SPACEREM PO DZIELNICY

Jeżyce – tu warto żyć!

Przed domem Borejków, przy ulicy Roosevelta 5 nic się nie dzieje. Poniedziałek. Jest kilka minut przed godziną 8:00. Nieśmiało zza chmur wygląda słońce. Na chodniku pusto. Gdzieś zza kamienicy wychyla się kot. – Przepraszam, czy zastałam Pana Ignacego Borejko? – pytam. Nieśmiały głos w domofonie opowiada: – Ale tutaj nikt taki nie mieszka. – Ale to był dom Państwa Borejków przecież, to już nie jest? – Nie. Kamienica Borejków, bohaterów słynnego cyklu książek Małgorzaty Musierowicz „Jeżycjada” wygląda okazale. – Pani, tu nikt taki nigdy nie mieszkał – zaczepia mnie mężczyzna z psem. Rzeczywiście…

Tekst: Joanna Małecka – Synoradzka

– Odpalaj samochód, bo nie zdążymy do pracy – krzyczy blondynka bo tęgiej budowy mężczyzny pod numerem 7. Odjeżdżają. Roosevelta krzyżuje się z ulicą Dąbrowskiego, jedną z najdłuższych ulic w Poznaniu. I to właśnie tutaj, kilka kroków od skrzyżowania, znajduje się teatr Nowy. To z tego budynku wychodzą jedni z najlepszych polskich aktorów. – O, patrz, to ten facet z „Barw Szczęścia” – słyszę. Odwracam się. To chyba był Andrzej Niemyt. – To on? Chciałam potwierdzić, ale nie zdążyłam. Zniknął za winklem. Ja też zniknęłam.

Ze szlifierni nożyczek…

Szyld z nożyczkami zaprowadził mnie na podwórze. – Pan ma tu wszystkie nożyczki Gerlachowskie, to porządny sprzęt – mówi Adam Kudliński. – To na dwunastego Pan musi mieć zrobione?  – Tak na dwunastego bym prosił, bo w poniedziałek lub wtorek będę wyjeżdżał. – Nazwisko pana? – A, r, k, u.  – Ulica? Co Pan poda tak napiszę. – Osiedle Śmiałego. – Tylko z tą kartką po odbiór, bo bez tego to wie Pan. – Tak, wszystko wiem, dziękuję, – Do widzenia!

Szlifiernia znajduje się w podwórzu, niedaleko Rynku Jeżyckiego. Czas tutaj się zatrzymał. – W ogóle to warsztat był bramę dalej – mówi Adam Kudliński, szlifierz. – Wtedy prowadził to ojciec, od 45 roku. Ja przejąłem zakład w 1968 i tak tu sobie działam. Przeniósł się tutaj, bo tamten budynek wyburzono. – Potem, za komuny, wskazywali lokale i tak trafiłem tutaj. Owszem, mogłem mieć większy warsztat, ale podatki były wysokie. Ostatecznie zdecydowałem się na tę lokalizację – dodaje Adam Kudliński.

61 lat pracuje w zawodzie. Dziś ma 77 lat. Kilka lat temu chorował na nowotwór, ale wygrał. Zakład otwarty jest dwa razy w tygodniu. – Dzień dobry Panu. Klient otwiera paczkę a tam kilka par nożyczek. – To trzecie pokolenie szlifierza, najlepsze w Poznaniu – mówi klient. – Jestem stałym klientem od 70 roku. I regularnie przywożę nożyczki do naostrzenia. Wie Pani, jeżeli ja mam nożyczki za 450 zł to wolę przynieść tutaj, bo wiem, że będzie porządnie zrobione. Adam Kudliński kiedyś ostrzył narzędzia szpitalne, fryzjerskie i  kosmetyczne. Na zapleczu ma wysterylizowany komplet cążek kosmetycznych. – Teraz takie ostrzę. W poczekalni pojawia się kolejna klientka. W malutkim pomieszczeniu nie ma gdzie stanąć. – Do widzenia, dziękuję Panu – rzucam w drzwiach.

… na metamorfozę u Iwony…

Ulica Romka Strzałkowskiego prowadzi w dół Jeżyc. Na rogu, w Barze Mlecznym, jak zwykle drzwi się nie zamykają. – Pierogi, naleśniki ze szpinakiem, kluski leniwe – krzyczy pani zza lady. Od lat nic tutaj się nie zmieniło. Nawet kolory ścian te same i klientela równie niezmieniona. Czuć zapach ziemniaków, świeżej pietruszki i kompotu.

Kilka kroków dalej dwie kobiety nieśmiało zerkają na wystawę do Projekt Iwona Rychlewicz. – Przepraszam, wchodzą panie? – pytam. Uśmiechnięta, świetnie ubrana kobieta, idzie w moją stronę. – Iwona Rychlewicz, w czym mogę pomóc? – A, coś mi nie pasuje w ubiorze. Pomoże mi Pani? – pytam. Iwona od razu bierze się do pracy. Zerka na mnie i po chwili rzuca: – Wszystko jest ok, ale kozaki nie pasują, powinny być czarne. I choć z modą związana od zawsze, nigdy nie uczyła się w tym kierunku. To pasja, którą skutecznie realizuje od lat. Z wykształcenia geodetka. – To pomaga mi w postrzeganiu osoby przez pryzmat równowagi, proporcji, poziomów, pionów – dodaje. Zawsze zwracała uwagę na ubiór, który był dla niej bardzo ważny, bo – jej zdaniem – rzeczy określają charakter człowieka. Dlatego w swoim butiku ma tylko polskie marki a wśród nich propozycje sportowe, koktajlowe, miejską elegancję. – Doradzamy klientkom, pomagamy podkreślić sylwetkę. Na końcu robimy zdjęcia i pokazujemy jak prezentuje się w obiektywie – mówi Iwona Rychlewicz. – Przy okazji poplotkujemy i napijemy się kawy. Nie wyobraża sobie życia i pracy poza Jeżycami. – Tu są wspaniali, życzliwi, otwarci i ciekawi ludzie – kwituje Iwona. – Poza tym po co jechać na starówkę skoro na Jeżycach mamy wszystko?

…a potem skok do Zebry…

– Nie ma tu tylko basenu – mówi Weronika Stefaniak, właścicielka Zebra Fitness na Dąbrowskiego 29. Zakochała się w Jeżycach odkąd się tu przeprowadziła. Wcześniej mieszkała na Grunwaldzie. – Właśnie kupuję tu mieszkanie – śmieje się. Filigranowa blondynka prowadzi mnie na kanapę z palet.– Osiem, siedem, sześć, pięć – odlicza ktoś za ścianą. Kilkanaście kobiet na trampolinach właśnie pracuje nad kondycją. – Zebra to kameralny klub, który specjalizuje się w zajęciach fit&jump, czyli popularnych trampolinach – opowiada z iskrą w oku.  – Oczywiście mamy inne zajęcia uzupełniające, ale naszym sercem są trampoliny.

To miejsce głównie dla kobiet. To tu jest czas, żeby zregenerować się po ciężkim dniu albo nabrać sił przed natłokiem obowiązków. – Dlaczego zebra? Lubi Pani zebry? – pytam. – Lubię kolor czarny i biały. Zresztą któregoś dnia obudziłam się i stwierdziłam, że to miejsce będzie nazywać się Zebra Fitness i tak zostało. Przynajmniej jest inaczej. Weronika skończyła ekonomię, przepracowała rok i doszła do wniosku, że nie będzie się dłużej nudzić. Została istruktorką fitness i zakochała się w trampolinach. Swoją miłość przeniosła na Zebrę, zresztą z powodzeniem. – Jak się przyjdzie raz na trampoliny to ciężko wyjść – mówi.

…do kina i na rynek…

Podobnie trudno wyjść z kina Rialto, które dziś już nie jest konkurencją dla wielkich kinowych molochów. Dziś jest miejscem spotkań rodzin, przyjaciół, dziadków. Tradycja wyświetlania filmów w tym miejscu sięga 1938 roku. – Idziesz na rynek? – młody chłopak zaczepia koleżankę na rowerze. Idę za nimi. – Kilogram mandarynek, a i dla mamy ziemniaki na obiad – Artur sięga do kieszeni i wyjmuje dziesięć złotych. Tu tutaj są całodobowe kwiaciarnie, to tu przyjeżdża pan ostrzący noże, to tu kupić można warzywa i owoce prosto od wielkopolskich rolników – Coś dla pani? – Poproszę mandarynki. Wezmę do pracy – mówię. – Niech Pani spróbuje pomarańczka, pyszne. – To może dorzuci Pani kilo – rzucam, płacę i odchodzę. Przez plac przewijają się setki ludzi.

…na lody na Kościelną…

Na Kościelnej nie straszą już opuszczone baraki i budynki. W ich miejscu powstały nowoczesne budynki mieszkalne. Jest po 13:00. Ulica łącząca Dąbrowskiego z Parkiem Sołackim dziwnie niezatłoczona. Schodzę w dół. Z daleka widać już szyld: „Wytwórnia Lodów Tradycyjnych”. Na dworze kilka stopni poniżej zera. Mimo tego do kasy ustawia się kolejka. – Poproszę śmietankowe i bananowe – słyszę w drzwiach. Kiedy klienci wychodzą sprzedawczyni sama nakłada sobie porcję. – Właściciel zakochał się w lodach we Włoszech i chciał przenieść do Polski tradycję jedzenia lodów – wyjaśnia Marzena Gałka, kierownik handlowy. – Lody produkujemy w sposób naturalny, czyli bez chemii. Nie używamy żadnych polepszaczy, środków chemicznych, nie koloryzujemy naszych lodów. To na tyłach lodziarni każdego dnia przygotowuje się lody. A wszystko według przepisu naszych babć i mam. I codziennie są tak samo pyszne. To tutaj przekonać się można, że lody pistacjowe wcale nie są zielone a sorbet cytrynowy jest biały. Dlaczego? Bo nie ma w nich chemii.

…i kawę do świata imbryków…

Ulicą Dąbrowskiego pędzi karetka pogotowia. Słychać ją na Kościelnej. Samochody wjeżdżają na chodnik, żeby ją przepuścić. Skręca w Polną. Ja też skręcam. Hałas niesie się pomiędzy kamienicami. Aż chciałoby się schować. Nagle, przede mną, wyrasta Imbryk Cafe. – Jest imbryk? – pytam. – Choćby pod sufitem – śmieje się Zuzanna Sterczała. Rzeczywiście, nad barem wiszą dwie lampy w kształcie imbryka. – Życzy sobie Pani herbatę w imbryku? – pyta. Imbryk to nie przypadek. – Pamiętam jak chodziłyśmy z przyjaciółką Agatą po knajpach i zawsze irytowała nas herbata w filiżance, na dwa łyki – mówi sympatyczna blondynka. – Nawet nie zdążyłyśmy poplotkować a tu po herbacie.

Rozglądam się wokół. Każdy nawet najmniejszy element wystroju nie jest przypadkowy. – Spełniło się nasze marzenie – mamy swoją knajpkę, z ciastem własnej roboty i kakaem – mówi Zuzanna. Kubek kakao ląduje na moim stole. Jest pyszne, zrobione na spienionym mleku. Jak u mamy. – Włożyłyśmy w to miejsce całe serce – dodaje Zuzanna Sterczała. Do Imbryka można przyjść z psem, dzieckiem, zdjąć buty, przynieść swoje ulubione mleko, na którym dziewczyny przygotują kawę. – Zdarzyło się, że jedna pani przyszła ze swoją kanapką, bo nie chciała jeść sama w domu – kwituje Zuzanna. W Imbryku można napić się gorących herbat jesiennych: z cynamonem, goździkami, pomarańczą i zjeść przepyszny sernik – codziennie z innymi dodatkami.

…by zamienić miasto na wieś u Natalii…

Natalia Karwacka sprzedała samochód, bo na Jeżycach jest niepotrzebny. Idąc do domu mówi, że idzie na wieś, bo ulica Św. Wawrzyńca przypomina trochę wiejski krajobraz. – Mamy tu jeże, łasice, koty – wymienia. „Wytwórnia Sukcesu”, którą prowadzi to agencja kreatywna. Jest pomysłodawcą filmu o Jeżycach. – My, osoby prowadzące biznes na Jeżycach, przy okazji tego filmu, zaczęliśmy się poznawać – mówi Natalia. – Szkoda było, żeby te kontakty przestały istnieć. Poza tym wszyscy chcieliśmy działać, jesteśmy aktywni. I stąd właśnie wzięły się „Czwartki na Jeżycach”, choć zapoczątkowała je akcja przeprowadzona przez Concordię „Chcę Jeżyce”. Spotykamy się w jeden czwartek w miesiącu na śniadaniu, dyskutujemy co można zrobić, pomagamy sobie. Jak trzeba pożyczyć sobie krzesło czy dywan to pożyczamy, jeśli trzeba coś przewieźć to załatwiamy samochód. Dzielimy się informacjami, wspieramy się promocyjnie, nie konkurujemy ze sobą pomimo tego, że skupiamy podobne biznesy. Teraz ruszamy z promocją naszych firm na Facebooku. Chcą wprowadzić w życie Jeżycki Certyfikat Jakości. A może powstanie kryminał o Jeżycach…

…zobaczyć nową zajezdnię…

A może by go nakręcić na Gajowej… I choć w starej zajezdni nie ma już tramwajów jest „Zajezdnia”. Kilka minut po godzinie 15:00. Przy Gajowej głośno i tłoczno. To tutaj powstaje nowe osiedle „Zajezdnia”. A przy okazji zyskają mieszkańcy. – Powstanie tutaj ulica Nowa, która będzie przedłużeniem ulicy Prusa do Zwierzynieckiej. Wybudowany zostanie nowy budynek mieszkalny, oprócz tego dwukondygnacyjne budynki biurowe a od ulicy Zwierzynieckiej apartamentowiec z widokiem na zoo. Budynek hali zajezdni będzie zrewitalizowany i odrestaurowany pod okiem konserwatora zbytków – wyjaśnia Agnieszka Maruda – Sperczak, rzecznik prasowy Zajezdni.

Zajezdnia już nigdy nie będzie taka sama, ale będzie… ładniejsza. Prawie wszystkie mieszkania określane jako I etap budowy zostały sprzedane. Wiosną rozpocznie się budowa kolejnego budynku mieszkalnego. Wyremontowane zostaną ulice Zwierzyniecka, Kraszewskiego i Sienkiewicza do odcinka Szamarzewskiego. Powstanie tez kącik pamięci starej zajezdni. – Jeżyce to dziś małe miasteczko w wielki mieście i jestem dumna, że tutaj mieszkam i pracuję. Już sześć lat – dodaje Agnieszka Maruda – Sperczak. – Pamiętam jak się tu wprowadzałam i jak otworzyła się pierwsza prawdziwa restauracja. A potem powstawały kolejne. Pamiętam też jak mój znajomy szukał lokalu do wynajęcia na Jeżycach pod restaurację i miał z tym ogromny kłopot, bo każdy lokal był i jest do dziś na wagę złota.

…zahaczyć o winkiel…

Obok nowoczesnych budynków, u zbiegu ulic Zwierzynieckiej i Kraszewskiego, szyld: „Sztuka na Winklu”. Wchodzę. Od progu wita mnie Ewra i dwie przemiłe dziewczyny. Tak – Ewra to pies. W „Sztuce na Winklu” nie ma nic banalnego, nic co pochodzi z chińskich marketów. To kolekcje polskich projektantów. A ceny? Od 29 zł do 800 zł za ręcznie robioną sukienkę poznańskiej projektantki – Ewy Mróz. Ale ubrania to nie wszystko. – Chciałyśmy stworzyć coś innego, czyli obok ubrań mamy galerię z obrazami, rękodziełem. Organizujemy wernisaże, warsztaty dla dzieci, urodziny – mówią Monika Tuta i Beata Jeżyńska, choć ta druga dziś wyjątkowo szepcze. – No glos mi wysiadł, akurat dzisiaj – śmieje się. Razem z Iwoną Rychlewicz robią uliczne metamorfozy. Wychodzą na ulicę, wyłapują dziewczyny i zmieniają ich wizerunek. – Zawsze informujemy o akcji na naszym Facebooku. Przyprowadzamy panią do nas, dobieramy ubrania, wykonujemy makijaż, robimy sesję zdjęciową na terenie „Zajezdni”. Pamiętam jak trafiłyśmy na dziewczynę, która po metamorfozie naprawdę wyglądała jak milion dolarów – mówią Monika i Beata. Dla nich najważniejsze jest to, by tak doradzić klientom, żeby wyszli zadowoleni. – Pani, która u nas coś kupi, pójdzie do domu i stwierdzi że źle w tym wygląda już nigdy do nas nie wróci. A nie o to nam chodzi. Dlatego pomagamy w doborze ciuchów, nawet jak ktoś się opiera – śmieją się dziewczyny. Nie urodziły się na Jeżycach, ale przyjechały tutaj i się zakochały. W ludziach, w uliczkach. Szyją wielkie serca z materiału, by udekorować kamienicę, w której pracują.

…i wylądować w Gruv Art

A potem wszyscy spotykają się na Prusa 6. To właśnie tu, przy wielkim stole w Gruv Art, śniadania jedzą członkowie „Czwartków na Jeżycach”, czyli większość moich bohaterów. Wchodzę do świeżo wyremontowanej kamienicy. Na wprost wejścia, z biura wychodzi, otulona w ciepły koc, Magdalena Nowecka. Częstuje mnie miodem i pyszną kawą. Na ścianach wiszą zapowiedzi spektakli z autografami m.in: Krystyny Jandy, Piotra Fronczewskiego, Krzysztofa Tynca. To właśnie Gruv Art organizuje „Poznańskie Premiery” – cykl teatralny, który działa w Poznani od ośmiu lat. – Czwartki na Jeżycach to my wszyscy. W każdy czwartek miesiąca spotykamy się i wspieramy np. w działaniach promocyjnych – podsumowuje Magdalena Nowecka. – U nas nie ma podziałów, pomimo tego że niektórzy prowadzą podobne biznesy. Naszą ideą jest wspieranie siebie i naszych działań, bo każdy jest dla siebie inspiracją. „Czwartki na Jeżycach” pokazały i wciąż pokazują wszystkim ludzką twarz biznesu. Na Jeżycach.

Czy wiesz, że

– Datą przełomową w procesie przeobrażeń zachodzących na Jeżycach jest rok 1900, kiedy zostały one włączone w obręb miasta Poznania. Od tego czasu następuje intensyfikacja zmian, która najbardziej widoczna była w zabudowaniu. W miejsce wiejskich niskich budynków zaczęto wytyczać nowe ulice oraz stawiać wielopiętrowe kamienice czynszowe. Zlokalizowanych było wiele sklepów, warsztatów i zakładów przemysłowych.

– Poza „Jeżycjadą” Małgorzaty Musierowicz Jeżycom poświęconych jest kilka tekstów rapera Peji.

– Stare ZOO w Poznaniu powstało już w 1874 roku. I chociaż dzisiaj najbardziej egzotyczne zwierzęta są przeniesione do Nowego ZOO, to Stare ZOO wciąż funkcjonuje w przestrzeni miasta. Można tutaj wejść bez płacenia, przejść jak po parku, zobaczyć kilka sympatycznych zwierzątek, a dzieci mogą dodatkowo pobawić się na placu zabaw.

– Dom Tramwajarza znajduje przy ul. Słowackiego. To kompleks kulturalno-mieszkalny w stylu neobarokowym, wzniesiony w latach 1925 – 1927.

I love Jeżyce

Na Jeżycach trwa akcja „I love Jeżyce”. Jest to nic innego jak próba zwrócenia uwagi i zachęcenia Poznaniaków do robienia zakupów i spędzania wolnego czasu nie tylko w wielkich centrach handlowych, ale w mniejszych lokalach na Jeżycach. To właśnie ta dzielnica oferuje klientom poza sklepami ze świeżymi produktami wiele miejsc, gdzie można świetnie spędzić czas, jak np. kawiarnie, restauracje, kino Rialto, czy instytucje kulturalne. Inicjatorami akcji są: Maciej Wielgosiewicz, Piotr Krukowski i Robert Ziarkowski.