Od ponad 50 lat prawie co wieczór staje na deskach teatru. Od 40 lat na scenie Teatru Nowego w Poznaniu. Kiedy się odezwie na ulicy, natychmiast zwraca na siebie uwagę. Prawie żadna uroczystość państwowa, samorządowa czy kościelna w Poznaniu bez niego się nie odbędzie – to on jest „miejskim woźnym” ze swoim głębokim, niskim, aksamitnym bass barytonem. Zbigniew Grochal kocha teatr, ale jak się okazuje ma też wiele innych pasji.

ROZMAWIA: Małgorzata Rybczyńska

ZDJĘCIA: Sławomir Brandt: bonder.org

Zacznijmy od boga, który mówi Pana głosem…

Któregoś dnia zatelefonowała do mnie urszulanka, siostra Janina z Pniew, i mówi „Wielebny Panie Zbyszku”… to było piękne, do dziś tak do mnie pisze. Mówi więc, „Wielebny Panie Zbyszku, czy mógłby pan być Panem Bogiem?” Chodziło oczywiście o głos w jasełkach z podopiecznymi. I w ten sposób przemówiłem głosem Boga. Oprócz tego ni stąd ni zowąd zadzwoniła kiedyś reżyserka filmu opowiadającego historię dwóch kobiet w czasie wojny. Film zaczynał się mottem zaczerpniętym ze Starego Testamentu. Były to słowa wypowiadane przez Jahwe. I tam też Bóg przemówił moim głosem. Tak, do Boga mam blisko (śmiech)

A jakim głosem mówił sześcioletni pastuszek, którym „debiutował” Pan na deskach teatru?

Dźwięcznym. Jak wspominała moja mama, mając półtora roku już mówiłem bardzo wyraźnie zdanie „Dzisiaj przyjdzie do nas ksiądz po kolędzie”. Mama była ze mnie bardzo dumna. Była wychowanką hrabianek Zamojskich, słynnego pensjonatu dla panien z dobrego domu w Zakopanem. Tam nauczyła się tej wykwintności języka i mnie to od początku wpajała. Mój głos, nawet po mutacji, był bardzo dźwięczny, tak jak mojego ojca. Był tenorem o tak silnym głosie, że kiedy śpiewał w kościele, słychać było tylko jego. Do szkoły teatralnej też zdałem za pierwszym razem. Dostałem taką etiudę do zagrania. Miałem wbiec do pomieszczenia gdzie siedziała komisja i krzyczeć: „ludzie uciekajcie, pali się, ratujcie się, pali się!” Jak wpadłem i ryknąłem, to komisja autentycznie zerwała się z miejsc i chciała uciekać. W czasie moich studiów w Krakowie sam stawałem na podwyższeniu i bez nagłośnienia donośnym głosem, który rozchodził się po całym rynku otwierałem Juwenalia.

Zawód aktora jest trudny, choćby z tego powodu, że rzadko kiedy ma się wieczór, który można spędzić w kapciach przed telewizorem. Kiedy wszyscy kończą prace, aktor ją zaczyna.

Tak, bo aktor jest tym, który tym ludziom ma w ich wolnym czasie sprawiać radość i przyjemność, a czasem zmusić do myślenia. Widzowie przychodzą do teatru i oczekują ode mnie często nietaktownie wyciągając nogi w fotelach, że pokażę im, co potrafię (śmiech). Kiedy zaczynałem pracę w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, to grałem 27-30 razy w miesiącu. Człowiek nieustannie był w gotowości. Na randki można było się umawiać dopiero po spektaklu albo pomiędzy popołudniowym i wieczornym spektaklem. Jak dodać do tego inne moje zajęcia, to rzeczywiście czasu na romanse pozostaje niewiele (śmiech).

Lubi Pan pracę z młodzieżą…

Przez 26 lat prowadziłem zajęcia w Akademii Muzycznej na Wydziale Wokalno-Aktorskim dla młodych wokalistów operowych, którzy także są aktorami. Czas koturnowych śpiewaków operowych z wysuniętą do przodu nogą na scenie bezpowrotnie minął. Dlatego uczyłem młodych artykulacji, interpretacji tekstów literackich i zachowań scenicznych, Tak aby nie tylko śpiewali, ale tworzyli prawdziwe, wiarygodne postaci w operze.

Zajęcia z Panem chwalą także studenci dziennikarstwa, choć potrafi Pan być bezlitosny w obnażaniu niechlujstwa językowego.

Ja uważam, że to jest moje powołanie, żeby ci ludzie legitymizowali się jakąś wykwintną jakością mówienia. Żeby to była polszczyzna soczysta, bogata, żeby kultura słowa była tym elementem, który wyróżnia w tej szarzyźnie naszego życia. Ja mówię studentom, że dla mnie dziennikarz musi być nauczycielem języka, czyścicielem języka i bogacicielem języka.

A jest?

Niestety nie zawsze. Z niepokojem obserwuję nasycenie naszego języka kulturą anglosaską, rozpierającą się korpomodą, dominujące wulgaryzmy, nie tylko na ulicy. Już niektórzy wielcy ludzie kultury mówią o… zajebistości. To jest dla mnie jedno z najbrzydszych określeń, dosadnych, okropnych. A ci młodzi ludzie nie mają świadomości, że to jest tak paskudny wulgaryzm. Kiedy wyjaśniam, co znaczy słowo j.…ć , to oni się dziwią i mówią „rzeczywiście”. Ja im tłumaczę, że nie nauczę ich mówić, ale mam nadzieję, że zapłodnię ich wyobraźnię. I wielu z nich zaczyna nad sobą pracować.

A głos, rozmowa np. w radiu może czasem uratować życie. W latach 90. był Pan redaktorem naczelnym Radia Obywatelskiego, radia, które słuchało. Prowadził Pan tam nocne rozmowy ze słuchaczami.

Kiedyś zadzwonił mężczyzna, który stwierdził, że chce ze sobą skończyć. Kiedy sobie to przypomnę, to jeszcze mam dreszcze. Długo z nim rozmawiałem, starałem się go zatrzymać na linii, puszczałem muzykę, jednak w pewnym momencie mój rozmówca się rozłączył. Jakieś półtora roku później podszedł do mnie na ulicy człowiek i zapytał, czy nazywam się Zbigniew Grochal. Kiedy potwierdziłem, powiedział: „to ja jestem ten facet, który do Pana dzwonił. Chciałem Panu podziękować, pomógł mi pan przetrwać najgorsze”.

Wróćmy do teatru, zastanawiam się, jak to jest, kiedy aktor po raz enty wychodzi na scenę, aby wypowiedzieć te same słowa. Jak wykrzesać z siebie entuzjazm, energię?

Od 5 lat gramy już „Dwunastu gniewnych ludzi”, „Niech no tylko zakwitną jabłonie” zagraliśmy prawie 400 razy. Wacława w „Zemście” grałem 380 razy, itd., itd. Wbrew pozorom to nie jest trudne. Jest coś takiego jak pamięć emocjonalna. Aktor to ćwiczy, musi się tego nauczyć – przywołać na pstryknięcie palca taki stan emocjonalny, który pozwoli od razu znaleźć się w skórze bohatera, którego kreuje. Nie ma w tym nudy. Jeśli pojawi się nuda, to znaczy, że aktor jest zgrany. Ja cały czas, za każdym razem, kiedy przychodzę do teatru mam lekkie wewnętrzne drżenie, taką bojaźń…

Po tylu latach trema?

Tak, jest trema. Mimo że znam tekst, że próbujemy. Ale za każdym razem jest ten „rajc”, co ja dziś dam publiczności, czy mnie zaakceptuje, kupi, będzie mnie słuchać. Przecież w kolejnym przedstawieniu aktor na scenie jest ten sam, ale publiczność za każdym razem inna.

A czy zawsze grał Pan postaci, które lubił? Czy aktor w ogóle może nie lubić swojego bohatera?

Nie powinno tak być. Nawet tego złego, którego gram, muszę gdzieś oskrobać, aby znaleźć ociupinkę dobra w tym człowieku. Nawet w najokrutniejszym mordercy w tzw. złych bohaterach, pracując nad rolą, trzeba szukać takiego elementu, który potem sprawi, że widz powie: „kanalia, bestia, ale miał taki ludzki odruch”. Bo to jest coś takiego, co lubimy. Ja jestem ogromnym miłośników melodramatów, płaczę w kinie, nie wstydzę się i nie mówię, że chłopaki nie płaczą. Tak jak wielu, lubię się powzruszać.

A czy aktor może odmówić grania w konkretnym spektaklu?

Może, mamy takie niepisaną umowę, że raz w roku aktor może odmówić roli. Mogę powiedzieć reżyserowi, że męczę się z rolą, nie umiem, nie dam rady. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, co na to powie dyrektor (śmiech). Bywały takie sytuacje, ale mnie się to nigdy nie zdarzyło.

Siedzimy w teatralnej garderobie. Po raz pierwszy jestem w miejscu, gdzie normalny widz nie ma wstępu. Czuję, że dotykam tajemnicy teatru, znajduję się po drugiej stronie lustra. Za kilkadziesiąt minut wyjdzie Pan na scenę i zagra w przedstawieniu „Ambona ludu”. To jest miejsce, w którym aktor przeistacza się w graną postać, miejsce skupienia, ale także życia towarzyskiego. Widzę 6 krzeseł przy lustrach…

W tej garderobie siedzieli też ci, których już nie ma – Bolesław Idziak, Rajmund Jakubowicz. Żartowaliśmy kiedyś, że była to najstarsza garderoba teatralna na świecie. Łączny wiek siedzących tu wtedy 6 aktorów wynosił ponad 400 lat (śmiech).

Pół wieku na scenie brzmi dostojnie…

To zaledwie pięćdziesiątka! To wciąż dojrzała młodość! Wciąż mam energię młodego człowieka, i radość z tego, co robię. I tego zamierzam się trzymać!