W ubiegłym roku obchodził 20-lecie pisania o restauracjach. Codziennie na nowo odkrywa Poznań i uważa, że jest trochę hermetyczny, zamknięty. Zagląda do najbardziej oczywistych i tych ukrytych miejsc znanych tylko wtajemniczonym. Chciałby, żeby w centrum miasta było więcej zieleni. Uważa, że miasto nie lubi się podobać i rządzi się własnymi prawami.

Z Maciejem Nowakiem, dyrektorem artystycznym Teatru Polskiego w Poznaniu i znanym krytykiem kulinarnym od nowa zwiedzamy i odkrywamy stolicę Wielkopolski, nie zapominając o teatrze…

ROZMAWIA: Elżbieta Podolska

Co Pan lubi w Poznaniu?
Maciej Nowak: Bardzo lubię poznańską kuchnię, szereg rzeczy mi się tutaj podoba. Poznałem fajnych ludzi. Bardzo pokochałem Teatr Polski. Łączy w sobie dwa moje żywioły, które przez całe życie mną kierowały, to znaczy z jednej strony teatr jako sztuka, która jest mi najbliższa, z drugiej strony cały ten aspekt historyczny. Czuję się wychowankiem profesora Zbigniewa Raszewskiego, który w Poznaniu się kształcił i do końca był z tym miastem bardzo sentymentalnie związany. Jeszcze w latach 80. woziłem rogale świętomarcińskie. Wychowany i ukształtowany przez profesora Raszewskiego doceniam smak teatru historycznego, dlatego krzyczę i przypominam poznaniakom, że mają najstarszy nieprzerwanie działający teatr w Polsce. Z tego powodu do logo teatru dołożyliśmy datę 1875, żeby było jak w porządnym sklepie jubilerskim w Amsterdamie.

Rzeczywiście my poznaniacy często o tym zapominamy lub tego nie wiemy.
Zderzenie z tym faktem miałem od razu na początku. Ukazywała się wtedy monografia architektoniczna naszego teatru i poproszono mnie o napisanie kilku słów wstępu. Użyłem wtedy zwrotu „najstarszy teatr w Polsce“, a następnie napisałem, że ani Stary czy Słowackiego w Krakowie, ani Narodowy nie działa tak długo. Gdy wysłałem tekst, natychmiast korekta w redakcji poprawiła najstarszy teatr w Polsce na najstarszy w Poznaniu, a porównanie z innymi teatrami wyrzucono, bo po co robić zamieszanie, po co konfliktować, wychodzić przed szereg. To jest charakterystyczne dla poznaniaków.

Nie lubimy robić zamieszania.
Czytam właśnie książkę o czasach dyrekcji w Teatrze Polskim Edmunda Rydygiera, krakowskiego artysty z przełomu XIX i XX wieku. Miał dokładnie te same spostrzeżenia co do poznaniaków, które mam i ja. Najpierw nastąpiła euforia, że przyjeżdża ktoś z Krakowa, a potem uwagi, że za bardzo się wychyla. Wiem, dlaczego tak się dzieje. Jednak polski żywioł pod zaborem pruskim był bardzo prześladowany i trzeba było przyjąć jakąś taktykę przetrwania. Polegała ona na tym, żeby się nie wychylać. Bardzo charakterystyczne dla Poznania jest to, że jest zamknięty jak konserwa rybna.

Fot. Teatr Polski

Czy znalazł Pan fajne miejsca w Poznaniu?
Cały czas je odkrywam, ale są one bardzo nieoczywiste. Tak po prostu trafić do nich nie można. Przed laty teatr zasłonięty był pierzeją kamienic i dlatego teraz strasznie się denerwuję, bo jest pomysł w mieście, żeby tę pierzeję odtworzyć. Tym bardziej, że mam pomysł alternatywny. Chciałbym, żeby na całym obszarze od Ratajczaka na tych wszystkich parkingach, na tym całym śmietniku, który tutaj jest, zrobić ogród miejski. Taki z muszlą koncertową, karuzelą, a zimą ze ślizgawką, z pawilonem kawowym. Na tylnych, pustych ścianach kamienic mogłyby powstać pionowe ogrody jak w Berlinie. Zieleni tutaj za dużo nie ma i w tym wymarłym śródmieściu taki ogród mógłby być generatorem energii.

A co z tymi odnalezionymi ukrytymi miejscami?
Idę sobie ul. Mielżyńskiego w poszukiwaniu księgarni. Widzę, że jest siedziba Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Wchodzę na dziedziniec i… arkadia. Stoi też tam ukryty pomnik Mickiewicza. Nie jest to wcale oczywiste, że warto tam wejść. Kamienica niczym się nie wyróżnia, nie jest specjalnie atrakcyjna. Uwielbiam tę księgarnię i kawiarenkę obok. Jest to niezwykłe miejsce, ale trzeba je znaleźć. Tak samo jak odkryta przeze mnie stołówka w dawnym KW w Collegium Historicum. I to kolejne takie miejsce, że jak się o nim nie wie, to się nie wejdzie i nie znajdzie. Budynek jest opustoszały, nie jest sympatyczny. Wprowadził mnie tam ktoś i się zachwyciłem. Bywam tam. Takich miejsc jest w Poznaniu znacznie więcej. Sam Zamek też jest odpychający, ale jak już się tam wejdzie, to odkrywa się nowe miejsca: kawiarenka, księgarnia, kino i robi się przyjemnie. Poznań nie lubi się podobać. To jest rzecz, która mnie dziwi, ale to jest też odniesienie do kolejnego aspektu, o którym mówił Filip Bajon, że jest to miasto za zasłoniętymi firankami. To porównanie budzi też upiorne skojarzenia z tym, co się tutaj działo. Paradoksalnie te afery sprzed kilku lat związane z pałacem arcybiskupim czy chórem chłopięcym to nie jest tak, że one w Poznaniu się wcześniej nie zdarzały. Niedawno odkryłem, że w 1926 roku była tutaj analogiczna afera, która przez historyków tamtego czasu określana była jako największy skandal obyczajowy Rzeczypospolitej. W tę aferę pedofilską zamieszany był weteran powstania wielkopolskiego, postać wysoce patriotyczna, dziennikarz radiowy i lubiany felietonista, który jak się okazało firmował domy schadzek dla dorosłych panów i małych dziewczynek. To był wielki skandal.

Dobrze wiem, że Poznań kocha Teatr Nowy. Wielokrotnie mi się zdarzało, że wsiadałem do taksówki i prosiłem do Teatru Polskiego, a taksówkarz mnie wiózł na Dąbrowskiego. To jest przykre. Mam nadzieję, że to trochę zmienimy, że wywołamy odrobinę świeżego podmuchu, ale nie na tyle, żeby wygnać stąd duchy

Do tej pory nie miał Pan do czynienia z tak zamkniętymi grupami?
Ja się trochę boję takich zasłoniętych firanek. Na początku, kiedy tu przyjechałem, ktoś mi powiedział, żebym raczej nie umawiał się na spotkania służbowe po godzinie 16-17. To jest czas dla rodziny, prywatnych spraw, żeby zrobić obiad, sprzątać, zajmować się dziećmi. To jest coś, co mi nie odpowiada. Spędziłem 15 lat zawodowo, teatralnie w Gdańsku, a mieszkam na stałe w Warszawie i w obu tych miastach jestem przyzwyczajony do życia wieczornego, knajpianego, kawiarnianego i dancingowego. Dzięki temu poznaję mnóstwo ludzi. Tutaj jest to jednak spory kłopot. Tutaj nadal istnieje model prywatki czy domówki. Jak się tam dotrze, to jest to fajne, ale wcześniej trzeba kogoś znać, by zostać wprowadzonym. Wejść w te zaklęte rewiry Poznania nie jest łatwo.

18 godzina i Poznań pustoszeje..
Śródmieście Poznania wymiera. Wokoło teatru są w tej chwili same pustostany. McDonalds, które skupia życie towarzyskie i energię w tej okolicy. Tutaj nawet nie ma miejsca, gdzie można pójść na wódkę, co w przypadku instytucji artystycznej jest niezbędne. Znam legendy o Smakoszu i sam go pamiętam z lat 90. Stanisław Hebanowski, kierownik literacki tego teatru, tam przyjmował. Knajpa jest przestrzenią niezbędną do życia dla ludzi teatru. Funkcjonujemy trochę tak jak na bezludnej wyspie.

Ale jednak ludzie przychodzą do Teatru Polskiego.
Dobrze wiem, że Poznań kocha Teatr Nowy. Wielokrotnie mi się zdarzało, że wsiadałem do taksówki i prosiłem do Teatru Polskiego, a taksówkarz mnie wiózł na Dąbrowskiego. To jest przykre. Mam nadzieję, że to trochę zmienimy, że wywołamy odrobinę świeżego podmuchu, ale nie na tyle, żeby wygnać stąd duchy. Chcemy przywrócić pamięć tego teatru, z którym związani byli najwybitniejsi ludzie.

Bardzo zawyża Pan średnią czytelnictwa w Polsce. Jest Pan otoczony książkami. Co Pan czyta?
Ciekawi mnie, co ludzie myślą. Znam ludzi, którzy czytają dużo więcej ode mnie. Czytam potwornie chaotycznie. Sięgam tylko po to, co mnie interesuje. A interesują mnie kwestie społeczne, polityczne, kultura materialna, obyczajowość, antropologia.

Czyli nie kryminały i romanse?
Nie, ale nie mam wobec takiej literatury żadnej niechęci. W żadnym wypadku. W moich lekturach pojawia się też klasyka, tym bardziej że nie doczytałem wszystkiego, jak należy. Ostatnio odkrywam np. Zolę i jego kolejne książki. Jestem też pełen respektu wobec młodych autorów poznańskich: „Skoruń“ Macieja Płazy to jest coś niesamowitego. Jestem pod ogromnym wrażeniem „Fanfika“ Natalii Osińskiej. Bardzo też cenię Kubę Wojtaszczyka, zresztą jego debiutancką książkę „Portret trumienny“ będziemy już niebawem adaptowali. Jestem wielkim fanem Aleksandra Przybylskiego i jego „Literackiego almanachu alkoholowego“. Mieć taką kulturę literacką i wiedzę, żeby zgromadzić tych kilkaset cytatów… I jeszcze mógłbym tak wymieniać. Na przykład Jarosław Urbański „Społeczeństwo bez mięsa“. Socjologiczne podejście do wegetarianizmu. Nie jestem wegetarianinem, jestem ścierwojadem, ale to bardo ciekawe spojrzenie i kompleksowe.

Fot. Teatr Polski

A jakie jest środowisko studenckie i naukowe tu w Poznaniu?
Pytała Pani, jak oglądam Poznań. To jeszcze muszę powiedzieć, że dla mnie bardzo dużym atutem i zaskoczeniem jest bardzo żywe środowisko intelektualne i akademickie. I mówię to z przykrością, porównując do Trójmiasta, gdzie spędziłem tyle czasu. Tutaj są znakomici badacze i naukowcy zarówno w dziedzinie humanistyki, jak i nauk ścisłych. Znakomity jest też mój kontakt z teatrologami i antropologami.

Czy bycie krytykiem kulinarnym nie przeszkadza w byciu teatrologiem? Większość postrzega Pana poprzez kuchnię i felietony o restauracjach.
Już z tego nie wybrnę. Dwadzieścia lat temu, jak zaczynałem to robić, to myślałem, że to będzie żart, chwila i koniec. W ubiegłem roku obchodziłem 20-lecie pisania co tydzień o restauracjach. To jest dla mnie zaskoczenie. Wiem, wiem, że ludzie mnie tak odbierają. Często pytają mnie co ja tu robię? Pracuję w teatrze i wielu jest zdumionych. Ale są też korzyści. W moim postrzeganiu, my ludzie związani na co dzień z teatrem, z obszarami kultury wysokiej, mamy w sobie rodzaj arystokratyzmu. Jesteśmy przeświadczeni, że to czym się zajmujemy, jest takie troszkę lepsze i to nas stygmatyzuje ku wyższym sprawom. Natomiast kulinaria należą niewątpliwie do popkultury i kultury niższej – bardzo ważnej. To pozwala mi zachować równowagę. Nie jestem tym Panem, który z wysokości poucza – chodźcie do teatru, tylko jestem trochę kumpel, który rozumie też potrzeby odbiorców kultury popularnej. Kiedy w ostatnim czasie wychodzenia „Przekroju“ zaproponowano mi pisanie recenzji teatralnych, to zauważyłem, że patrzę inaczej, zmieniło mi się słownictwo, podejście, już nie jestem panem wszystkowiedzącym. Łatwiej mi też nakłaniać ludzi do przyjścia tutaj, bo chcą zobaczyć tego grubasa w muszce, czy on rzeczywiście taki jest i czy nie ściemnia.

Ale przecież kulinaria to też sztuka i to czasem bardzo nadęta.
Co do tego, że kulinaria należą do kultury, nie mam najmniejszych wątpliwości. I to jest bardzo fajne.

Chciałbym, żeby na całym obszarze od Ratajczaka na tych wszystkich parkingach, na tym całym śmietniku, który tutaj jest, zrobić ogród miejski. Taki z muszlą koncertową, karuzelą, a zimą ze ślizgawką, z pawilonem kawowym. Na tylnych, pustych ścianach kamienic mogłyby powstać pionowe ogrody jak w Berlinie

Co Pan robi wieczorami?
Krążę cały czas między Warszawą a Poznaniem. Zdarzyło mi się, że jednego dnia pokonałem ten dystans trzy razy. Tak też funkcjonowałem między Warszawą a Gdańskiem przez 15 lat, potem przez 9 byłem tylko w Warszawie. Bardzo mi takie życie odpowiada. Jednak jestem psem, który jeździ koleją i bardzo się dobrze czuję w pociągach. Uważam, że powinienem uzyskać odznakę honorowego kolejarza RP. Dużą część mojego życia pochłaniają podróże, które bardzo lubię, ale też dlatego, że jest to czas na czytanie, myślenie. Jestem samotny, to znaczy mam rodziców, ale ja jestem dorosłym synkiem, a oni dorosłymi ludźmi i czasem się spotykamy. Brak rodziny sprawia, że mam dużo czasu na czytanie, chodzenie po knajpach, do kina, do teatru. Staram się być, co jest niezbędne na stanowisku dyrektora artystycznego teatru, na bieżąco z tym, co się w Polsce dzieje. Więc jeżdżę i oglądam.

I do tego telewizja…
Telewizja jest bardzo miła, a najmilsze są te przelewy, które pojawiają się na koncie. Nigdy nie przychodziło mi do głowy, że znajdę się w telewizji, że nauczę się pracy przed kamerą. To tak jak mi nie przychodziło do głowy, że zostanę Panem od Obiadów. Los przynosi takie rzeczy i trzeba z nich korzystać.


Maciej Nowak, 53 lata
Początkowo dziennikarz związany z miesięcznikiem „Teatr“, następnie redaktor naczelny „Gońca Teatralnego“ (1990-1992) i „Ruchu Teatralnego“ (1994-2005). Współpracuje z „Gazetą Wyborczą“, m.in. jako jej recenzent kulinarny. W latach 2000-2006 pełnił funkcję dyrektora Teatru Wybrzeże w Gdańsku. W latach 2003-2013 dyrektor Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. Od roku 2015 dyrektor artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu.