fbpx

W styczniu skończył 70 lat. Stworzył jedną z najlepiej rozpoznawalnych marek jubilerskich w Polsce – W. Kruk. I choć obserwuje biznes z boku, bo dziś jest akcjonariuszem, to w jego ślady poszła córka, Ania, która pod szyldem ANIA KRUK projektuje biżuterię wyznaczając nowe trendy. – Jestem z niej bardzo dumny – mówi Wojciech Kruk, rozsiadając się wygodnie w fotelu

ROZMAWIA: Joanna Małecka-Synoradzka

W domu rodzinnym Państwa Kruków na poznańskim Sołaczu drzwi otwiera mi żona Wojciecha Kruka. Jest elegancka, uprzejma i bardzo ładna. Ma na sobie piękną biżuterię. Prowadzi mnie do pokoju, z którego wychodzi znany z szyldu jubilerskiego W. Kruk we własnej osobie. Jest przeziębiony, ale mimo tego zgodził się ze mną spotkać. Pani Kruk częstuje mnie kawą. Ania też nie najlepiej się czuje: – Jakiś wirus nas dopadł, prawda tato?

Skąd w Pana życiu wzięła się biżuteria?
Wojciech Kruk: Wuj pradziadka podobno założył firmę w 1840 roku, usynowił mojego dziadka, ten z kolei ożenił się z panią kupcową ze Śremu. I to ona zaczęła dziadka gonić do roboty. Chyba tak to się zaczęło. Wychowywałem się w atmosferze rodzinnego biznesu. Rozmawialiśmy o tym przy stole, więc siłą rzeczy słuchałem. Ojciec cały czas wychowywał mnie na właściciela warsztatu rzemieślniczego, który posiadał. Kiedy w 1960 roku poszedłem do „Marcinka”, w takich firmach wolno było zatrudniać cztery osoby. Były też określone procedury, trzeba było być uczniem złotniczym, potem można było zdawać egzamin czeladniczy, a dalej – mistrzowski itp. Kiedy byłem w dziewiątej klasie (7 lat szkoła podstawowa i 4 lata liceum) ojciec zapisał mnie jako ucznia do zawodu, ale do warsztatu nie chodziłem. Raz kiedyś zajrzałem z ciekawości. Zupełnie mi się to nie podobało. Potem, na drugim roku studiów, zdawałem egzamin czeladniczy. No i musiałem chodzić do warsztatu, nawet od biedy zrobiłem broszkę. Niestety, nie było to arcydzieło, ale coś skleciłem i czeladnikiem zostałem. Mniej więcej na trzecim roku studiów przyszedł pierwszy kryzys osobowy, że tak to ujmę. Dostawałem od rodziców kieszonkowe – 50 zł. Bilet do kina kosztował wtedy 15 zł, więc jeśli chciałem iść z dziewczyną do kina to musiałem wydać 30 zł. A gdybym chciał nielegalnie wypić piwo, to budżet się kurczył i było ciężko. A ojciec cały czas powtarzał – przyjdź do warsztatu, zarób sobie pieniądze. No i próbowałem. Tylko jak robiłem te spinki do mankietu i za parę dostawałem 2 złote, to średnio mi się opłacało. Poza tym musiałem zrobić dziesięć par zanim coś z tego wyszło. No więc zacząłem kombinować, co by tu robić, a ponieważ byłem takim niespełnionym artystą, rozważałem czy nie pójść na ASP. Malowałem obrazy, dużo rysowałem i wymyśliłem sobie metaloplastykę, czyli klepanie młoteczkiem na kawałku miedzi. I zacząłem klepać poznański Ratusz, warszawskie Łazienki. To było proste jak drut. Na tym zacząłem zarabiać, i to przyzwoicie.

Kiedy przekonał się Pan do jubilerstwa?
Skończyłem studia w 1970 roku i staraliśmy się otworzyć drugi warsztat. Udało się to zrobić na przysłowiowego „słupa”. I w ten sposób mieliśmy dwa warsztaty na Pułaskiego. W tym drugim zostałem cichym wspólnikiem pana Kowalskiego, a docelowo miałem go przejąć. Robiliśmy wtedy biżuterię dla jubilera państwowego, oczywiście za pośrednictwem spółdzielni. Mieliśmy pięć wzorów: spinek, pierścionków, które były sprzedawane na targach. Pamiętam lata kiedy dostawaliśmy więcej zamówień, niż mogliśmy zrobić, a przecież limity były z góry określone. Każdy wzór, który wymyśliliśmy, musiał mieć atest, cenę uchwalaną wówczas przez Państwową Komisję Cen. I tak od zaprojektowania wzoru do pojawienia się w sklepie mijały dwa lata. W 1978 roku, zgodnie z rozporządzeniem, minister kultury nadawał rzemieślnikom tytuł Mistrza Rzemiosł Artystycznych. Może 1200 osób w całej Polsce taki tytuł dostało, między innymi ojciec i ja. Druga ustawa o Wspieraniu Rzemiosł Zanikających pozwoliła nam otworzyć sklep z biżuterią na Starym Mieście, żeby wyroby sprzedawać turystom. Pamiętam nasze dwanaście metrów kwadratowych na ulicy Woźnej. Z miesiąca na miesiąc mieliśmy więcej klientów. Przed świętami nawet wywieszaliśmy kartki, że sprzedajemy tylko dwa wyroby na osobę. Czasami kiedy przyjeżdżałem rano do sklepu, już 40 osób stało w kolejce. Ciekawostką jest, że w 1978 nikt w kraju nie przekuwał uszu. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna do sklepu i pyta, czy mamy kolczyki. A ja mówię, że nie ma, bo nikt nie ma dziurek w uszach. A ona na to, że była w Szwajcarii i tam przebija się uczy u jubilera. Pamiętam, że wyszukałem wtedy pistolet do przekłuwania uszu, sprowadziłem go i zacząłem to robić. To były najłatwiej zarobione pieniądze w życiu, pistolet zwrócił się po godzinie pracy.

Kiedy powstał pierwszy salon z biżuterią?
Z czasem udało nam się załatwić miejsca do sprzedaży biżuterii w hotelach Orbisu. W latach 90. sprowadziliśmy do Poznania linię produkcyjną. Na Pułaskiego wykupiłem domy aż do stacji samochodowej, zatrudniliśmy sto osób. A potem kupiliśmy spółdzielnię pracy na Junikowie, gdzie była główna fabryka biżuterii. Nie było centrów handlowych, więc pierwsze sklepy pojawiały się w mieście. Pierwszy salon otworzyliśmy w 1990 roku na Paderewskiego, zresztą jest tam do dziś. A potem, kiedy ruszyła budowa galerii handlowych, pojawiały się kolejne.

A potem przyszła konkurencja?
W 1991 roku zostałem senatorem, co z pewnością zaszkodziło mojej drodze biznesowej. Nie dopilnowałem kilku tematów. Zawsze pasjonowała mnie praca społeczna, zresztą do dziś się tym zajmuję. A inni wtedy skupiali się na interesie i być może zrobili coś więcej.

Dziś, po wrogim przejęciu firmy przez Vistulę, o którym rozpisywały się gazety w całej Polsce, nie uczestniczy Pan w rozwoju marki W. Kruk.
Straciłem władzę nad firmą W. Kruk, ale nie straciłem rodzinnego dorobku, ponieważ dzieci kontynuują naszą historię. Przykładem jest moja córka, Ania Kruk. Ona jest autentyczną kreatorką. Jestem z niej dumny.

Ania Kruk siedzi obok i z uwagą słucha opowieści taty.

Czy kontynuując rodzinną tradycję, biorąc pod uwagę wszystkie zawirowania związane z marką taty, trudno było Pani zacząć?
Ania Kruk: Wszystkie początki są trudne, nieważne w jakiej branży i z jakim kapitałem. Kiedy zaczynasz nowy projekt, przed tobą jest po prostu dużo pytań i niewiadomych, które może zweryfikować tylko czas i reakcje prawdziwych klientów. Nasza sytuacja była specyficzna: tata zdecydował się nas wrzucić od razu na głęboką wodę. Do teraz się śmieję, że to kolejny przykład odwagi, jaka jest dla niego tak charakterystyczna, która pozwoliła mu w latach 90. zbudować biznes na bardzo dużą skalę. On po prostu wierzył, że sobie poradzimy. A my oboje z bratem byliśmy przed 30., i nagle budowaliśmy nową firmę, markę, od zera. To było niesamowite wyzwanie. Ale nigdy nie wiesz, gdzie są twoje granice, dopóki się z takim wyzwaniem nie zmierzysz. Oczywiście, popełnialiśmy dużo błędów. Oczywiście, było (i nadal jest) – trudno, bo nic samo z nieba nie spada i na wszystko ciężko pracujemy. Ale po zaledwie 4 latach udało nam się zbudować markę, która ma swoje wierne, zadowolone klientki, swój wyjątkowy charakter, jest jedną z 5 najbardziej rozpoznawalnych marek projektanckich w Polsce. Daliśmy radę!

Kiedy pojawił się pierwszy projekt i czym był inspirowany?
Pierwsze projekty pojawiły się na etapie przygotowywania do stworzenia firmy. Kiedy podjęliśmy decyzję, że tworzymy nową firmę, gdzie ja mam się zająć całą częścią kreatywną: od produktu po marketing – zaczęłam się do tego przygotowywać. Mieszkałam i pracowałam wtedy w Barcelonie. Zapisałam się do szkoły złotniczej, gdzie pod okiem mistrza złotniczego Jaime Diaz topiłam srebro w piecach, piłowałam, cięłam, szlifowałam. Oczywiście, dzisiaj, jako projektant i dyrektor kreatywna, tylko współpracuję ze złotnikami, wysyłam im moje rysunki, a nie sama piłuję. Ale ten etap pierwszych projektów był dla mnie bardzo ważny, żebym poczuła się autentyczna w tym, co robię, i poznała materiał od podszewki. Trzeba było zedrzeć sobie skórę z palców, żeby przejść na następny etap.

Czym różni się ANIA KRUK od W. Kruk?
Zależy w czyich oczach! (śmiech) Wielu klientów ciągle sądzi, że to ta sama firma, i wysyła do nas reklamacje z W. Kruka, lub dzwoni z pytaniami, dlaczego jeszcze nie otrzymali zamówionego produktu. Niektórzy snują teorię, że może to jakiś rozłam w rodzinie, i każdy założył swoją firmę. Inni przechodzą obok butiku, spojrzą w górę i mówią „A to ta córka”. Myślę, że sposób w jaki budujemy naszą markę, jak wyglądają nasze butiki i nasze kolekcje, w jasny i spójny sposób nas odróżnia i identyfikuje, sprawia, że łatwo to odczytać jako tego „młodego Kruka”, mniej dostojnego, bardziej podążającego za modą.

ANIA KRUK jest oparta na kontrastach, które sprawiają, że ta historia jest taka ciekawa: tradycja i młodość, luksus (z jakim kojarzy się biżuteria) i przystępność, elegancja i luz. Wydaje mi się, że jasno widać wartości, na jakich się opieramy: przede wszystkim autentyczność, prawdziwa historia moja i mojej rodziny; ciepło i bliskość, brak budowania dystansu między firmą a klientem; lekkość – bo tworzymy lekką biżuterię do noszenia na co dzień, i stawiamy na lekką, żartobliwą komunikację z klientem.

Co jest inspiracją Ani Kruk?
Ludzie! Zawsze i wszędzie. A najbardziej moje klientki. Obserwuję, rozmawiam, analizuję wyniki sprzedaży. Tak, nawet w Excelu zamiast cyferek, widzę moje klientki, odczytuję z tego, jak bardzo trafiłam z daną kolekcją, czy okazała się udana, czy nie. W grudniu, przed świętami, zawsze jestem osobiście w każdym butiku, chociaż jeden dzień – żeby poznać bliżej moje klientki. Z tego wyciągam wnioski i planuję następne linie.

Według mojej filozofii, projektant nie może skupiać się na sobie i swojej estetyce. Musi myśleć przede wszystkim o potrzebach swojego klienta. 

Tego chyba nauczył Panią tata, który często stawał za sklepową ladą i doradzał klientom.
Od taty wiele się nauczyłam, to wspaniały człowiek, który wie, że trzeba dać klientowi serce, a potem to do ciebie wraca.

Gdzie można kupić Pani biżuterię?
Przede wszystkim w naszych butikach (w Poznaniu w Starym Browarze oraz Avenidzie) oraz na aniakruk.pl. Dziś online bardzo mocno przeplata się z offline, często klientki oglądają coś na stronie, po czym wpadają podjąć ostateczną decyzję do butiku lub na odwrót: coś wpadnie im w oko w butiku, ale wolą spokojnie przejrzeć całą ofertę na stronie.

Co dziś jest modne i chętnie noszone przez poznanianki?
To zależy od sezonu. Mimo że trendy w biżuterii nie zmieniają się tak szybko jak w ciuchach – nadal rządzi nami moda, i łatwo wyłapać pewne kierunki czy produkty, na których punkcie oszalała cała Polska. Sztuką jest złapać tą falę w odpowiednim momencie. Kiedyś to były charmsy i beadsy, z których komponowałaś bransoletkę, potem sznurek z grawerowaną zawieszką, następnie bransoletki na gumce z kolorowych kamieni naturalnych. Potem delikatne, łańcuszkowe naszyjniki z zawieszką. Teraz hitem są chokery – tasiemki lub aksamitki do noszenia ciasno przy szyi. Co będzie następne, jeszcze nie zdradzę, ale mam swoje podejrzenia.