fbpx

 

Czasem zdarza się, że ktoś przychodzi do mojego butiku w Starym Browarze i mówi „czy może Pani przekazać tej Orskiej, że…”. „Dobrze, przekażę” – odpowiadam. Jestem daleko od świata glamour. Uwielbiam zapach metalu i szum maszyn, bo pracownia jest moim małym światem, z którego nigdy nie zrezygnuję – mówi mieszkająca w Poznaniu Anna Orska, jedna z najważniejszych polskich projektantek biżuterii

Rozmawia: Michał Gradowski

Rozmawiamy krótko po otwarciu Pani nowego butiku na Majorce. Skąd taki wybór lokalizacji?

Mój biznes rozwija się organicznie. Pierwsze szlaki za granicą już przetarliśmy, mieliśmy przedstawicieli w Anglii, Włoszech i Stanach Zjednoczonych. Regularnie wystawiamy się na targach, ostatnio w Düsseldorfie. Palma de Mallorca pojawiła się trochę przypadkiem – osoba, która miała otworzyć mój butik w Hiszpanii przeprowadziła się na Majorkę, znalazła tam doskonałą lokalizację w pobliżu kilku galerii sztuki współczesnej. Bardzo ostrożnie otwieram jednak nowe butiki, bo wiąże się to z koniecznością powiększania zespołu o nowych, doświadczonych jubilerów. Nie jestem importerem, który może w dowolnej chwili sprowadzić więcej produktów. W Poznaniu na Ogrodach mam swoją fabrykę, pracownię, gdzie projektuję, ale też i realizuję wzory na produkcji z jubilerami. Są więc takie dni, kiedy jestem pełnoetatowym pracownikiem fizycznym. Zespół tworzy w sumie ok. 20 osób, żyjemy gromadnie, zależy mi na kameralnej, niemal rodzinnej atmosferze, a bliskie relacje z ludźmi są dla mnie ważniejsze niż perspektywa zwiększenia zysków.

Czy trudno jest znaleźć balans między dochodowym biznesem, realizacją pasji i życiem prywatnym?

Jestem wzornikiem przemysłowym, 16 lat projektowałam wzory wdrażane na taśmę produkcyjną, śledząc biznesowe analizy. To doświadczenie sprawia, że mocno stąpam po ziemi, przenikanie się biznesu i sztuki jest dla mnie naturalne. Codziennie chodzę do pracy i siadam przy stole jubilerskim, oprócz pracy koncepcyjnej i projektowej załatwiam też sporo spraw organizacyjnych, księgowych, logistycznych. Wiem, że ciąży na mnie odpowiedzialność za wszystkich pracowników i rentowność biznesu. Zawsze chciałam jednak, aby moja pracownia była częściowo laboratorium, w którym jest miejsce na projektowe porażki, realizację nie zawsze opłacalnych pomysłów. Czas poświęcony na przygotowanie prototypu nowego produktu jest często nieporównywalny do jego ceny, dlatego np. ogromne kolie z kolekcji RUNDO, których wykonane trwa kilka dni, sprzedajemy właściwie poniżej kosztów.
Nigdy nie zrezygnuję jednak z produkcji i jubilerskich eksperymentów, bo to jest mój świat. W warsztacie, gdzie jest brudno i głośno, zupełnie inaczej niż w butikach, czuję się najlepiej. Poza tym cieszę się jak dziecko, jeśli uda się zrealizować nowy projekt, w takich chwilach mój entuzjazm jest ciągle tak intensywny jak na początku pracy. Jeśli jednak będę czuła, że rozwój marki pod względem biznesowym mnie przerasta, nie będę miała oporów przed zatrudnieniem specjalistów. Na razie jest jednak dobrze, tak jak jest. Czuję się swobodnie projektowo, nie zniechęcają mnie porażki, wiem, że im więcej pomysłów koncepcyjnych, tym więcej rzeczy może się udać.

Mam taką idée fixe, aby ściśle rozdzielać życie prywatne od zawodowego, ciągle słabo mi to wychodzi, ale bardzo się staram. Pomaga mi w tym dwójka dzieci, które zapewniają świetny balans między pracą a życiem prywatnym.

Mam teraz bardzo dobry moment w życiu, ostatnio usłyszałam, że jestem zbyt szczęśliwa, że to tak nawet nie wypada…

Pani największy zawodowy sukces to…

Na pewno jest nim fakt, że mogę zarabiać robiąc to, co lubię, że marka Orska się rozwija. Kiedy ją tworzyłam w 2009 r. nie miałam pojęcia, czy ten pomysł się przyjmie, czy nie otwieram galerii tylko dla siebie. Wiedziałam jednak, że muszę zaryzykować, bo bardzo bym żałowała, gdybym tego nie zrobiła. Cieszy mnie też fakt, że mam wierne grono stałych klientów, że udało się nam uświadomić ludziom, że biżuteria może wyglądać zupełnie inaczej, że można inaczej z jej pomocą kształtować swój wizerunek.

Mój największy sukces związany jest jednak z podróżami do Indii i Nepalu, gdzie w małej wiosce stworzyłam pracownię od zera. Zdalnie wynajęłam tam warsztat, ale na miejscu okazało się, że jest pusty. Zorganizowanie tak szybko całego wyposażenia wydawało się nierealne. Udało się jednak go nie tylko urządzić, ale też zaangażować lokalnych jubilerskich mistrzów i w krótkim czasie stworzyć całą kolekcję. To mi dało ogromną siłę, uświadomiło mi, że jak się bardzo chce, to można osiągnąć prawie wszystko. Podobnie było w październiku na Bali. Przez pierwszy tydzień nie mogłam znaleźć tam pracowni, już chciałam zrezygnować i po prostu odpocząć, ale zdałam sobie sprawę, że nie mogę tego tak zostawić i dopięłam swego. Tak powstała cała kolekcja ręcznie rzeźbionej biżuterii, z wykorzystaniem prostych, podstawowych narzędzi i wielkiej wiedzy lokalnych rzemieślników. To jedna z 10 nowych kolekcji, które zaplanowałam na 2017 r. Bardzo widoczny będzie w nich trend ekologiczny i naturalne materiały.

Żeglarskie liny, stare monety, kryształy, kafle, śrubki, kawałki świeczników, kły rekina – w swoich projektach wykorzystywała Pani wiele materiałów. Im coś mniej oczywistego, tym lepiej? 

Nie ma reguły, jeśli surowiec jest dobry i ma potencjał – warto to wykorzystać. Nie chcę jednak, aby moja marka kojarzyła się z dziwactwami. Szukam raczej rzeczy, które już pojawiły się w jubilerstwie, ale na niewielką skalę. Tak było ze spinkami z kawałkami meteorytów czy skamieniałymi zębami rekina sprzed 10 tys. lat – 8 naszyjników sprzedało się w ciągu tygodnia. Dużo jeżdżę po targach kamieni, szlifierniach i szukam takich smaczków.

W opisie marki Orska można przeczytać, że to „specyficzne wzornictwo dla odważnych”. Projekt „Hand On” ma do tej odwagi zachęcać.

Nie chcemy, żeby nasza biżuteria była traktowana jak eksponat dla wybranych, zależy nam też, aby zachęcić kobiety do noszenia większych form, takich jak duże naszyjniki. Raz w roku za darmo przekazujemy więc wybranym osobom – są wśród nich także mężczyźni – naszą biżuterię. Każdy z obdarowanych może nosić ją przez 10 kolejnych dni, po czym przekazuje bliskiej sobie osobie. Jedynym warunkiem jest zrobienie w dniu przejęcia biżuterii zdjęcia i wysyłania go do nas wraz z imieniem, nazwiskiem oraz miejscowością. Do piątej zmiany mamy nad tym kontrolę, później biżuteria rusza w świat. Wiemy, że niektóre egzemplarze trafiły w ten sposób do Kanady, USA czy Australii. Pomysł jest spójny z moim ogólnym myśleniem o tym, czym jest biżuteria. Powinna sprawiać, że czujemy się lepiej i przekazywać dużą dawkę emocji. Bardzo bym chciała, aby moja biżuteria była kiedyś przekazywana z pokolenia na pokolenia.

Co robi Anna Orska, kiedy nie projektuje? Czy ma Pani w Poznaniu swoje ulubione miejsca?

Wychowałam się nad morzem, jak widzę wodę, puszczają mi wszystkie hamulce. Pływanie zajmuje dużą część mojego wolnego czasu, zdarza mi się być na basenie kilka razy w tygodniu. Mieszkam blisko jeziora Rusałka, więc czasami też biegam. Trasa Rusałka – Strzeszynek – Kiekrz to genialne miejsca. Podoba mi się to, że w Poznaniu jest coraz więcej ścieżek rowerowych – sama lubię się zmęczyć na rowerze. Widzę, że miasto się rozwija i zaczyna przywiązywać coraz większą wagę do ekologicznego transportu.

Czy coraz większa popularność biżuterii marki Orska sprawia, że jest Pani postacią rozpoznawalną?

Może w Poznaniu, ale w bardzo niewielkim stopniu. Nie bywam, nie przesiaduję na eventach w Warszawie, jestem daleko od świata, który jest być może łatwą drogą do sukcesu i zbudowania popularności marki, ale kłóci się z moją wrażliwością i podejściem do życia. Obiecałam sobie, że niczego nie będę robić na siłę, nie mam już 20 lat. Oczywiście są imprezy, na które warto pojechać, ale większość z nich to z mojego punktu widzenia strata czasu, choć bardzo chętnie spotykam się z mediami i opowiadam o swojej pracy. Kiedy jednak mam wybierać pomiędzy projektowaniem w pracowni i robieniem nowych rzeczy z moim zespołem a uśmiechaniem się w błysku fleszy, to zawsze wybiorę pracownię. Pewnie dlatego czasem zdarza się, że ktoś przychodzi do butiku i mówi „Czy może Pani przekazać tej Orskiej, że…”. „Dobrze, przekażę” – odpowiadam.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia: Fot. Archiwum marki Orska