fbpx

Rok 2016 zakończył z tytułem Mistrza Polski BMW IS CUP. Jest samoukiem. Koledzy mówią, że stać go na wiele, bo jest naprawdę szybki. Zobaczyć go można na Torze Poznań w BMW E30, takim z klatką bezpieczeństwa. Z marką związany od ponad 20 lat. Jego wzorem prawdziwego kierowcy jest tata – również Wojciech, który zakładał markę Smorawiński. Kibicuje mu rodzina i przyjaciele, ale nie zawsze tak było…

TEKST: Joanna Małecka | Fot. Archiwum prywatne

W salonie BMW Smorawiński wchodzę na pierwsze piętro. Za przeszklonymi drzwiami, przy biurku, siedzi Wojciech Smorawiński. W gabinecie, po prawej stronie, na podłodze leży kask. Kiedy o nim wspominam delikatnie się uśmiecha. – Motorsport chyba mam w sercu – mówi.  

Lubi Pan BMW?
Nie mam wyboru (śmiech). Nasza rodzina od dawna związana jest z tą marką, a nasza miłość do BMW trwa nieprzerwanie od 25 lat.

Co Pan pokochał w tej marce?
Kocham tę markę za design, sposób prowadzenia, osiągi, jeśli chodzi o silniki. Myślę, że w porównaniu do innych marek premium jesteśmy o krok do przodu. No i sportowy charakter prowadzenia samochodu jak najbardziej mi odpowiada. Na co dzień zresztą jeżdżę BMW.

Myślał Pan kiedyś o zmianie marki?
Nigdy nie myśleliśmy o zmianie partnera. Zresztą  jako pierwsi wprowadzaliśmy markę do Polski. Zaczynaliśmy w 1990 roku. Miesiąc albo dwa miesiące po panu Zasadzie zostaliśmy importerem BMW i po 2003 roku staliśmy się dealerem w Wielkopolsce. Na Obornickiej jesteśmy od zawsze, choć wcześniej mieliśmy siedzibę w Chybach, gdzie składowaliśmy wszystkie samochody. Tu, w Poznaniu mieliśmy sprzedaż samochodów i główny magazyn części, którym zaopatrywaliśmy całą Polskę. Z biegiem czasu powiększyliśmy punkt dealerski, wybudowaliśmy nowy biurowiec, w którym mamy Mini i motocykle, a z tyłu mamy blacharnię, lakiernię oraz duży magazyn części.

Jaki model dziś najlepiej się sprzedaje?
Najbardziej popularne są SUV-y: X5, X3, czekamy na nowe BMW serii 5 G30. Poprzednia wersja była w czołówce sprzedających się marek.

Kogo dzisiaj stać na BMW?
Praktycznie każdego, ponieważ jak spojrzymy na wachlarz finansowania samochodów, to przykładowo kiedyś płaciliśmy bardzo duże pieniądze za wynajem długoterminowy bądź leasing. Dziś możemy mieć te auta nawet za około 1000 zł miesięcznie.

Firma to nie wszystko, bo w ubiegłym roku wygrał Pan BMW IS Cup rozgrywany na Torze Poznań. Czy to wielki powrót Smorawińskich do motorsportu?
Zaczęliśmy w 2015 roku. Potraktowaliśmy ten sezon przejściowo, bo nie zdążyliśmy zbudować samochodu na pierwsze rundy. Nie skompletowaliśmy też całego zespołu tak jakbyśmy tego chcieli, więc pojechaliśmy pół sezonu. Był to mój debiut na torze, więc musiałem nauczyć się jazdy w tłumie. Ten sezon dał mi bardzo dużo. W 2016 również jechaliśmy BMW E30, ale już mieliśmy pełen zespół, w pełni gotowy samochód, co przyniosło efekt i wygraliśmy puchar Polski.

Kiedy zakochał się Pan w motorsporcie?
Chyba kiedy byłem małym chłopcem. Cała nasza rodzina była zaangażowana w tę dyscyplinę poczynając od dziadka, który startował w rajdzie Monte Carlo i był fabrycznym kierowcą BMW. Od tego tak naprawdę zaczęła się nasza historia z marką BMW. Później w ślady dziadka poszedł tata, który 15 razy był mistrzem Polski w wyścigach płaskich. A my jako dzieciaki jeździliśmy z tatą na zawody i dopingowaliśmy. Myślę, że wtedy właśnie zakochałem się w motorsporcie. Bardzo często jak spadł śnieg tata zabierał nas na Tor Poznań i uczył bezpiecznej jazdy, wychodzenia z poślizgu. Zaczęło się od imprez amatorskich, charytatywnych. Mieliśmy samochód przygotowany do startu w rajdach – mój brat jeździł w Rajdowym Pucharze Polski. On skończył karierę, a samochód stał w garażu i się kurzył. Ilekroć obok niego przechodziłem, zastanawiałem się co tu z nim zrobić. Wsiadłem w niego, trochę pojeździłem w amatorskich super oesach. A potem już było na serio, czyli puchar BMW IS Cup.

Jak Pan ocenia wyścigi na Torze?
Na pewno jest to ciekawe doświadczenie. Kiedy w czwartek rozpoczynam treningi, to do niedzieli praktycznie jestem wyłączony i skupiony na jeździe. Poza tym poznałem tu fantastycznych ludzi, ogromnych pasjonatów, którzy często sami naprawiają i budują te samochody.

Ale trening na torze to nie wszystko…
No nie, trzeba mieć kondycję. Trzy, cztery razy w tygodniu chodzę na siłownię, biegam, do tego basen. Jest to bardzo ważny element tej dyscypliny. Bez tego po trzech, czterech okrążeniach toru człowiek nie ma siły. Trzeba być maksymalnie skoncentrowanym, do tego dochodzi stała pozycja za kierownicą. Samochód przecież sam nie pojedzie.

Kiedy założył Pan pierwszy profesjonalny kombinezon?
W 2015 roku. Czułem ogromną radość, bo do tego momentu przemierzałem przez Tor Poznań w roli kibica. Trochę zazdrościłem tym wszystkim zawodnikom, że mogą się ścigać, trzymałem kciuki za swoich faworytów, podglądałem jak to wszystko funkcjonuje  A tu nagle sam stanąłem w takim kombinezonie, przy swoim samochodzie. Byłem bardzo szczęśliwy. Zresztą do dziś jestem, bo mogę to robić.

Ile osób tworzy Pana zespół?
Mamy głównego inżyniera, który zajmuje się ustawieniem samochodu, kontrolą silnika, mechanika, który opiekuje się samochodem oraz osobę od analiz.

Ma Pan swojego idola?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zawsze podziwiałem tatę, który jeździł BMW E30 i w tamtych czasach ta rywalizacja była niesamowita. Oczywiście Robert Kubica jest osobą godną podziwu w motorsporcie, ale to zupełnie inna kategoria. Ale na jego podejściu do tej dyscypliny powinniśmy się wzorować.

Tata podpowiada Panu jak jeździć?
Oczywiście, wiele razy jeździliśmy po torze kartingowym. Mówił: tu wyhamuj, skręć mocniej kierownicą, dodaj więcej gazu. Ale kiedy wjechałem na profesjonalny tor, wszystkiego uczyłem się sam.

Co Pan czuł kiedy wygrał puchar w ubiegłym roku?
Nazwisko Smorawiński znów wróciło na najwyższy stopień podium. To było coś niesamowitego. Cieszyliśmy się wspólnie, z całą rodziną. Chyba najbardziej szczęśliwy był dziadek.

Jakie plany na ten rok?
Na pewno wystartujemy w pucharze BMW. Właśnie przygotowujemy samochód, niedługo rozpoczniemy testy. Samochód zmieni barwy, naszym głównym partnerem w tym sezonie będzie firma Shell.

Jakie ma Pan marzenia?
Chciałbym wystartować wyżej, niekoniecznie w Polsce. Tutaj w klasach wyższych startuje zaledwie kilku zawodników, więc jeśli coś im nie pójdzie, zawsze możemy być na podium. W klasie, w której ja startuję rywalizuję już z około 20-25 innymi zawodnikami, więc jest o co walczyć. W ogóle polski motorsport, w porównaniu z tym co dzieje się za granicą, jest słaby – od oprawy, przez koszty związane ze startem po niewielką oglądalność. Ale jak mają być kibice, skoro nikt w mieście nie wie że na Torze Poznań odbywają się jakieś zawody?

Rodzina Pana wspiera?
Początkowo żona nie była zadowolona, bo zwyczajnie się o mnie martwiła. Dziś wie, że to część mojego życia i nie odpuszczę. Co ciekawe, mój syn garnie się za kierownicę, jeździ ze mną na treningi. Na razie mamy zbudowany mały samochód z silnikiem od kosiarki, aby mógł się zaznajomić z prowadzeniem, a w przyszłym sezonie obaj chcemy, by spróbował kartingu. W ogóle uważam, że karting to świetny sposób zaprzyjaźnienia się z torem.