fbpx

W całej Polsce jest ich dziewięć. Jedną z nich możemy spotkać na dachach poznańskich kamienic. Początki – jak sama mówi – były trudne, ale dziś męskie grono kominiarzy traktuje ją jak równą sobie. Angelina Jakubowska ma 43 lata i 158 cm wzrostu. Jest zastępcą wielkopolskiego oddziału Krajowej Izby Kominiarzy i ma pod sobą 25 mężczyzn. Nie wyobraża sobie, że mogłaby robić coś innego, choć czasem bywa niebezpiecznie

ROZMAWIA: Joanna Małecka-Synoradzka
ZDJĘCIA: bonder.org

Na Kramarskiej 1, pod drzwiami jednej z kamienic, stoi drobna blondynka. Ma na sobie piękny, czarny mundur z wyhaftowanym napisem „Usługi kominiarskie”. Pracuje w zakładzie kominiarskim u Krzysztofa Krzyżoka. Przechodnie widząc czarny kapelusz chwytają się za guziki i nerwowo szukają kogoś w okularach. Otwiera drzwi i powoli wchodzimy na ostatnie piętro. Tutaj jest płaski dach i można bezpiecznie wejść. Po wąskiej drabinie wychodzimy na samą górę. Bierze głęboki oddech, a na jej twarzy maluje się uśmiech, bo jest w domu…

Jak to jest być panią kominiarz?
Fajnie, chociaż nie ma damskich mundurów.

Dlaczego wybrała Pani akurat ten zawód?
Zupełnie przypadkowo. Z wykształcenia jestem przedszkolanką. Pracowałam w przedszkolu i nie do końca mi to odpowiadało. Szukałam dalej. Byłam kierowcą międzynarodowym, później jeździłam holownikami w pomocy drogowej. Któregoś dnia kolega z Gorzowa Wielkopolskiego otworzył zakład kominiarski i chciał, żeby mu pomóc prowadzić firmę. Potem znajomy kominiarz stracił prawo jazdy, więc mówię – dajcie mi mundur i będę to robić. Usłyszałam, że nie dam rady, że to ciężki zawód. A ja na to „jak nie dam rady, pewnie że to zrobię”. Pamiętam, jak pierwszy raz weszłam na komin. Już wtedy wiedziałam, że to jest to. Nie chciałam zejść. Zakochałam się w tym zawodzie. I tak już siedem lat.

Co Pani najbardziej lubi w tej pracy?
Kontakt z klientem, wysokość, niebezpieczeństwo, a może raczej adrenalinę. Jest to zawód, w którym cały czas człowiek się rozwija.

Pamiętam, jak pierwszy raz weszłam na komin. Już wtedy wiedziałam, że to jest to. Nie chciałam zejść. Zakochałam się w tym zawodzie. I tak już siedem lat.

Co trzeba zrobić żeby zostać kominiarzem?
Najpierw trzeba zdobyć tytuł czeladnika. Polega to na tym, że przez trzy albo dwa lata, jeśli mamy średnie lub wyższe wykształcenie, uczymy się od mistrza. Jak ja to mówię, są to lata noszenia szczotek za swoim nauczycielem. Potem zdaje się egzamin czeladniczy. Następnie, jeśli mamy średnie lub wyższe wykształcenie, stajemy do egzaminu mistrzowskiego. Są to egzaminy państwowe. Pamiętam, że wychodziłam z niego płaczem. Było kilku panów, którzy za wszelką cenę chcieli mnie oblać tylko dlatego, że jestem kobietą. Ale nie udało im się. Bycie kominiarzem nie jest łatwe. To bardzo ciężka praca. Niektórzy myślą, że każdy może pracować w tym zawodzie, a to nieprawda. To ogromna odpowiedzialność. No i mamy niestety kominiarzy oszustów. Pukają do domów, sprzedają kalendarze. Je się na szczęście daje, a nie sprzedaje. My nie chodzimy po domach, a jeśli już to zwyczajnie wręczamy ludziom kalendarz.

Co było dla Pani najtrudniejsze przez te lata?
Mój mistrz, od którego uczyłam się zawodu. Już na początku wyraźnie zaznaczyłam, że mimo tego, że jestem kobietą, ma mnie traktować równo, bez taryfy ulgowej. I dostałam w kość, chyba bardziej niż inni. Wiele razy płakałam. Z wielu powodów. To jest zawód, który przechodzi z pokolenia na pokolenie, czyli ciężko jest wejść w to środowisko z zewnątrz. Mój mistrz, Krzysztof Krzyżok, był jedynym człowiekiem, który mi pomógł i dał szansę na naukę tego zawodu. I za to mu dziękuję. Tak naprawdę kobiecie jest o wiele trudniej niż mężczyźnie, bo musimy otwierać ciężkie wyłazy, nosić drabiny. A my, mimo wszystko, świetnie sobie z tym radzimy.

Lubi Pani się wspinać?
Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Kocham piękne widoki a z dachu są one niesamowite. Wszystkie problemy zostawia się na dole. U góry człowiek jest gdzie indziej, w innej przestrzeni.

Jak sobie Pani radzi na co dzień?
Początki były trudne, bo nikt nie chciał ze mną jeździć. Mówili, że kobieta nic nie potrafi. A ja pracuję jak każdy inny. Jak trzeba wykuć dziurę to biorę młot i to robię. Montujemy wkłady, murujemy. Zawsze pracujemy we dwójkę i musimy mieć do siebie pełne zaufanie. Jedno z nas jest na dachu, drugie w budynku i każdy musi wiedzieć co robić w danym momencie. Tu nie ma miejsca na pomyłkę. Dziś nikt nie ma problemu z tym, żeby jeździć ze mną. Czasem mam takie śmieszne sytuacje, że dzwoni ktoś do biura i chce rozmawiać z kominiarzem. Odbieram telefon i mówię: słucham, kominiarz. A w słuchawce odzywa się pan i mówi: ale ja chciałem z kominiarzem. No więc mówię: słucham pana. Na co mężczyzna odpowiada: ale ja chciałem z panem kominiarzem. A czym różni się pan od pani – pytam? Jest trochę śmiechu.

Lubi Pani swoich klientów?
Jasne. Często jak przyjeżdżam do starszych osób pijemy razem herbatę, rozmawiamy. Czasem moje babunie częstują mnie świeżo upieczonym plackiem. To bardzo miłe. Niestety fałszywi kominiarze, chodzący z kalendarzami robią nam złą robotę. Potem mieszkańcy myślą, że też jesteśmy oszustami i zdarzają się pytania o to, czy mamy uprawnienia.

Jak wygląda Pani dzień?
Wstaję rano, ubieram robocze ciuszki i biegnę na dachy. Po ósmej wyjeżdżamy, wracamy około 16:00.

Kiedy jest najwięcej pracy?
Od września do marca. Robimy przeglądy, czyścimy kominy, przewody. Tłumaczymy, że każdy piec jest inny, wyjaśniamy w jaki sposób i czym palić w tych piecach. Są ludzie, którzy stwierdzają, że kominiarz jest im niepotrzebny, bo sami zrobią przegląd. Nic bardziej mylnego. Nieumiejętne wyczyszczenie komina może prowadzić do tragedii. Trafiałam na pożary kominów, które trzeba było gasić.

Nie boi się Pani?
Pewnie, że się boję, bo tylko głupcy się nie boją. A jeśli przestanę się bać, to znaczy, że jakaś rutyna wkradła się w mój zawód i może dojść do tragedii. Przykładowo, można zjechać z dachu. Raz zjechałam ze stromego dachu i zatrzymałam się na obwodnikach od śniegu. Zeszłam po linie. To było w poprzedniej pracy, w Gorzowie. W Poznaniu nigdy mi się nie zdarzyło.

Jeśli przestanę się bać, to znaczy, że jakaś rutyna wkradła się w mój zawód i może dojść do tragedii. Przykładowo, można zjechać z dachu. Raz zjechałam ze stromego dachu i zatrzymałam się na obwodnikach od śniegu. Zeszłam po linie. To było w poprzedniej pracy, w Gorzowie. W Poznaniu nigdy mi się nie zdarzyło.

Czy zdarzyło się, że ktoś nie wpuścił Pani na przegląd?
Rzadko się zdarza, zwłaszcza w przypadku budynków szkolnych czy kamienic. Zresztą, jeśli zarządca budynku nie wykona przeglądu, może dostać karę. Przeglądy są obowiązkowe i eliminują zagrożenie życia.

Jak odbiera Panią rodzina?
Moja wnuczka, która ma sześć lat mówi: moja babcia jest kominiarzką i ma zaczarowane klucze do kominów. Będę jak babcia. Moje dzieci są już dorosłe, ale ostrzegały mnie, że to ciężka praca. Dziś chyba są ze mnie dumne. No i mam nadzieję, że ktoś w rodzinie będzie kontynuował pracę w tym zawodzie. Może syn? Zobaczymy.

Czy bycie kominiarzem to jest spełnienie Pani marzeń?
To jest to, co zawsze chciałam robić. I dopóki będę miała siły, będę to robić. Każdy z nas w życiu czegoś szuka, a największym sukcesem jest pracować w zawodzie, który sprawia przyjemność i jednocześnie pozwala zarobić. Ten zawód trzeba kochać i ja go kocham. I codziennie się go uczę. Na dachu.