fbpx

Naprzeciwko mnie w ciemnozielonym fotelu siedzi 75-letni, niewysoki mężczyzna. Burza platynowych loków, starannie przystrzyżona broda, sportowa sylwetka.

Ma w sobie ten nieuchwytny czar gentlemana. Pomaga zdjąć płaszcz, proponuje kawę, którą sam przyrządza, bo nie ma sekretarki. Siedzimy w niewielkim, przechodnim pokoju, przy ul. Masztalarskiej 8 w Poznaniu. To od 25 lat królestwo Romualda Grząślewicza, menedżera teatru pod nazwą Scena na Piętrze. Przez ten pokój przewinęły się największe gwiazdy polskich scen teatralnych i filmowych. Ich karykatury zdobią ściany tego pokoju

Tekst: Małgorzata Rybczyńska

Ma Pan swoją ulubioną?

Nie, wszystkie coś w sobie mają. Ich autorka Maria Kania miała bardzo ciekawe pomysły, choćby Henryk Talar przedstawiony w formie… talara wpadającego do świnki skarbonki. Pamiętam historię z karykaturą Niny Andrycz. To była dama pik z talii kart. Z jednego rogu był to portret młodej Andrycz, a z drugiego — Andrycz dużo starszej. Pamiętam, że składając autograf aktorka przekreśliła ten starszy wizerunek i teatralnym szeptem zapytała „a kwiaty będą?”

W 1991 roku trafił Pan do Sceny na Piętrze tylko na rok. I od razu pojawili się tu aktorzy z pierwszych stron gazet.

Musimy cofnąć się do lat 50., kiedy jako młody chłopak trafiłem na chwilę do poznańskiego Teatru Eksperymentalnego Kuźnica. Nawiasem mówiąc, tam dostałem swoją pierwszą rolę, którą zapisałem na bilecie tramwajowym, były większe niż teraz (śmiech). To byli „Krzyżacy”. Wpadałem do karczmy i mówiłem „hej wytrzeć stoły i światła naniecić, księżna Anna Danuta na odpoczynek się tu zatrzyma” (recytuje z pamięci). To właśnie tam poznałem wielu aktorów, m.in. młodego Tadeusza Malaka, swoją kuzynkę Emilię Krakowską i Zdzisława Wardejna. Mijały lata, nasze drogi się rozeszły. Kiedy w marcu 1991 roku otrzymałem ofertę objęcia Sceny na Piętrze, poprosiłem o zaliczkę – pół miliona złotych, bo to były takie pieniądze i… zadzwoniłem do Zdzisia Wardejna z propozycją spotkania. Pojechałem do Warszawy, zamieszkałem w tanim hotelu najbliżej Teatru Ateneum i przez dwa dni miałem umówione spotkania. Z Wardejnem i Romkiem Wilhelmim, przy małym koniaczku podpisaliśmy umowę na „Mały światek Sammy Lee”. Dalej „na bezczelnego” zadzwoniłem do Tadeusza Łomnickiego z propozycją spotkania. Nie odmówił i podpisałem umowę na dwa przedstawienia „Ostatnia taśma Krappa”. Następnego dnia byłem umówiony z Markiem Kondratem i Markiem Walczewskim. Potem, oczywiście po telefonie do Tadeusza Malaka, pojechałem do Krakowa. Tam poznałem m.in. Annę Polony i podpisałem kolejne umowy na spektakl (dzwoni telefon, rozmówca przeprasza, że nie będzie go na przedstawieniu. „Przyzwyczaiłem widzów, że każde miejsce musi być wykorzystane i teraz mam” – śmieje się).

To rzeczywiście było takie łatwe? Chyba miałem w sobie wiele ognia i takiej siły przekonywania, uwodzenia. Pojechałem do Piwnicy pod Baranami, akurat Jan Nowicki grał z Grzegorzem Turnauem i Anną Szałapak. Krótka rozmowa i… podpisujemy umowę.

A może tak dobrze Pan płacił?

W milionach! (śmiech) Ja się nigdy specjalnie nie targowałem z aktorami. To był też okres takiego dużego optymizmu, te pierwsze lata 90.. To był taki fajny społeczny optymizm …

Zapraszał Pan do teatru, który nie ma garderoby z prawdziwego zdarzenia.

Do dzisiaj jest przechodnia. Bardzo śmieszą mnie żądania osobnej garderoby męskiej i damskiej. Wtedy odpowiadam, że nie mogę przyjąć aktorów, bo takiej garderoby nie mam. Zawsze okazuje się, że to nie jest żaden problem. Wracając do tych początków. Pod koniec tego pierwszego sezonu zdałem sobie sprawę, że z samych biletów nie da się wyżyć. A bilety były wtedy najdroższe w Poznaniu. Wpadłem na pomysł powołania Fundacji Sceny na Piętrze, która w przyszłym roku będzie obchodzić 25-lecie. To dzięki niej udało nam się założyć klimatyzację w Scenie, wymienić stare, skrzypiące fotele i zrealizować kilkanaście spotkań publiczności z aktorami.

Scena na Piętrze jest powszechnie znana w środowisku warszawsko-krakowskich aktorów. Mówią, że w Poznaniu „trzeba się sprawdzić”.

Tak, i byli tacy, którzy się bali tego sprawdzianu. Tutaj widz jest z aktorem na odległość oddechu. Nie wszyscy aktorzy chcą mieć taki bliski kontrakt. Aktor jest obnażony fizycznie i psychicznie. To jest metafizyka, ale bez tego nie istnieje teatr. W teatrze musi być głęboka prawda, widz musi wiedzieć, że jest traktowany serio, że się go nie oszukuje. A początek musi pójść ostro, bo widz nie może mieć czasu na sprawdzenie, czy ta aktorka, czy ten aktor jest takiego wzrostu jak go zapamiętał z telewizji. Musi od razu zobaczyć postać. Pamiętam jak w „Kochanku” Pintera aktorka na samym początku froterowała podłogę. Było cicho, a ponieważ mieliśmy wykładzinę, froterka się haczyła. Zaproponowałem odkurzacz – warczy, robi ruch i się zaczyna. Od razu było „za twarz widza”.

Tym bardziej że na 200-osobowej widowni wszystkie oznaki zniecierpliwienia albo znudzenia są natychmiast widoczne i słyszalne. Zresztą publiczność w tym teatrze jest szczególnie uprzywilejowana. Aktorzy nie dość, że grają tak blisko widza, to zaraz po spektaklu „zmusza” ich Pan, aby zjawili się w galerii obok na spotkaniu z widzami.

Tak, rzeczywiście dla tych, którzy są tu pierwszy raz, to jest zaskoczenie. Teraz aktorzy przekazują sobie tę informację „Jedziesz do Poznania? A to pamiętaj, że będziesz musiał iść do galerii”. Później są wdzięczni. To dla nich najszybsza recenzja tego, co przed chwilą pokazali. Bardzo kontaktowy był Emilian Kamiński, który jeszcze wtedy marzył o swoim teatrze. Pamiętam, że chodził z miarą i mierzył nasze pomieszczenia, fotografował, rozmawiał z widzami i proszę – ma teatr Kamienica (dzwonek telefonu „Witam serdecznie panią dyrektor, artyści przyjechali do Poznania, będą o 16.00?” – Dziś gramy austriacki spektakl — tłumaczy).

W tym teatrze pełni Pan wszystkie możliwe role… łącznie z garderobianym…

(śmiech) Staram się stworzyć aktorom domową atmosferę. Ta przechodnia garderoba jest tuż obok mojego pokoju. Pamiętam Joanna Szczepkowska zapomniała kiedyś rajstop, wychyliła głowę z garderoby i zapytała, czy ktoś mógłby je gdzieś obok kupić. Cóż było robić, pomogliśmy. Pamiętam też, jak biegłem od drzwi wejściowych, aby wprowadzić Hankę Bielicką na scenę, bo miała kłopoty z chodzeniem. Dobiegłem na miejsce, a ona już była na scenie. To była niesamowita kobieta – wulkan energii. Najbardziej podobała mi się anegdota, jak to obsługująca ją kelnerka w polonijnym Chicago powiedziała: „proszę nie mówić jak się Pani nazywa, ja wiem. Pani to albo Bielicka, albo Ćwiklińska, tylko nie wiem, która z was umarła”.

W Scenie na Piętrze był Pan prekursorem talk-show. „Ring z” to były spotkania z aktorami, którym pytania zadawali dziennikarze, publiczność, a Pan wymyślał im zadania w rękawicach bokserskich. Jak udało się Panu namówić takie gwiazdy jak Ewę Barszczewską, Ewę Wiśniewską, Jana Peszka, Gustawa Holoubka, Jana Englerta, Zbigniewa Zapasiewicza, Jerzego Stuhra i wielu innych do udziału w takim programie?

Chyba znowu ich uwiodłem… nie wiem. Choć nie taję, płaciłem bardzo dobre pieniądze. Takie programy jak „Ring z”, „Tandem” stały się bardzo popularne i sponsorzy chętnie brali w tym udział. Powstawały z tego programy telewizyjne, radiowe.

Nie dziwię się, zobaczyć Hankę Bielicką w rękawicach bokserskich próbującą wystrzelić piłeczki pingpongowe czy Marka Kondrata jedzącego w rękawicach bokserskich pałeczkami do perkusji spaghetti – bezcenne!

Zawodowcy szybko wchodzili w swoje role. Potrafili się bawić. Tylko Zbigniew Zapasiewicz odmówił zagrania na fortepianie — zapytał: „a po co?” (dzwoni autor monodramu –„czyta się to świetnie, niestety nie mam pieniędzy, aby to wystawić” – słyszę po zakończeniu połączenia).

Skąd się wziął pomysł witania każdego widza przy wejściu do teatru?

Szczerze? Następnego dnia po pierwszej premierze Romana Wilhelmiego! To był czas, kiedy bilety nie były sprzedawane w kasie, tylko kolporterzy brali bloczki i chodzili po zakładach pracy. I tego dnia nie wiedziałem, ile tych biletów sprzedano. Więc wyglądałem, czy ktoś idzie, czy nie, a skoro przyszedł, to się cieszyłem i witałem. A potem pomyślałem, że to trochę jak pastor – teatr to też świątynia sztuki. I tak zostało. Przez te 25 lat tylko raz nie witałem widzów, bo mi zabronił lekarz. Miałem zapalenie płuc, dostałem przepustkę na spektakl z Niną Andrycz, ale absolutnie nie mogłem witać ludzi na dworze przed wejściem. Bardzo nieswojo się czułem. Dziś bywają zabawne sytuacje, kiedy ci, którzy przychodzą po raz pierwszy do teatru, dają mi bilety do sprawdzenia albo pytają, gdzie jest wejście na parter (teatr ma tylko jedną widownię, na piętrze)

W tym teatrze nie tylko się gra, ale także zbiera pieniądze na cele charytatywne. Przez kilkanaście lat, w grudniu, organizował Pan spotkania opłatkowe, podczas których licytowane były przedmioty na szczytny cel. Potrafi Pan „wyciągać pieniądze” – humorystycznie, ale skutecznie.

(śmiech) Z jednej strony mnie to bawiło, a z drugiej podchodziłem do tego trochę ambicjonalnie. Przecież te pieniądze nie były dla nas, ale dla tych, którym pomagaliśmy. To były nietypowe licytacje, ja znałem ludzi, oni znali mnie, mogłem sobie pozwolić na wykorzystanie prywatnych informacji, żart, ironię. Mówiłem „To zaczynamy od 200, ja daję 300, kto da więcej?” Albo, kiedy licytujący mówił 500, ja odpowiadałam „Brawo 500, a nie mówił pan 550?” To była czysta improwizacja, ale ja kocham ludzi. Boję się tłumów, ale kocham ludzi i dlatego dobrze się czułem także w tej roli.

Złote czasy Sceny na Piętrze minęły. Gwiazdy, które tu bywały są coraz starsze, a młodzi?

Sala nadal jest pełna (śmiech), ale rzeczywiście trudno dziś zdobyć pieniądze. A nawet jeśli uda się otrzymać dotacje, to jeszcze trudniej ją rozliczyć. Trudniej dziś także o sponsorów, a zwłaszcza na jedno przestawienie, bo tak się u nas gra. Poza tym rdzenni poznaniacy zanim wydadzą złotówkę, parokrotnie ją obejrzą. Zaczęto szanować pieniądz, oszczędzać. Dziś aktor zdobywa popularność w serialach. Kiedy z przedstawieniem przyjechał Piotr Cyrwus, to wciąż odbierałem telefony, w których dopiero po informacji, że to Rysiek z „Klanu”, słyszałem „ach to ten!” Oprócz talentu aktorskiego na takiej małej scenie potrzebna też jest intuicja i znakomita technika. Jeden z aktorów, Stanisław Górka, mówił: „Bo tu w Scenie na Piętrze cisza na widowni jest fantastyczną muzyką. Tu człowiek wie, że ta cisza nie oznacza, że nie ma nikogo na sali”. Trzeba utrzymać uwagę widzów. To jedna strona medalu, a druga to duże pieniądze, których często żądają młodzi.

Miał być rok, a wyszło ćwierć wieku…

Nie żałuję! Gdzież ja bym poznał tylu zacnych i znakomitych nie tylko artystów, ale reżyserów, muzyków, realizatorów i scenografów. I tylu fantastycznych ludzi, wśród których mam tylu przyjaciół. Z niektórymi przepracowałem 40 lat jak z kompozytorem, piosenkarzem, realizatorem dźwięku, Piotrem Żurowskim. Jestem romantykiem, ale twardo stąpającym po ziemi (dzwoni kolejny telefon…).