fbpx

Teatr Nowy przy ulicy Dąbrowskiego to szczególne miejsce na kulturalnej mapie Poznania. Znajduje się w secesyjnej kamienicy wzniesionej na początku XX wieku, wieczorami pięknie oświetlonej. To tu Izabela Cywińska zrealizowała  w 1981 roku rozliczeniowe widowisko „Oskarżony: czerwiec pięćdziesiąt sześć” na podstawie zeznań świadków poznańskich wydarzeń czerwcowych. To właśnie na deskach tego teatru podczas prób do sztuki „Król Lear” w 1991 roku zmarł Tadeusz Łomnicki późniejszy patron sceny.

O poznańskiej publiczności, mitach i stereotypach z dyrektorem Teatru Nowego Piotrem Kruszczyńskim

ROZMAWIA: Małgorzata Rybczyńska.

Zajrzał Pan wczoraj wieczorem na przedstawienie w swoim teatrze?
Oczywiście!

Tak jest codziennie?
To nawyk, który wyrobiłem sobie, będąc dyrektorem teatru w Wałbrzychu, gdzie przez kilka lat mieszkałem w budynku teatru. Mogłem wtedy o każdej porze dnia i nocy zejść na scenę w kapciach albo jakbyśmy powiedzieli w Poznaniu ­-  w laczkach, i z balkonu podglądnąć spektakl lub choćby pooddychać powietrzem pustej sceny. Pracę w Nowym też rozpocząłem od mieszkania w teatrze i przywykłem do takiej sytuacji, że na ogół jestem obecny na wieczornym spektaklu. Czasem oglądam jednocześnie fragmenty dwóch, a nawet trzech przedstawień, przechodząc ze sceny na scenę.

Częściej patrzy Pan na scenę, czy na widownię?
Przez widownię na scenę. Jest takie zaciszne miejsce, to kabina elektroakustyczna, znajdująca się za plecami widzów i oddzielona od nich szybą. Stamtąd mam najlepszy widok. Nauczyłem się oceniać siłę oddziaływania spektaklu obserwując, jak widzowie poruszają się w fotelach.

To wczorajsze przedstawienie było „premierą z legitymacją”. Właścicieli jakich legitymacji było więcej: uczniowskich, studenckich czy emeryckich?
W rozmowie, która tradycyjnie odbywa się po takim przedstawieniu, mieliśmy proporcje wiekowe idealnie rozłożone. A zazwyczaj jest tak, że w dni powszednie częściej przychodzą licealiści i studenci, bo bilety są wtedy nieco tańsze. Piątek i sobota to w większości ustabilizowani życiowo widzowie w średnim wieku, a niedziela – spotkania familijne i publiczność nieco starsza.

Jest Pan w Nowym od 2011 roku. Trafił Pan do uznanej sceny z pomnikowym patronem w bogatym, mieszczańskim Poznaniu – czy publiczność zmieniła się przez te lata?
Przede wszystkim trudno mi diagnozować Poznań będąc rodowitym poznaniakiem. Z tym mam zawsze kłopot, więc proszę o opinię reżyserów, którzy do nas przyjeżdżają i w ten sposób odświeżam sobie wizerunek miasta. Wydaje mi się, że na początku widownia nam się odmłodziła. Może dlatego, że przychodząc do Nowego, miałem opinię tego, który wykreował swego czasu młodych, awangardowych reżyserów: Klatę i Kleczewską. Na pewno różnorodność repertuarowa jest kluczem do zapraszania wszystkich widzów niezależnie od ich stopnia teatralnego wtajemniczenia. Mamy spektakle trudniejsze i łatwiejsze w odbiorze. Zasada jest prosta: każdy z nich musi zawierać ważne przesłanie, bez tego nie ma mowy o jakości.

Fot. Jakub Wittchen/Teatr Nowy w Poznaniu

Chciał Pan ściągnąć do Nowego wiarę z fyrtla, nie tylko jeżyckiego …
Trzy lata temu, w roku jubileuszu 90-lecia teatru zaczęliśmy opowiadać lokalne historie, a naszym najbardziej spektakularnym osiągnięciem w tej dziedzinie był cykl spektakli „Jeżyce Story”. W dwie niedziele przenieśliśmy się nawet z teatru na Rynek Jeżycki, gdzie aktorzy stanęli przy straganach i opowiadali spisane wcześniej biografie swoich bohaterów. Część widzów uwierzyła, że są to autentyczne opowieści z życia aktorów, więc doszło do szczerych rozmów. To są najcenniejsze teatralne doświadczenia, kiedy nie znając magii teatru, nagle zaczynamy w niego wierzyć, wzruszamy się jak dzieci wierzące w bajkę, którą opowiadają rodzice. To najpiękniejsza teatralna inicjacja. Mam wrażenie, że wtedy – na rynku – parę zamkniętych dusz udało się teatralnie otworzyć, odkryć ich skrywaną dotąd wrażliwość.

Zna Pan wiele scen w Polsce, w mniejszych i większych miastach. Jest coś charakterystycznego w poznańskiej publiczności, coś, co nas odróżnia? Zacznijmy od pozytywów…
Ale ja w ogóle nie myślę negatywnie o poznaniakach! Owszem, sam słyszałem wielokrotnie zarzuty, że jestem zbyt konkretny, pragmatyczny, z nikłą dozą romantyzmu. Jednym słowem – nudziarz z miasta biznesu i handlu (śmiech). Poznań jest takim samym miastem jak każde inne, bardzo zróżnicowanym, pełnym barw. A wszelkie stereotypy i mity o nim sami chętnie powielamy, bo dzięki temu miasto ma swoją prostą definicję.

A czy widzowie w tym teatrze lubią być zaskakiwani, lubią konfrontacje z niewygodnymi faktami?
Myślę, że najfajniejsze jest to, że my-poznaniacy zaczęliśmy się jawić światu jako ludzie otwarci. Mam wrażenie, że takiemu wizerunkowi mieszkańców bardzo przysłużył się prezydent Jacek Jaśkowiak. Potrafimy być dumni z tego, że Poznań jest miastem wyzwolonym od złych polskich stereotypów, że jesteśmy blisko Europy. Dlatego łatwiej nam dziś konfrontować się z trudnymi, czy niepopularnymi sytuacjami, które ukazuje scena. Jeszcze parę lat temu tak nie było.

W tej chwili jest wiele nurtów w teatrze, jeśli ma Pan, jako dyrektor teatru, wybierać pomiędzy sztuką traktującą o naszych współczesnych problemach a klasycznym tekstem dramatycznym Szekspira, Moliera, Ibsena, Strindberga, co Pan wybierze?
Kryterium jest jedno: o czym zamierzamy zrobić przedstawienie. Jeśli reżyser chce pracować nad tekstem klasycznym, zawsze pytam, co aktualnego w nim znalazł. Przecież każdy z klasycznych tekstów pisany był w określonych realiach społecznych, politycznych i odnosił się do określonej rzeczywistości, zazwyczaj krytycznie. W związku z tym dziś trzeba znajdować w klasyce to, co nas uwiera, dotyka i boli – tu i teraz. Nowe interpretacje to – moim zdaniem – jedyna rozsądna forma prezentowania klasycznej literatury. Zdaję sobie sprawę, że cześć widzów uwielbia kostium historyczny na scenie, ale jeżeli już opakowujemy Szekspira w stary kostium, to starajmy się przynajmniej nadać mu współczesną myśl.

Powiedział Pan, że „teatr nie cierpi dystansu, to bliskie spotkanie żywych ludzi”, ale niektórzy chcą usiąść wygodnie w fotelu i po prostu obejrzeć spektakl, czy to źle?
Widz zawsze jest uczestnikiem spektaklu. Nawet kiedy zamyka się na wydarzenia sceniczne. Teatr to nieustanna wymiana: myśli, emocji, energii. Przecież aktor bezustannie czuje energię płynącą z widowni i na nią reaguje. Przedstawienie tej samej sztuki może być jednego wieczoru gorące, a drugiego – zimne. Tym różni się teatr od kina. Widz teatralny ma zawsze wpływ na to, jak aktor zagra. To nas fascynuje od tysiącleci i jest ogromną siłą teatru.

Fot. Bartłomiej Sowa/Teatr Nowy w Poznaniu

Dla wielu teatr, to miejsce gdzie przychodzi się odświętnie ubranym i należy celebrować sztukę przez duże S – zgadza się Pan z takim widzeniem teatru?
Wychowywałam się na teatrze Izabelli Cywińskiej, który kojarzył mi się raczej ze swetrem peerelowskiego inteligenta, niż modnym garniturem. Potem, mniej więcej od połowy lat 90-tych, poznaniacy zaczęli traktować Nowy bardzo elitarnie i zamiast przychodzić do teatru, często wręcz „wstępowali w jego progi”. W ciągu pięciu lat mojej dyrekcji starałem się to zmienić. Dziś czuję satysfakcję, że dla wielu naszych widzów przyjście do teatru jest normalną czynnością wynikającą z potrzeby duszy i nie wymaga obowiązkowego przystrojenia się w niedzielny garnitur. Wizyta w teatrze nie ma być świątecznym występem .

To, kiedy Pan tak obserwuje widzów z kabiny, co Pan widzi?
(śmiech) Widz „wbity w fotel” – o tak! To jest najpiękniejsze! Czasem zdarza się też lekkie pochylenie do przodu, co znaczy, że scena intryguje i wciąga. Są różne pozycje boczne, takie trochę „spoczynkowo-zmęczeniowe”. Dzięki nim wiem, w których momentach spektaklu mamy jakąś mieliznę, nad którą jeszcze trzeba popracować. Najgorsza jest pozycja „telefoniczna”. Niestety często charakteryzująca najmłodsze pokolenie. Wtedy głowa skierowana jest do dołu, a z foteli bije charakterystyczna łuna. Cóż, pozostaje tylko mieć nadzieję, że te wszystkie informacje wysyłane z widowni na modnym messengerze, czy przestarzałym sms-em, dotyczą spektaklu.