fbpx

Mieszka na poznańskiej Wildzie. W ubiegłym roku wspólnie z Jakubem Brzezińskim zdobył tytuł wicemistrza kraju w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski. Startował też w mistrzostwach świata. Pilotem rajdowym jest już trzynaście lat. Jeździł m.in. z Robertem Kubicą, Leszkiem Kuzajem i Tomkiem Kucharem.

ROZMAWIA: Joanna Małecka-Synoradzka

Cieszy się z sukcesu każdego zawodnika, z którym wsiada na prawy fotel. Kiedy zaczyna opowiadać o rajdach świecą mu się oczy, choć wiele przeszedł. Na co dzień można go zobaczyć za kierownicą sportowego białego auta marki Kia, którym przemierza Poznań lub na szkoleniach z bezpiecznej jazdy. Mimo swoich osiągnięć należy do jednej z najskromniejszych osób, z jaką rozmawiałam. Uważa, że uczyć trzeba się całe życie, bo tylko w ten sposób dąży się do doskonałości.

W ubiegłym roku pracowałeś z Jakubem Brzezińskim, z którym udało się zakończyć sezon rajdowy z tytułem Wicemistrza Polski. Wystartowaliście także w kilku rundach mistrzostw świata. Jak oceniasz tę współpracę?
Jakub Gerber: To dla mnie kolejne doświadczenie zarówno w Polsce, jak i zagranicą. W kraju miałem okazję startować samochodem klasy R5, czyli najszybszym, jakim w tej chwili można jeździć. No i też miałem okazję uczestniczyć w największej imprezie z cyklu mistrzostw świata, startując w Pucharze Dmack Fiesta Trophy. Dla mnie był to pozytywny rok pod kątem doświadczeń. Jeśli chodzi o współpracę z zespołem, nie chcę tego oceniać w tej chwili.

Jesteś zadowolony ze startów w mistrzostwach świata?
Tak. I chociaż początkowo wydawało mi się, że to będzie ciężka praca, bo starty za granicą są bardziej wymagające, to jakoś łatwo mi to przychodziło. Uważam, że przy nakładzie pracy, który włożyłem w tę pracę, efekt był zadowalający.

Co Ci dały te starty?
Na pewno więcej kontaktów z ludźmi, których chciałem poznać, ale też kolejny rok w moim rajdowym CV, który może zaprocentować w przyszłości. Zdobyte doświadczenie powoduje, że otwierają się kolejne, rajdowe drzwi, poza Polską.

Chciałbyś nadal jeździć na zagranicznych imprezach?
Oczywiście, ale chciałbym pojawić się też na polskich odcinkach specjalnych. Każdy, kto kocha ten sport, chce jeździć jak najwięcej.

Jaka jest różnica pomiędzy startami w kraju a za granicą?
Na pewno rajdy zagraniczne są dłuższe i wymagają lepszego przygotowania merytorycznego i fizycznego. Po ciężkim zapoznaniu z trasą, które bardzo długo trwa, mamy przed sobą kolejne trzy dni rajdu. Oesy są bardzo trudne, a to powoduje, że trzeba być maksymalnie  skoncentrowanym do samego końca, bo o błąd nietrudno.

Fot. Colinteam

Niektórym wydaje się, że sport samochodowy to nic trudnego, wystarczy wsiąść do auta i jechać przed siebie. Jak wyglądają przygotowania do rajdu?
Każdy liczący się zawodnik, który ma zamiar walczyć o najwyższe lokaty, musi myśleć o kondycji. Starty są wyczerpujące. Spędzamy godziny w rajdówce, w jednej pozycji, do tego maksymalna koncentracja. Kiedy za oknem jest 30 °C, w rajdówce jest 60 °C. Tu nie ma klimatyzacji. Przy tego typu pracy najważniejsza jest wytrzymałość. Zmęczony pilot czy kierowca nie powinien wsiadać do rajdówki.

Jak często trzeba ćwiczyć, żeby mieć dobrą formę?
To jest kwestia indywidualna. Można ćwiczyć codziennie, można raz w tygodniu. Myślę, że najlepiej jeśli postawimy sobie cel i określimy do czego dążymy. W okresie zimowym, kiedy nie ma startów, treningi powinny być bardziej zintensyfikowane, najlepiej pod okiem trenera. W sezonie, kiedy nie ma już na to tyle czasu, trzeba ćwiczyć samemu. Widzę po sobie, że częste treningi przynoszą rezultaty. Już nie męczę się w trakcie rajdu. Oczywiście, oprócz ćwiczeń ważna jest dieta i sposób życia. Jeśli ktoś ma aspiracje i chce zajść naprawdę daleko, to musi podporządkować rajdom całe swoje życie. Nie da się grać w piłkę, a przy okazji palić paczki papierosów i imprezować.

Jak wygląda praca pilota rajdowego?
Przygotowanie do rajdu zaczyna się od zaplanowania samego wyjazdu. Rajdy w Polsce trwają zazwyczaj cztery dni, za granicą do tygodnia. Jeśli zespół nie ma koordynatora, logistyką najczęściej zajmuje się pilot. Przede wszystkim trzeba zorientować się, gdzie znajduje się biuro rajdu i strefa serwisowa, żeby jak najbliżej szukać noclegu. Trzeba załatwić transport zespołu, bo nie wiadomo, czy przyjedzie, przyleci, czy przypłynie. Następnie organizujemy wszystkim pracę. A na końcu skupiamy się na zadaniach pilota – trzeba zorientować się, jak przebiega trasa rajdu, gdzie znajdują się odcinki specjalne i zaplanować kiedy, i jak się z nią zapoznać. Mamy tu określony czas, więc trzeba to zrobić z głową. Pilot dodatkowo musi przygotować się z wydarzeń przed rajdem i wiedzieć kiedy jest badanie kontrolne, uroczysty start, konferencja prasowa. Zanim wyjedziemy na oesy, jesteśmy taką sekretarką, która musi pilnować wszystkiego: czasu, kolejnych wydarzeń i obowiązków związanych ze startem. Wszystko po to, żeby kierowca nie musiał się o nic martwić.

Jakub Gerber (po lewej) z Jakubem Brzezińskim. Rajd Nadwiślański 2016 r. – I miejsce w klasyfikacji generalnej

Jak wygląda opisywanie trasy rajdu?
Notatki opowiadają drogę, po której jedziemy. I jeśli kierowca i pilot wiedzą jak opisywać trasę, to jest połowa sukcesu. To, co napiszemy, ma za zadanie powiedzieć kierowcy, co wydarzy się za chwilę. Przy ogromnej prędkości, którą jedziemy, kierowca nie widzi, co czeka na niego za kolejnym zakrętem. Pilot musi tak wszystko przedyktować, żeby nie wypaść z trasy i dojechać na metę. Drogę opisujemy przy pomocy cyfr, które mają powiedzieć, jak szybko pokonać kolejny odcinek trasy, czy zakręt jest w lewo, czy w prawo. Kierowca opisuje też kąt zakrętu. Opis oczywiście musi być dopasowany do własnych umiejętności, co daje gwarancję dobrego przejazdu. Jeśli kierowca nie do końca ufa temu, co sam napisał i zaczyna kombinować, to nic z tego nie wychodzi. Notatki powstają podczas zapoznania z trasą. Wygląda to tak, że przed rajdem przejeżdżamy cywilnym samochodem wszystkie odcinki, kierowca dyktuje pilotowi poszczególne elementy drogi, a ten notuje wszystko w zeszycie.

Spędzamy godziny w rajdówce, w jednej pozycji, do tego maksymalna koncentracja. Kiedy za oknem jest 30 °C, w rajdówce jest 60 °C. Tu nie ma klimatyzacji. Przy tego typu pracy najważniejsza jest wytrzymałość. Zmęczony pilot czy kierowca nie powinien wsiadać do rajdówki

„Lewy sześć szczytem śmiało” – co to oznacza?
Określa to bardzo szybki zakręt w lewo, sześć, czyli możemy jechać na szóstym biegu i pełnym gazem. Szczytem to wiadomo, że jedziemy przez jakiś szczyt, górkę.  A śmiało to oznacza, żeby się nie bać, bo po drugiej stronie wzniesienia nic nie ma.

Zawsze chciałeś bić pilotem rajdowym?
Zawsze chciałem być pilotem, ale czy rajdowym, to wyszło dopiero później. Jak miałem trzynaście lat to chciałem pilotować myśliwce, a potem zakochałem się w śmigłowcach. Chyba wpłynął na to serial „Airwolf”, który namiętnie oglądałem. W wieku piętnastu lat trafiłem na lądowisko na Półwyspie Helskim, gdzie odbywały się loty widokowe. Całe wakacje kręciłem się wokół śmigłowców. Przy okazji oczywiście latałem, co sprawiało mi ogromną radość. Trwało to dopóki nie zrobiłem prawa jazdy. Wtedy polubiłem jazdę samochodem i trochę odpuściłem latanie. Niestety licencja pilota była bardzo kosztowna, a droga do aeroklubu daleka, więc przesiadłem się do samochodu.

Pamiętasz swój pierwszy start w rajdzie?
Tego się nie zapomina. Zaczynałem od amatorskich imprez, startując Oplem Kadetem 1300, który należał do mojej mamy. Potem stwierdziłem, że to auto nie ma na tyle mocy, żeby nim rywalizować i przesiadłem się do Kadeta GSI, z dwulitrowym silnikiem. Próbowałem swoich sił w różnych imprezach, m.in. na Torze Poznań. Goniłem najlepszych. Zdarzały mi się miejsca na podium, ale też dalsze lokaty. Miałem wtedy osiemnaście lat i o rajdach nie wiedziałem nic. Pamiętam, że pewnego dnia kolega, z którym rywalizowałem – Jacek Witucki, którego serdecznie pozdrawiam, zaproponował, żebyśmy pojechali do okręgu bydgoskiego i tam spróbowali swoich sił. Powiedziałem, że nie mam pieniędzy na takie starty, a Jacek zaproponował mi jazdę na prawym fotelu. I tak zostałem pilotem. Jeździliśmy razem w okręgu bydgoskim i wielkopolskim – i wygrywaliśmy. I trochę spełniło to moje oczekiwania związane z wygrywaniem. Pewnego dnia doszliśmy do wniosku, że trzeba iść dalej i stare Polo, które mieliśmy, przygotowaliśmy do profesjonalnych rajdów: zbudowaliśmy klatkę, wstawiliśmy specjalne fotele i ruszyliśmy na podbój pucharu Polskiego Związku Motorowego. I wtedy po raz pierwszy założyłem profesjonalny kombinezon, wziąłem zeszyt i poczułem się zawodnikiem, takim prawdziwym. Zaczynaliśmy od zera. Uczyliśmy się opisu, techniki jazdy, przygotowania do rajdu. Wtedy nie było Internetu, więc pracowaliśmy na mapie. Dużo się nauczyłem. Czerpałem wiedzę od lepszych od siebie, np. od Maćka Szczepaniaka, Jarka Barana, no i Macieja Wisławskiego, którego znają chyba wszyscy.

I miejsce Citroën Racing Trophy 2014

Przygoda z Jackiem jednak się skończyła. Dlaczego?
Kończąc sezon i wygrywając w klasyfikacji samochodów z napędem na przednie koła w kategorii N3, jednocześnie zajmując trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej, podjęliśmy decyzję, że puchar PZM to dla nas ciągle za mało. Pojawiła się zapowiedź Pucharu Peugeota 206 w Mistrzostwach Polski. Stwierdziliśmy, że trzeba spróbować i zaczęliśmy się szykować. Niestety nasze  plany przerwał poważny wypadek Jacka – nie z jego winy. Długo dochodził do siebie, potem starał się wrócić do rajdów, ale zdecydował się tylko na imprezy amatorskie.

Co było dalej?
Po kilku latach przerwy spotkałem na swojej drodze Tomka Kuchara, któremu sprzedawałem części do samochodu. Po jakimś czasie otrzymałem od niego zaproszenie na prawy fotel, co było dla mnie wielkim wyróżnieniem. Jechaliśmy rundę Mistrzostw Świata na Korsyce, więc zostałem rzucony na głęboką wodę. Pierwszy raz siedziałem w profesjonalnej rajdówce. Udało się przejechać rajd sprawnie, chyba skończyliśmy na szóstym miejscu w klasie, a więc bardzo dobry wynik.

Był to dla Ciebie trudny start?
I tak, i nie. Z jednej strony łatwy, bo kompletnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Z drugiej, kiedy zorientowałem się, że trasa jest bardzo trudna, ma mnóstwo zakrętów i długi opis, byłem już zmęczony. To było dopiero zapoznanie, a przed nami kolejne trzy dni zmagań. Było ciężko. Po powrocie do domu czułem ogromną satysfakcję, że udało mi się zadowolić Tomka Kuchara. I tak, po tym rajdzie współpracowaliśmy ze sobą kolejne trzy lata. Kończyliśmy z tytułem wicemistrza Polski w klasyfikacji generalnej i mistrza Polski w grupie. Tomek nauczył mnie wszystkiego, bo zwyczajnie chciał mnie nauczyć.

Na czym polega współpraca pomiędzy kierowcą a pilotem, poza robieniem notatek?
Zależy na jakiej stopie. Na stopie profesjonalnej kierowca wymaga, a pilot musi robić – tak to wygląda. Na przyjacielskiej to zależy, kto czego oczekuje. Są kierowcy, którzy w pilocie chcą mieć przyjaciela, a więc oparcie, bo rajdy są stresujące. Są też tacy, że traktują się jak znajomi na rajdzie, a po wszystkim postanawiają od siebie odpocząć. I jak w każdym związku dochodzi do konfliktów. Sztuką jest te nieporozumienia wyjaśniać i precyzować, kto co źle zrobił, żeby następnym razem nie popełniać błędu, bo na samej górze tej piramidy jest wynik. Jeśli nie uczymy się na błędach i nie przyjmujemy konstruktywnej krytyki, to nie ma sensu współpracować. Najgorsze, co może być w pracy zespołowej i dotyczy to wszystkich zawodów, to okłamywanie siebie nawzajem. Bez zaufania nie ma współpracy.

Po Tomku Kucharze przyszły kolejne starty. Jakie?
Miałem jeździć z Leszkiem Kuzajem, którego wtedy wszyscy uważali za najlepszego kierowcę w Polsce. Trochę się pozmieniało i podjąłem współpracę z innymi kierowcami, dla których rajdy były formą nauki, a ja mogłem im pomóc. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, bo poznałem wielu ciekawych ludzi. W końcu trafiłem do Janka Chmielewskiego, który był u szczytu kariery. Dwukrotnie zdobyliśmy tytuł mistrza Polski. W międzyczasie jeździłem też z Robertem Kubicą, który starty w rajdach traktował bardziej treningowo, bo jeździł w Formule 1. Pracując z nim obserwowałem, jak ciężko trzeba pracować, żeby osiągnąć sukces.

Z Robertem Kubicą

Dużo nauczyłeś się od Kubicy?
Bardzo. Przekazał mi wiele wspaniałych rzeczy, wskazówek. Wszyscy wiedzą, że Robert jest duszą towarzystwa i ma wiele do powiedzenia, więc samo spędzanie z  nim czasu było ogromną przyjemnością. Mogę chyba powiedzieć, że się przyjaźniliśmy, bo przez najbliższe otoczenie Roberta czułem się traktowany niemal jak członek rodziny

Dopiero w chwili uderzenia zobaczyłem, że Robert trzyma się za rękę, a po chwili traci przytomność. Miałem wiele wypadków, ale konsekwencje tego były wyjątkowe. Mnie, na szczęście, nic się nie stało, ale to zdarzenie na pewno pozostawiło rysę na mojej psychice

Podczas rajdu Ronde di Andora mieliście poważny wypadek, który obserwowali chyba wszyscy Polacy, nawet nie związani z motorsportem. W zderzeniu z barierą mocno ucierpiał Robert Kubica. Siedziałeś wtedy na prawym fotelu. Co czułeś?
Pokonaliśmy cztery kilometry pierwszego odcinka specjalnego. Patrzyłem na notatki i nie zauważyłem momentu, w którym zarzuciło samochodem. Dopiero w chwili uderzenia zobaczyłem, że Robert trzyma się za rękę, a po chwili traci przytomność. Miałem wiele wypadków, ale konsekwencje tego były wyjątkowe. Mnie, na szczęście, nic się nie stało, ale to zdarzenie na pewno pozostawiło rysę na mojej psychice.

Jakie emocje Ci towarzyszą, kiedy wsiadasz do rajdówki?
Na pewno związane z rywalizacją. Lubię prędkość, adrenalinę, przeciążenia i czekam na zwycięstwa.

Testy przed Rajdem Rzeszowskim

Jak rodzina reaguje na Twoje wyjazdy na rajdy?
Chyba już się przyzwyczaili. Nikt nigdy nie dał mi do zrozumienia, że jest to zły kierunek i zawsze miałem ogromne wsparcie zarówno ze strony moich rodziców, jak i najbliższej rodziny. Na pewno się denerwują, ale wiedzą, że zrobię wszystko, by wrócić do domu.

Jak się jeździ po Poznaniu?
Wbrew pozorom dobrze, bo poznaniacy jeżdżą poprawnie. Może trochę zbyt mało płynnie. No i jest bardzo mało agresji na poznańskich ulicach, co w innych miastach jest na porządku dziennym.