fbpx

„Lory, rolwagi, kipry, busy i dryndy, czyli o samochodach po poznańsku. Monografia poznańskiej ulicy… zza kierownicy” – to tytuł wyjątkowej książki, której premierę zaplanowano na 2017 rok. Pierwszy rozdział tej historii wielkopolskiej motoryzacji jest napisany gwarą! O swojej pasji do samochodów opowiedział nam autor, Dobiesław Wieliński – podróżnik i dziennikarzRozmawia: Michał Gradowski

Czy gdyby urodził się Pan kilkadziesiąt lat później, Pana pasja do motoryzacji mogłaby się nie narodzić?
Oczywiście. Kiedy byłem młody wszyscy chcieli posiadać własny pojazd, dla wielu to było niedoścignione marzenie. Podróż maluchem do Bułgarii to był wtedy wyczyn – pięć dni w drodze z konserwami w bagażniku oraz butlami z gazem, stolikiem kempingowym, krzesłami turystycznymi i namiotem na tylnym siedzeniu. Dziś wyjazd na wakacje przez całą Europę jest czymś zupełnie normalnym.

A gdyby miał Pan kupić nowy samochód?
To byłby kłopot. Samochody są teraz brzydkie, niektóre mają tak fatalną stylistykę nadwozia, że szkoda na to patrzeć. Poza tym coraz więcej ludzi rozgląda się dzisiaj za samochodami sprzed 20 lat, bez rozbudowanej elektroniki i innych bajerów, które auta mają obecnie w standardzie. Pomoc tych wszystkich asystentów „nie przekraczaj ciągłej linii”, „nie podjeżdżaj zbyt blisko samochodu przed tobą” jest przy codziennej jeździe bardzo uciążliwa.

Wiele osób przekonało się też, że system wspomagania parkowania jest czasami bezradny w zderzeniu ze słupkiem. Gdybym dziś miał kupić auto o pięknej linii, szukałbym Cadillaca z lat 50.

Przejechał Pan 1700 km na „wuesce” po NRD. Gdybym powiedział komuś, że ma przejechać taką trasę luksusowym samochodem, odebrałby to jako karę. Czy dzisiaj podróżuje się inaczej niż kiedyś?
Moja podróż po NRD trwała siedem dni, ale ogólna zasada jest prosta – im wolniej się poruszasz, tym więcej widzisz. Jeśli mkniemy samochodem po autostradzie, możemy patrzeć tylko przed siebie. Od kilku lat używam kampera, którym jeżdżę z prędkością 50-60 km/h. Nareszcie prowadząc samochód mogę spokojnie rozejrzeć się na boki.

Poza tym jadąc wolniej i korzystając z dróg krajowych można poznać życie mieszkańców. Kiedyś regularnie przemierzałem w ten sposób trasę do niemieckiej granicy, jadąc na wystawy samochodowe. Wcześnie rano widziałem jak kraj zaczyna budzić się do życia, jak ludzie idą do pracy, a dzieci do szkoły, można sobie wtedy wyobrazić jak funkcjonuje społeczeństwo. Zatrzymując się tylko na szybką kawę w McDonaldzie jesteśmy od tego bardzo daleko.

Inaczej jeździ się też bez GPS-ów, które kiedyś zastępowała mapa i rozpiska na kartce papieru. Czasem z faktu, że ktoś się zgubił czy zabłądził wynikało coś ciekawego. Tak było np. w czasie naszej podróży do Jugosławii w latach 70., na którą pojechaliśmy maluchem z przyczepą. Późnym wieczorem w pewnym małym miasteczku – a miasta nie były wtedy oświetlone jak dziś – szukałem miejsca na nocleg. Znaleźliśmy niewielką łączkę, na której rozbiliśmy namiot. Rano, kiedy z niego wyszedłem, a była to niedziela, zobaczyłem odświętnie ubranych ludzi idących do kościoła. Okazało się, że rozbiliśmy się na trawie na samym środku ronda.

Dobiesław Wieliński był jednym z gości pierwszej edycji targów Retro Motor Show, które w listopadzie odbyły się w Poznaniu. Na kolejnych zdjęciach prezentowane tam samochody   Fot. MTP
Cadillac Eldorado Convertible Fot. MTP

Zjechał Pan samochodem niemal całą Europę, był Pan m.in. tarpanem na Krymie czy kamperem na Nordkappie, zwiedził Pan Stany Zjednoczone od Nowego Jorku po Las Vegas. Która z przygód w czasie tych wypraw była najbardziej niebezpieczna?
Kiedy w 2001 r. razem z żoną zwiedzaliśmy Kalifornię, postanowiliśmy pojechać do Sequoia National Park. W pewnym momencie dojechaliśmy do drogi ze szlabanem. Dla Polaka szlaban nie jest jednak problemem – wystarczy go podnieść. Jadąc dalej, trafiliśmy na jedną plamę śniegu, potem drugą, aż w końcu na kolejnej hałdzie przód auta podniósł się na misce olejowej, a koła nie dotykały gruntu. Wysiedliśmy, żeby zobaczyć, co się stało, a w tym momencie zatrzasnęły się drzwi z kluczykami w środku. Zostaliśmy na zewnątrz w t-shirtach, w środku lasu. Kawałkiem skały wybiłem tylną szybę, odblokowaliśmy drzwi, ale wyjechać się nie dało. Próbowałem odkopać koła rękami, ale tylko pokaleczyłem sobie ręce odłamkami szkła. Do najbliższej wioski było 15 km, w komórce zero sygnału, zastanawialiśmy się, co będzie jak przyjdzie niedźwiedź? A że było już prawie ciemno, zapchaliśmy okno rzeczami i poszliśmy spać, stojąc na zmianę na warcie. Trochę się dogrzewaliśmy, ale musieliśmy być ostrożni, bo benzyny było już bardzo niewiele.

Ratunek przyszedł rano – w nocy zamarzły koleiny, w których zakopane było auto, zrobiła się z nich lodowa rynna i wyjechaliśmy bez problemu. Pierwsze, co zrobiliśmy, to pojechaliśmy na stację benzynową, gdzie zatankowałem, umyłem ręce, a żona ścierała w tym czasie ślady krwi z maski, żeby nie posądzili nas o morderstwo. I dalej ruszyliśmy do Los Angeles. Od tego czasu na żadne skróty już się nie piszę.

Właśnie na takiej „wuesce” Dobiesław Wieliński zwiedzał NRD Fot. Archiwum prywatne D. Wielińskiego

Jest Pan autorem wielu książek o samochodach, m.in. o Rolls Royce’ach, ciężarówkach okrytych legendą, tarpanach czy historii wielkopolskiej motoryzacji. Jedną z publikacji poświęcił Pan też autom papieży. Skąd pomysł na napisanie „Papamobile. Fabularyzowanej historii transportu watykańskiego”?
Wcześniej zajmowałem się głównie motoryzacją krajową, ale temat papamobile wydał mi się bardzo ciekawy. Docieranie do konstruktorów papieskich samochodów na całym świecie było fascynującą przygodą. Do dziś stoją auta, którymi jeździł Ojciec Święty. Szczególnie Jan Paweł II miał takie życzenie, aby samochody, którymi podróżował, były wyprodukowane na miejscu, co oczywiście nie zawsze było możliwe. W Argentynie samochód papieski stoi w muzeum. Kiedy zapytałem o informacje na jego temat, otrzymałem odpowiedź „nie ma”. Trochę zirytowany ponowiłem pytanie i dostałem maila: „To było 28 lat temu, a ja mam 20 lat!”. W niektórych krajach Ameryki Łacińskiej, w rocznicę wizyty Jana Pawła II, papamobile jedzie przez miasto jak relikwia po dywanie z kwiatów, z portretem papieża w środku. W Indiach papamobile stoi na honorowym miejscu, w holu przy wejściu do koncerntu Tata. Podobnie jest na całym świecie – na Filipinach, w Kanadzie, USA czy w Wielkiej Brytanii, choć tam jedno z aut papieskich zamieniono na pub z piwem. Tylko w Polsce samochód papieża pocięto na złom po pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II. Osobówka, którą wtedy jeździł – Fiat 130 – stoi w Niepokalanowie, ale zamurowany. Zakonnicy tak się bali kradzieży, że zostawili tylko małe drzwi.

Ciekawe są także początki historii transportu watykańskiego. Kiedy biskup Nowego Jorku przysłał do Watykanu pierwsze auto – papież go nie ruszył, to był wynalazek diabła, a dostojnicy kościelni jeździli wtedy na osiołkach. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach 20. XX w.

Właśnie na takiej „wuesce” Dobiesław Wieliński zwiedzał NRD
Fot. Archiwum prywatne D. Wielińskiego

W 2017 roku ukaże się Pana kolejna książka.
Tak, będzie to uaktualniona wersja historii wielkopolskiej motoryzacji, pt. „Lory, rolwagi, kipry, busy i dryndy, czyli o samochodach po poznańsku. Monografia poznańskiej ulicy… zza kierownicy”. Pierwszy rozdział napisany jest w całości gwarą Starego Marycha.

Czym lub kim jest dla Pana samochód?
To członek rodziny, który po dłuższej podróży zawsze jest z wdzięczności głaskany po kierownicy. Czasem czuję też przez fotel kolana Anioła Stróża, który siedzi na tylnym siedzeniu.