fbpx

Stare Miasto to najstarsza po Ostrowie Tumskim i Śródce dzielnica Poznania. Nieważne, w którą stronę się pójdzie, wszędzie widać i czuć historię. Mają tu siedzibę urzędy, firmy, setki knajp i dyskotek. Jest więzienie, sądy, prokuratura, ratusz, muzea i instytucje kultury. Pomiędzy tym na trawnikach bawią się dzieci, spacerują policjanci. – To tutaj bije serce Poznania – mówią mieszkańcy

TEKST I ZDJĘCIA: Joanna Małecka

Na Wzgórzu Świętego Wojciecha cisza i spokój. Jest poniedziałek przed południem. Przez wysokie kamienice nieśmiało przebija się słońce. Za chwilę zaczną bić dzwony. Po jednej i drugiej stronie ulicy kościół, obok cmentarz. Dużo zieleni, samochody zwalniają na progach. Schodząc w dół ulicą Działową za płotem mamy siłownię, boisko, piłkarzyki, plac zabaw. W Ogrodzie Jordanowskim nr 1 bawią się dzieci. Starszy mężczyzna ćwiczy na jednym z urządzeń. Marek z synem zaczyna grać w piłkę. – Podaj albo strzel prosto do bramki – krzyczy. – Tato, jak mi idzie? – Super, tylko tu jest bramka. Mijam dwóch strażników miejskich rozglądających się wokół. Pod prokuraturą pan ubrany w zielony kombinezon zamiata wypalone papierosy. – Doczytałem ten paragraf, wszystko zgodnie z ustaleniami – słychać pod drzwiami.

Młodzi piłkarze wychodzą ze szkoły sportowej…
Na skrzyżowaniu ulicy Solnej z aleją Niepodległości ruch jakby większy. Autobusy mkną jeden za drugim. Wysiadają dzieci. Za płotem dwóch ogrodników przycina drzewa i kosi trawę. Zespół Szkół Mistrzostwa Sportowego nr 2 to jedna z czterech szkół na Starym Mieście. Przed wejściem Zbigniew Burkietowicz. Wysoki, trochę szpakowaty, miła twarz. Jest dyrektorem tej placówki już 25 lat. Początkowo były tu klasy sportowe o profilu narciarskim, łyżwiarstwa szybkiego. Uczniowie trenowali m.in. na Bogdance. Od 1982 roku szkoła kojarzy się głównie piłką nożną. – W pewnym momencie w Lechu Poznań grało tylu naszych wychowanków, że moglibyśmy wystawić swoją drużynę piłkarską w pierwszej lidzie – śmieje się Zbigniew Burkietowicz. – Wśród naszych absolwentów są m.in.: Bartek Bosacki, Paweł Wojtala, Grzegorz Rasiak, Karol Linetty, Dawid Kownacki, Piotr Jacek czy Bartek Bereszyński, który odszedł do warszawskiej Legii.

Zbigniew Burkietowicz, dyrektor Zespołu Szkół Mistrzostwa Sportowego nr 2

Od 20 lat jest radnym, początkowo komitetu, a później Rady Osiedla Stare Miasto. Uważa, że trzeba wspierać lokalne inicjatywy, które integrują mieszkańców. – Chcemy działać wspólnie z dyrektorami muzeów, żeby te miejsca nie kojarzyły się tylko z Nocą Muzeów, a codziennie coś się wokół nich działo – mówi Zbigniew Burkietowicz. – Chciałbym, aby na terenie Starej Gazowni powstało Muzeum Powstania Wielkopolskiego, a w Starej Rzeźni miejsce rekreacji i odpoczynku – taka trochę alternatywa dla Starego Rynku. Niestety, jak na razie teren Rzeźni jest w rękach banku i nic w tym temacie się nie zmienia.

…niedaleko Starej Rzeźni, która straszy…
Idąc dalej Aleją Niepodległości w stronę Cytadeli mijamy nowoczesny budynek Urzędu Marszałkowskiego. Szklane ściany liczące kilka pięter robią wrażenie. Przed siedzibą urzędników stoją nowoczesne czarne volkswageny. Każdy ma swojego kierowcę. Jeden z nich powoli porusza się od drzwi do samochodu mrucząc pod nosem słowa jakiejś piosenki. Dochodzę do ulicy Kutrzeby. To tutaj swoją siedzibę ma SWPS i Aula Artis. Studenci spokojnie przechodzą przez ulicę. Nie spieszą się na zajęcia. – Taka pogoda, a my musimy iść do szkoły – mówią. Idąc dalej w stronę Garbar widać lodowisko Bogdanka, gdzie całą zimę można jeździć na łyżwach. Stare już mury wymagają remontu, ale nie rażą. Poznaniacy się przyzwyczaili. Wzdłuż muru dzielącego Bogdankę od końca ulicy stoją zaparkowane samochody. Po prawej stronie Stara Rzeźnia, po lewej nowoczesne budynki. Jakby zderzenie kultur.

Stara Rzeźnia

Dziś Stara Rzeźnia straszy. Otwarta 1 marca 1900 roku posiadała wytwórnię lodu, chłodnię i zamrażarnię. Funkcjonowała tam także solarnia skór oraz urządzenia do przerabiania odpadków z produkcji na mączkę mięsno-kostną i tłuszcz techniczny. Prowadziła do niej bocznica kolejowa ze stacji Poznań Garbary. W latach 90. XX wieku po założeniu spółki Pozmeat zakłady przeniesione zostały poza miasto. Od tego czasu budynki rzeźni nie są wykorzystywane. Czasami na terenie obiektu odbywają się imprezy kulturalne.

…by czasem zagrać w kultową planszówkę…
Kultury na pewno nie brakuje w Cube. Grochowe Łąki, tuż obok. To miejsce maniaków gier wszelkich. Zaczynali na początku lat 90. Wyjeżdżali za granicę i przywozili gry. Na własne potrzeby tłumaczyli die Siedlers von Catan, długie zimowe wieczory spędzali na harcerskim zimowisku grając w Doomtroopera, a książki i kubki rozstawione na stole robiły za budynki w pierwszych grach Warzone…
W końcu postanowili połączyć pasję, doświadczenie, smykałkę i hobby i tak 15 września 2007 roku otworzyli sklep. Miejsce, w którym można było nie tylko znaleźć fajne gry czy fachową obsługę, ale również przestrzeń i towarzystwo do grania. Organizowali pierwsze wielkie turnieje w „Warmachine and Hordes” i pierwsze nocne imprezy z planszówkami w Poznaniu. Są wyłącznym dystrybutorem na Polskę gier GODSLAYER i Piwne Imperium.

Zagłębie gier

Gdzieś niedaleko dietetyk służy poradą…
Synergia to też imperium. Naprzeciwko, przy ulicy Solnej 1A, gabinet. Jolanta Nalewaj-Nowak na Stare Miasto trafiła przypadkiem, czternaście lat temu. – Akurat był fajny lokal w dobrej cenie – mówi. W 2005 roku ukończyła Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu na kierunku Zdrowie Publiczne – Zarządzanie w Opiece Zdrowotnej oraz w Katedrze i Klinice Onkologii, z którego uzyskała tytuł doktora w zakresie biologii medycznej w roku 2006. Ukończyła także Studia Podyplomowe Specjalności Dietetyka i Planowanie Żywienia na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. W 2014 roku otrzymała tytuł dyplomowanego psychoonkologa. Jest promotorką racjonalnych diet. Jako dietetyk pracuje głównie z osobami chorymi na nowotwory, choroby żywieniowo-zależne oraz borykające się z nadwagą i otyłością. – Kiedyś ludzie myśleli, że dietetyk ma tylko odchudzać – opowiada. – Dziś pracujemy w szpitalach, pomagamy wzmocnić organizm pacjentom w okresie pomiędzy chemioterapią. Leczymy przez dietę. – Przepraszam, jest pani doktor? – słychać za drzwiami. – Moment – rzuca do mnie i otwiera. Jest w trzecim miesiącu ciąży. Owinięta swetrem wysoka blondynka w okularach uśmiecha się do pacjentki. – Proszę chwilę zaczekać, zaraz się panią zajmę. – Przyjechałam do pani z Zielonej Góry, bo pani jest najlepsza – odpowiada pacjentka i zdejmuje kurtkę. Na twarzy Joli lekki rumieniec. – Widzisz, nie mogę nadążyć – szepcze zamykając drzwi. W tym roku uruchamia dwie kliniki dla swoich pacjentów, działa w różnych stowarzyszeniach, pisze do gazet. Odchudziła już kilkanaście tysięcy osób. – Nie sztuką jest schudnąć, ale utrzymać wagę dobrze rozpoznając pacjenta – dodaje. – Bywa, że ludzie wracają, bo zmienia im się metabolizm i przybywa kilogramów. Pacjenci wiedzą doskonale wiedzą gdzie jej szukać. Na Starym Mieście jej dobrze, bo wszędzie ma blisko. – Wiosną i latem wychodzę po świeże owoce na rynek, w piekarni panie wiedzą, co lubię jeść i jak mnie widzą od razu pakują do torby zakupy – śmieje się. – W Pasteli zawsze zjem ulubioną zupę, mam blisko do urzędów itp.

dr Jolanta Nalewaj-Nowak

…a koziołki ogląda się w trójwymiarze…
Na placu Wielkopolskim, tuż obok kamienicy, gwarno i wesoło. – Ale ja chciałam rajstopy z klinem – rzuca kobiecina wyglądająca na 70 lat. Na jednym straganie owoce, warzywa, bielizna, perfumy, słodycze. Obok kwiaciarnie. W dole ulicy Masztalarskiej wyrasta siedziba Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu. Na placu wóz strażacki z drabiną, kilka mniejszych samochodów. Na razie spokój. Idąc dalej dochodzimy do Wronieckiej. Po lewej stronie straszy pusty budynek po Starej Pływalni. Zamknięty, bo się nie opłacało… Po prawej stronie wpadłam prosto na kozła. Takiego plastikowego. Na górze napis Blubry 6d. Wchodzę. – Bryle do mnie poproszę – mówi Magdalena Bartkowiak z Blubry 6d Muzeum Poznań. W korytarzu grupa kilkunastu dzieci w odblaskowych kamizelkach. – Było fajnie, fajna przygoda proszę pani – przekrzykują się dzieci. – Proszę pani, a ja dotykałam krasnala. I był hejnał – mówi mała blondynka o niebieskich oczach. Ale był jakiś twardy. Grupa wychodzi na zewnątrz. – Ustawcie się w pary, zaraz idziemy dalej. – Do widzenia, niech pani zobaczy koziołki. – Dzień dobry, co się tutaj dzieje? – pytam. – Zapraszam za mną – dodaje Magdalena Bartkowiak. Dostaję trójwymiarowe okulary. Otwieramy pierwsze drzwi. Tajemniczy tunel. – To jest nasza kapsuła czasu – wyjaśnia Magdalena i przystawia mi do ręki pieczątkę z koziołkami. Jest zaczarowany las, gdzie czuć zapach leśnych owoców i mchu. Z sufitu zwisają rośliny. W rogu śpi krasnal, słychać jak chrapie. Wszystko wprowadza nas w magiczny świat. Kolejne pomieszczenie. Siadamy. W tle słychać muzykę. „Historia, którą wam opowiem” – zaczyna lektor. Przyjemny bas płynący z głośników zabiera w daleką podróż, aż do historii powstania poznańskiego hejnału. To jeden z najstarszych hejnałów miejskich, tradycja jego wygrywania pochodzi co najmniej z czasów renesansu, a informacje o miejskich trębaczach znajdują się w dokumentach z XV wieku. Od 1 czerwca 2002 roku grany jest z wieży ratusza miejskiego codziennie o godzinie 12:13, a od grudnia 2003 roku o każdej pełnej godzinie między 7:00 a 21:00 jest wygrywany na carillonie. Kolejny pokój. – Tutaj jest zagadka, ale my nie musimy jej odkrywać – kwituje Magdalena Bartkowiak. Na ścianach słowa gwary poznańskiej: kejter, bimba, jabzo, glapa, w rogu siedzi Stary Marych. Kłania się, kiedy podchodzę bliżej. Na ścianie wiszą koziołki. Wracamy, żeby nie przeszkadzać zwiedzającym. Pod drzwiami czeka już kolejna wycieczka. – Niech pani wpadnie do nas raz jeszcze, to pokażemy wszystko od początku do końca – żegna mnie Magdalena i zamykają się drzwi.

Magdalena Bartkowiak z koziołkiem
Była już pływalnia przy ulicy Wronieckiej

…tylko na ratuszu jakby żywe…
Ulicą Wroniecką dochodzę do Starego Rynku. Jest popołudnie. Młodzi ludzie siedzą pod pręgierzem. Niedawno trykały się koziołki. – Skąd jesteście? – zaczepiam dwie nastolatki wpatrujące się w kolorowe kamienice. – Z Wrocławia, przyjechałyśmy na wagary – śmieją się i powoli odchodzą. Na Starym Rynku, poza turystami krzątają się kelnerzy i drobni sprzedawcy. Kiedyś były tu same mieszkania, dziś są knajpy, muzea i bary szybkiej obsługi. Ceny zróżnicowane. Na Starym Rynku mieszka zaledwie kilkanaście osób. Tworzą Stowarzyszenie Stary Rynek, bo chcą, żeby ich fyrtel był czysty i przyjazny. Nie godzą się na kolejne kluby dla panów i pijalnie, które rosną jak grzyby po deszczu. – Jesteśmy świadomi, że mieszkamy w sercu dużego miasta i nie żądamy komfortu spokojnego życia, tak jak na przedmieściach czy w leśnej głuszy – mówi Wojciech Łyszczak, radny Osiedla Starego Miasta i mieszkaniec kamienicy na Starym Rynku. – Obecna sytuacja prowadzi nie do rozwoju, a degradacji historycznej przestrzeni, która jest stała się miejską pijalnią i swoistym rykowiskiem, gdzie można się napić, krzyczeć, hałasować, zanieczyszczać i dewastować do woli. Nie chcemy żyć w oku imprezowego cyklonu. Na to się nie godzimy i jako mieszkańcy chcemy intensywnie wspierać przywrócenie należnej godności poznańskiego Starego Rynku. I tak codziennie walczą o dobre imię swojego fyrtla – swojego Starego Rynku.

Pręgierz na Starym Rynku, jedno z najpopularniejszych miejsc spotkań poznaniaków, służył w przeszłości do wykonywania chłosty, obcinania uszu, palców czy ręki. Obiekt powstał dzięki specjalnej daninie nałożonej na służące, które nosiły zbyt eleganckie stroje

Na kamienicy z numerem 50 wisi tabliczka: Powódź w Poznaniu w 1736. W dniach 9-13 lipca 1736 woda z Warty zalała prawie całe Stare Miasto. Naruszyła konstrukcje lub zrujnowała większą część budynków i zerwała osiem mostów na Warcie i jej kanałach. Poważnie zniszczone zostały obwarowania. Woda wdarła się do Ratusza na wysokość sieni. Jedyne czynne wyjście z miasta prowadziło przez Bramę Wrocławską.

Tablica upamiętniająca wielką powódź w Poznaniu

Schodząc z płyty Rynku w kierunku Fary mijamy Ogólnokształcącą Szkołę Baletową i kilka moich ulubionych knajpek. Najlepsza – Republika Róż – znajduje się tuż przy siedzibie miejskich władz, czyli na placu Kolegiackim. Dziś jeszcze można tu parkować. Niedługo to miejsce stanie się drugim Rynkiem. No i dobrze. Stare Miasto po tej stronie kończy się tam, gdzie płynie rzeka Warta, a więc za Garbarami. To tutaj latem odbywają się pikniki, gra muzyka i można posiedzieć ze znajomymi. Tu są koncerty, kontenery, nauka tańca i zajęcia z instruktorami. I tu latem toczy się życie…

…tak samo jak żywa jest Półwiejska…
Podobnie jak na ulicy Wrocławskiej, która od kilku lat jest deptakiem. Idąc w stronę Kupca Poznańskiego po lewej mijamy sklep z czekoladą, hostel, knajpkę z ręcznie robionymi pierogami. Z kolejnych knajp dobiega zapach smażonego schabowego i frytek. – Tu nie wolno śmiecić – rzuca pani policjantka do chłopaka, który wypluł gumę na chodnik. – Przepraszam – odparł, pociągnął smycz i szybko odszedł. Wychodząc Wrocławską prosto na przystanek tramwajowy idę na ulicę Półwiejską. Od lat kwitnie tu handel i gastronomia. Przed sklepami stojaki z rajstopami, butami, sznurowadłami. I tak do Starego Browaru. W lewo można skręcić na Rybaki, gdzie już niebawem rozpocznie się ogromna przebudowa. Latem można tu zobaczyć filmy na wielkim ekranie kina letniego. Skręcając w prawo za Browarem wyrastają Andersia i Novotel. Wieczorami w oknach kasyna widać zmęczonych ludzi.

Pod Zespołem Szkół z Oddziałami Integracyjnymi nr 3 na ulicy Powstańców Wielkopolskich grupa młodych ludzi pali papierosy. – Chyba nas tu nie zobaczą, co – wymieniają między sobą. – Wczoraj byłam na randce z Arkiem, ale było super – rzuca nastolatka z długim warkoczem. – No to ekstra. I co, spotkacie się znowu? – odpowiada koleżanka, w stylu trochę retro z kolczykami w uszach. – No wiadomo, czekam aż się odezwie. Chłopaki kopią butelki, odpalają kolejnego papierosa. Może powinni iść do oślej ławki?

…tak żywe wspomnienia zza krat…
Być może, ale bardziej zjeść niż za karę. Idąc dalej w kierunku ulicy Ratajczaka uwagę przykuwa zielony szyld Ośla ławka. To zaraz za skrętem w ulicę Taczaka. Ławki i krzesła niczym z podstawówki. Menu wygląda jak szkolny dzienniczek. Kilka dań zapowiadających się bardzo ciekawie. Pachnie śmietaną i grzybami. W kuchni, za barem dwóch młodych chłopaków. Jeden nakłada coś na patelnię, drugi układa na talerzu. Na ladzie stoi napój z winogron i tymianku. – Zastałam właściciela? – Wysoki chłopak z burzą loków na głowie kieruje mnie do stolika. Ma 25 lat. – Spełniło się moje marzenie, chociaż trochę przed czasem – mówi. – Zawsze chciałem mieć restaurację. I choć dzisiaj nie mam dla siebie czasu, to jestem szczęśliwy. Z głośnika leci „La la land”. Krzysztof Łapawa jest szefem kuchni, wita gości, obsługuje. Kiedyś zamiast zająć się „męskimi” rzeczami, podglądał babcię w kuchni. Zaglądał do garnków, wypytywał. A potem zaczął gotować. Każde danie ma swoją koncepcję, jest ładnie podane. Na talerzu lądują leniwe pierogi. Nie ma cukru ani słodkiej śmietany. Są za to grzyby. Pachną nieziemsko, równie dobrze smakują. – Z grzybami podajemy sezonowo. Były już z bobem i innymi dodatkami. Na wiosnę znów zmienią się dodatki – uśmiecha się Krzysztof. – Popularne są u nas zupy: krupnik, solanka, zupa cebulowa. Mamy kalafiorową na wołowinie, oscypek, deser „piękna Helena” z gruszką duszoną z wanilią z sosen czekoladowym z koniakiem i lodami migdałowymi. Menu zmienia się wraz z porą roku. Można tu posłuchać muzyki filmowej, Wodeckiego, Młynarskiego.

Krzysztof Łapawa z „Oślej ławki”

Taczaka kończy się krzyżując się z ulicą Ratajczaka. Skręcam w lewo. Na Święty Marcin pędzą tramwaje, kierowcy zatrzymują się przepuszczając pieszych. W jednej z kamienic, za kinem i wystawnymi restauracjami bar kawowy. Deser „fantazja”, czy „Owoc południa”, znakomite koktajle, czekoladę na gorąco i lody od 40 lat niezmiennie serwuje Kociak. Nie ma nowoczesnego designu, kanap, białych obrusów. Ma za to przemiłą obsługę i wciąż znane na całym Starym Mieście słodkie przysmaki. W środku tłum. Ktoś zamawia, ktoś szuka miejsca. Krzesła szurają po podłodze. Klient szuka na ladzie rurek z bitą śmietaną. – Na wynos poproszę.

Od 1880 do 1955 roku przez Stary Rynek przejeżdżały tramwaje. Później stopniowo ograniczano tam ruch, a od 1970 mogą tam wjeżdżać tylko pojazdy ze specjalnym zezwoleniem

Z ulubionym koktajlem truskawkowym udaję się w prawo. Znów skręcam w Ratajczaka, tym razem kierując się w dół ulicy. Na placu Cyryla Ratajskiego mnóstwo zieleni. Mamy z dziećmi siedzą na ławeczkach i słuchają śpiewu ptaków. Nie ma tu już prostytutek, które kiedyś spotkać było można na każdej ulicy. Nie zatrzymują się samochody, a panowie nie pytają „za ile”? Od placu odchodzi Młyńska. I w myślach pojawia się: więzienie. Areszt śledczy znajdujący się na samym końcu budzi respekt i przykuwa wzrok. Czasem przejeżdża tędy więźniarka. Przykuwa też coś innego – Młyńska 12. Stara kamienica, której całkiem niedawno przywrócono dawny blask. Znajoma właścicieli tego miejsca, którzy wiele lat temu tu mieszkali, wchodzi na dziedziniec. Na jej policzkach pojawiają się łzy. – Tak właśnie było tu kiedyś – opowiada i łamie jej się głos. Odchodzę.

…i nowego życia w urzędzie
Cofając się do placu Cyryla Ratajskiego wchodzę w ulicę Libelta. Fotograf jeden za drugim, ksero, sklepy spożywcze. Wszystko dla klientów urzędu. Wydział Spraw Obywatelskich jak zwykle oblężony. – Co tak patrzysz na tę tablicę? – zaczepia mnie kolega z podstawówki. – Maciej, jak miło cię widzieć – odpowiadam. – System kolejkowy chyba się sprawdza, długo nie czekałem – mówi i odchodzi do suwanych drzwi. – Muszę wymienić dokumenty po rozwodzie – komentuje wysoka brunetka. – To gdzie mam iść? – Proszę pobrać numerek, wypisać formularz i zaczekać – informuje pani w okienku z napisem Informacja. Gorąco. Słońce wpada do środka wraz z tłumem ludzi. Każdy tu na cos czeka. Niektórzy na ładniejszy dowód, lepsze życie, żeby zarejestrować nowego członka rodziny. A niektórzy czekają niecierpliwie, bo mamy koniec dnia, a oni tu przyszli zwyczajnie pogadać z tymi, co stoją w kolejce. I tak od lat.