. Z dziećmi rozmawiamy o chorobach, o oddawaniu krwi, szpiku, przyprowadzamy na lekcje osoby, które wyzdrowiały. Budujemy swego rodzaju świadomość. Przygotowujemy paczki dla rodzin okołoonkologicznych – takich, które straciły bliskich, w których jest choroba. W tym roku przygotowaliśmy 50 paczek, które rozwozili nie tylko wolontariusze, ale też sponsorzy. I to ci ostatni mogli zobaczyć, jak to działa, jak funkcjonują takie rodziny. Bo skoro dałeś nam pieniądze, to chodź z nami na oddział i zobacz, że kupiliśmy za to poduszki, serca na walentynki, pościele, paczki. My chcemy ciebie, a nie tylko twoje pieniądze – taką mamy filozofię. Bo tak samo jak potrzebujemy pieniędzy, potrzebujemy ludzi.

Jak często odwiedzacie dzieci w szpitalach?
Raz na tydzień. Teraz niestety nie możemy chodzić ze względu na panujący wirus grypy. Ubolewamy nad tym, ale co zrobić. Staramy się, żeby nasze wizyty były jak najbardziej domowe. Nie chcemy robić cyrku, tylko budować relacje. Przynosimy ciasta, siadamy, rozmawiamy, bawimy się wspólnie. Nasi podopieczni zapraszają nas na urodziny. Tworzymy taką jedną, wielką rodzinę. I to jest piękne.

Jakie emocje towarzyszą spotkaniom na oddziałach?
Chorzy niczym nie różnią się od zwykłych dzieci. Oglądają YouTube, siedzą na FB, robią sobie zdjęcia, mają tam mnóstwo zabawek. To jest normalny świat, niestety często wypełniony cierpieniem i czasem, którego jest coraz mniej. Ale w sumie jest jedna różnica: dzieci onkologiczne nie mają włosów. To tyle. Oczywiście podczas odwiedzin targają nami różne emocje. Ja sama miałam kilka kryzysów. Pierwszy chyba po śmierci Natalii Szalkiewicz. Wtedy powiedziałam sobie: dość, mam to w dupie, to nie ma sensu, bo oni i tak umierają. Agnieszka Wziątek, nasza onkolożka ze Szpitalnej, opieprzyła mnie równo mówiąc: –  Słuchaj, a tobie się za dużo nie wydaje? Myślisz, że kim ty jesteś, Panem Bogiem, że ratujesz i uzdrawiasz? Nie. Ty jesteś po to, żeby przyjść tu na chwilę i tę chwilę zmienić w radość i zapomnienie. I jeśli ci się to uda to twoje zadanie, jest celująco wykonane. My nie zmienimy świata, nie zabierzemy choroby. Możemy zwyczajnie z kimś pobyć. Czasem popłakać, pośmiać się, pomilczeć, a czasem spełnić marzenie, jak to było w przypadku Julii. Bardzo chciała zaśpiewać z Sylwią Grzeszczak. Zaśpiewała na korytarzu i chwilę potem zmarła. Wszyscy to bardzo przeżyliśmy.

Co było potem?
Stałam na pogrzebie i to wszystko wracało, jak karty. Zresztą często wraca. Ja w ogóle tak mam, że nie wyrzucam z telefonu osób, których już wśród nas nie ma. Wciąż mam do nich numery, choć nigdy tam nie dzwonię. Ostatnio liczyłam, jest ich 21. Są, bo oni wciąż żyją, we mnie.

Wyobrażasz sobie życie bez Drużyny Szpiku?
Nie, chociaż są momenty, że mam dość. Ostatnio ktoś w sobotę o siódmej rano dzwonił, że chce oddać szpik. Albo odbieram telefon w niedzielę przed północą, bo ktoś szuka informacji na temat oddawania szpiku. Mój Adam mówi: wyłącz ten telefon o dziesiątej i już. A ja nie umiem tego zrobić. Drużyna to nie jest tylko praca, to moje życie…