fbpx

Od 40 lat na jej koncerty przychodzą tłumy, właśnie pracuje nad nową płytą. Ma dwa domy: jeden mały w Poznaniu, drugi ruchomy, ciekawy świata – samochód. Interesuje się psychologią i fotografią. Autorska wystawa, którą od kilku lat prezentuje w Polsce, jest opowieścią o podróży wypełniającej większość jej życia. Najistotniejsza jest dla niej ta w głąb siebie

Fot. Agata Preyss
Rozmawia: Joanna Małecka-Synoradzka

Pani Hanno, jest Pani ikoną polskiej muzyki, a mało Pani w mediach, w tych poznańskich również. Dlaczego?

Był czas, kiedy nie mogłam spokojnie przejść ulicą, bo rozpoznawał mnie każdy. To nie był mój świat. Postanowiłam realizować się inaczej, w pewnej kontrze do obowiązujących zasad. Trochę uciekłam z mediów i w ten sposób udało mi się osiągnąć to, co chciałam – mogłam realizować się jako artystka, przy równoczesnym komforcie w życiu osobistym.

Czy lubi Pani Poznań – miasto, w którym się Pani urodziła?

Jestem poznanianką i lubię Poznań – jestem dumna, że w tych skomplikowanych czasach mieszkam właśnie tu. Moje miasto jest odważne, podobnie jak jego prezydent.

Gdzie stawiała Pani pierwsze kroki?

Między innymi w Domu Kultury na ulicy Bema. Właśnie tam wraz z kolegą Piotrem, pod kierunkiem instruktora Zygmunta Piaseckiego, stworzyliśmy wokalny duet. Chociaż krótko istniał, sprawił, że na dobre zainteresowałam się śpiewaniem.

Z czym najbardziej kojarzy się Pani Poznań?

Poznań jest miastem ludzi odpowiedzialnych i rzetelnych, co ma swoje dobre i złe strony, jednak dziś doceniam to bardziej niż przed laty. Odczuwam tu również większe poczucie bezpieczeństwa niż w innych miastach, może dlatego, że stąd pochodzę i znam tu każdy kąt. W Polsce jest jednak jeszcze kilka innych miejsc, w których czuję się jak u siebie, np. Trójmiasto. Od wczesnych lat życia często tam jeździłam, a teraz nawet trochę pomieszkuję. Kocham także Warszawę, która obdarzyła mnie mnóstwem wspaniałych przeżyć i pięknych znajomości, dlatego zawsze chętnie do niej wpadam. Podobnie mam z Krakowem.

Jeśli ma Pani czas i jest w Poznaniu, to gdzie można Panią najczęściej spotkać?

Chętnie spaceruję po Cytadeli, Ogrodzie Botanicznym, Parku Sołackim. Jeżdżę nad Jezioro Kierskie, odwiedzam ulubione knajpki na Starym Rynku, chodzę do kin, sentymentalnie przejeżdżam przez ulicę Szamotulską, na której mieszkałam we wczesnym dzieciństwie.

Przejdźmy do Pani kariery. W 1976 r. debiutowała Pani na scenie amfiteatru opolskiego, potem była nagroda w Sopocie. Jak Pani wspomina tamten czas?

Nie wspominam wcale. Szkoda mi czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Jestem człowiekiem nastawionym na teraz. Poza tym to było tak dawno temu. Dziś jestem już gdzieś indziej. Oczywiście wiele zawdzięczam zarówno tamtym zdarzeniom, jak i wspaniałym ludziom, których wówczas poznałam, ale obecnie raczej skupiam się na tym, co przede mną. Przeszłość już była i jest tylko mglistym wspomnieniem, więc wolę się jej pokłonić i szybko zasuwać do przodu. W końcu – mniejszy czy większy – kawałek życia jest jeszcze przede mną.

Dlaczego jazz?

Jazz pojawił się w moim życiu przez przypadek. Na początku śpiewania współpracowałam z jazzowym zespołem Sami Swoi. Ktoś mnie wtedy zaszufladkował jako wokalistkę jazzową i tak już zostało, choć wcale się z tym określeniem nie utożsamiam. To dla mnie za mało, za wąsko. W swoim śpiewaniu korzystam z predyspozycji jazzowych, ale nie chciałabym się ograniczać tylko do nich. Lubię różnorodność wyzwań.

Gdzie możemy Pani posłuchać/Panią zobaczyć?

Odsyłam Państwa na moją internetową stronę: www.hannabanaszak.pl. Tam można znaleźć aktualności koncertowe. Pracuję też nad nową płytą, może ukaże się w tym roku.

Cała rozmowa z Hanną Banaszak dostępna jest w zakładce MAGAZYN